Blame | Letzte Änderung | Log anzeigen | RSS feed
<?phpnamespace Faker\Provider\pl_PL;class Text extends \Faker\Provider\Text{/*** The Project Gutenberg EBook of Sklepy cynamonowe, by Bruno Schulz** Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the* copyright laws for your country before downloading or redistributing* this or any other Project Gutenberg eBook.** This header should be the first thing seen when viewing this Project* Gutenberg file. Please do not remove it. Do not change or edit the* header without written permission.** Please read the "legal small print," and other information about the* eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file. Included is* important information about your specific rights and restrictions in* how the file may be used. You can also find out about how to make a* donation to Project Gutenberg, and how to get involved.*** **Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts**** **eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971**** *****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!******** Title: Sklepy cynamonowe** Author: Bruno Schulz** Release Date: May, 2005 [EBook #8119]* [Yes, we are more than one year ahead of schedule]* [This file was first posted on June 16, 2003]** Edition: 10** Language: Polish** Character set encoding: Codepage 1250** *** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK SKLEPY CYNAMONOWE ******** Produced by Pawel Sobkowiak - Scanned and proofread by* Polska Biblioteka Internetowa***** BRUNO SCHULZ SKLEPY CYNAMONOWE*** Spis tresci:** SIERPIEŃ NAWIEDZENIE PTAKI MANEKINY TRAKTAT O MANEKINACH ALBO WTÓRA* KSIĘGA RODZAJU TRAKTAT O MANEKINACH Ciąg dalszy TRAKTAT O MANEKINACH* Dokończenie NEMROD PAN PAN KAROL SKLEPY CYNAMONOWE ULICA KROKODYLI* KARAKONY WICHURA NOC WIELKIEGO SEZONU** @see http://www.gutenberg.org/cache/epub/8119/pg8119.txt** @var string*/protected static $baseText = <<<'EOT'SIERPIEŃ1 W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką istarszym bratem na pastwę białych od żaru i oszołamiających dni letnich.Wertowaliśmy, odurzeni światłem, w tej wielkiej księdze wakacji, którejwszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdleniamiąższ złotych gruszek. Adela wracała w świetliste poranki, jak Pomona zognia dnia rozżagwionego, wysypując z koszyka barwną urodę słońca -lśniące, pełne wody pod przejrzystą skórką czereśnie, tajemnicze, czarnewiśnie, których woń przekraczała to, co ziszczało się w smaku; morele, wktórych miąższu złotym był rdzeń długich popołudni; a obok tej czystejpoezji owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i pożywnością płaty mięsa zklawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi imeduzy - surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym ijałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikimi polnym. Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynkuprzechodziło co dzień na wskroś całe wielkie lato: cisza drgającychsłojów powietrznych, kwadraty blasku śniące żarliwy swój sen napodłodze; melodia katarynki, dobyta z najgłębszej złotej żyły dnia; dwa,trzy takty refrenu, granego gdzieś na fortepianie, wciąż na nowo,mdlejące w słońcu na białych trotuarach, zagubione w ogniu dniagłębokiego. Po sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje, zasuwającpłócienne story. Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej, pokój napełniałsię cieniem, jakby pogrążony w światło głębi morskiej, jeszcze mętniejodbity w zielonych zwierciadłach, a cały upał dnia oddychał na storach,lekko falujących od marzeń południowej godziny. W sobotnie popołudniawychodziłem z matką na spacer. Z półmroku sieni wstępowało się od razu wsłoneczną kąpiel dnia. Przechodnie, brodząc w złocie, mieli oczyzmrużone od żaru, jakby zalepione miodem, a podciągnięta górna wargaodsłaniała im dziąsła i zęby. I wszyscy brodzący w tym dniu złocistymmieli ów grymas skwaru, jak gdyby słońce nałożyło swym wyznawcom jedną itę samą maskę - złotą maskę bractwa słonecznego; i wszyscy, którzy szlidziś ulicami, spotykali się, mijali, starcy i młodzi, dzieci i kobiety,pozdrawiali się w przejściu tą maską, namalowaną grubą, złotą farbą natwarzy, szczerzyli do siebie ten grymas bakchiczny - barbarzyńską maskękultu pogańskiego. Rynek był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzugorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia. Cierniste akacje, wyrosłe zpustki żółtego placu, kipiały nad nim jasnym listowiem, bukietamiszlachetnie uczłonkowanych filigranów zielonych, jak drzewa na starychgobelinach. Zdawało się, że te drzewa afektują wicher, wzburzającteatralnie swe korony, ażeby w patetycznych przegięciach ukazaćwytwomość wachlarzy listnych o srebrzystym podbrzuszu, jak futraszlachetnych lisic. Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabawiałysię refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw,rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generacjedni letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijający stare fasady z pleśnitynku) obtłukiwały kłamliwą glazurę, wydobywając z dnia na dzieńwyraźniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomię losu i życia, któreformowało je od wewnątrz. Teraz okna, oślepione blaskiem pustego placu,spały; balkony wyznawały niebu swą pustkę; otwarte sienie pachniałychłodem i winem. Kupka obdartusów, ocalała w kącie rynku przed płomiennąmiotłą upału, oblegała kawałek muru, doświadczając go wciąż na noworzutami guzików i monet, jak gdyby z horoskopu tych metalowych krążkówodczytać można było prawdziwą tajemnicę muru, porysowanego hieroglifamirys i pęknięć. Zresztą rynek był pusty. Oczekiwało się, że przed tę sieńsklepioną z beczkami winiarza podjedzie w cieniu chwiejących się akacyjosiołek Samarytanina, prowadzony za uzdę, a dwóch pachołków zwleczetroskliwie chorego męża z rozpalonego siodła, ażeby go po chłodnychschodach wnieść ostrożnie na pachnące szabasem piętro. Tak wędrowaliśmyz matką przez dwie słoneczne strony rynku, wodząc nasze załamane cieniepo wszystkich domach, jak po klawiszach. Kwadraty bruku mijały powolipod naszymi miękkimi i płaskimi krokami - jedne bladoróżowe jak skóraludzka, inne złote i sine, wszystkie płaskie, ciepłe, aksamitne nasłońcu, jak jakieś twarze słoneczne, zadeptane stopami aż do niepoznaki,do błogiej nicości. Aż wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy wcień apteki. Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznymsymbolizowała chłód balsamów, którym każde cierpienie mogło się tamukoić. I po paru jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadaldecorum miasta, jak chłop, który wracając do wsi rodzimej, rozdziewa siępo drodze z miejskiej swej elegancji, zamieniając się powoli, w miaręzbliżania do wsi, w obdartusa wiejskiego. Przedmiejskie domki tonęływraz z oknami, zapadnięte w bujnym i zagmatwanym kwitnieniu małychogródków. Zapomniane przez wielki dzień, pleniły się bujnie i cichowszelkie ziela, kwiaty i chwasty, rade z tej pauzy, którą prześnić mogłyza marginesem czasu, na rubieżach nieskończonego dnia. Ogromnysłonecznik, wydźwignięty na potężnej łodydze i chory na elephantiasis,czekał w żółtej żałobie ostatnich, smutnych dni żywota, uginając się podprzerostem potwornej korpulencji. Ale naiwne przedmiejskie dzwonki iperkalikowe, niewybredne kwiatuszki stały bezradne w swychnakrochmalonych, różowych i białych koszulkach, bez zrozumienia dlawielkiej tragedii słonecznika.2 Splątany gąszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniupopołudnia. Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu. Złoteściernisko krzyczy w słońcu, jak ruda szarańcza; w rzęsistym deszczuognia wrzeszczą świerszcze; strąki nasion eksplodują cicho, jak konikipolne. A ku parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem-pagórem,jak gdyby ogród obrócił się we śnie na drugą stronę i grube jego,chłopskie bary oddychają ciszą ziemi. Na tych barach ogrodu niechlujna,babska bujność sierpnia wyolbrzymiała w głuche zapadliska ogromnychłopuchów, rozpanoszyła się płatami włochatych blach listnych, wybujałymiozorami mięsistej zieleni. Tam te wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyłysię jak babska szeroko rozsiadłe, na wpół pożarte przez własne oszalałespódnice. Tam sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu,śmierdzącą mydłem, grubą kaszę babek, dziką okowitę mięty i wszelkąnajgorszą tandetę sierpniową. Ale po drugiej stronie parkanu, za tymmatecznikiem lata, w którym rozrosła się głupota zidiociałych chwastów,było śmietnisko zarosło dziko bodiakiem. Nikt nie wiedział, że tamwłaśnie odprawiał sierpień tego lata swoją wielką pogańską orgię. Na tymśmietnisku, oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem, stało łóżkoskretyniałej dziewczyny Tłui. Tak nazywaliśmy ją wszyscy. Na kupieśmieci i odpadków, starych garnków, pantofli, rumowiska i gruzu stałozielono pomalowane łóżko, podparte zamiast brakującej nogi dwiemastarymi cegłami. Powietrze nad tym rumowiskiem, zdziczałe od żaru, ciętebłyskawicami lśniących much końskich, rozwścieczonych słońcem,trzeszczało jak od nie widzianych grzechotek, podniecając do szału.Tłuja siedzi przykucnięta wśród żółtej pościeli i szmat. Wielka jejgłowa jeży się wiechciem czarnych włosów. Twarz jej jest kurczliwa jakmiech harmonii. Co chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiącpoprzecznych fałd, a zdziwienie rozciąga ją z powrotem, wygładza fałdy,odsłania szparki drobnych oczu i wilgotne dziąsła z żółtymi zębami podryjowatą, mięsistą wargą. Mijają godziny pełne żaru i nudy, podczasktórych Tłuja gaworzy półgłosem, drzemie, zrzędzi z cicha i chrząka.Muchy obsiadają nieruchomą gęstym rojem. Ale z nagła ta cała kupabrudnych gałganów, szmat i strzępów zaczyna poruszać się, jakby ożywionachrobotem lęgnących się w niej szczurów. Muchy budzą się spłoszone ipodnoszą wielkim, huczącym rojem, pełnym wściekłego bzykania, błysków imigotań. I podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają pośmietnisku jak spłoszone szczury, wygrzebuje się z nich, odwija zwolnajądro, wyłuszcza się rdzeń śmietniska: na wpół naga i ciemna kretynkadźwiga się powoli i staje, podobna do bożka pogańskiego, na krótkichdziecinnych nóżkach, a z napęczniałej napływem złości szyi, zpoczerwieniałej, ciemniejącej od gniewu twarzy, na której jak malowidłabarbarzyńskie wykwitają arabeski nabrzmiałych żył, wyrywa się wrzaskzwierzęcy, wrzask chrapliwy, dobyty ze wszystkich bronchij i piszczałektej półzwierzęcej-półboskiej piersi. Bodiaki, spalone słońcem, krzyczą,łopuchy puchną i pysznią się bezwstydnym mięsem, chwasty ślinią siębłyszczącym jadem, a kretynka, ochrypła od krzyku, w konwulsji dzikiejuderza mięsistym łonem z wściekłą zapalczywością w pień bzu dzikiego,który skrzypi cicho pod natarczywością tej rozpustnej chuci, zaklinanycałym tym nędzarskim chórem do wynaturzonej, pogańskiej płodności. MatkaTłui wynajmuje się gospodyniom do szorowania podłóg. Jest to mała, żółtajak szafran kobieta i szafranem zaprawia też podłogi, jodłowe stoły,ławy i szlabany, które w izbach ubogich ludzi zmywa. Raz zaprowadziłamnie Adela do domu tej starej Maryśki. Była wczesna poranna godzina,weszliśmy do małej izby niebiesko bielonej, z ubitą polepą glinianą napodłodze, na której leżało wczesne słońce, jaskrawożółte w tej ciszyporannej, odmierzanej przeraźliwym szczękiem chłopskiego zegara naścianie. W skrzyni na słomie leżała głupia Maryśka, blada jak opłatek icicha jak rękawiczka, z której wysunęła się dłoń. I jakby korzystając zjej snu, gadała cisza, żółta, jaskrawa, zła cisza, monologowała, kłóciłasię, wygadywała głośno i ordynarnie swój maniacki monolog. Czas Maryśki- czas więziony w jej duszy, wystąpił z niej straszliwie rzeczywisty iszedł samopas przez izbę, hałaśliwy, huczący, piekielny, rosnący wjaskrawym milczeniu poranka z głośnego młyna-zegara, jak zła mąka, sypkamąka, głupia mąka wariatów.3 W jednym z tych domków, otoczonym sztachetami brązowej barwy, tonącymw bujnej zieleni ogródka, mieszkała ciotka Agata. Wchodząc do niej,mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane kule, tkwiące na tyczkach, różowe,zielone i fioletowe, w których zaklęte były całe świetlane i jasneświaty, jak te idealne i szczęśliwe obrazy zamknięte w niedościgłejdoskonałości baniek mydlanych. W półciemnej sieni ze starymioleodrukami, pożartymi przez pleśń i oślepłymi od starości,odnajdowaliśmy znany nam zapach. W tej zaufanej starej woni mieściło sięw dziwnie prostej syntezie życie tych ludzi, alembik rasy, gatunek krwii sekret ich losu, zawarty niedostrzegalnie w codziennym mijaniu ichwłasnego, odrębnego czasu. Stare, mądre drzwi, których ciemnewestchnienia wpuszczały i wypuszczały tych ludzi, milczący świadkowiewchodzenia i wychodzenia matki, córek i synów - otworzyły się bezgłośniejak odrzwia szafy i weszliśmy w ich życie. Siedzieli jakby w cieniuswego losu i nie bronili się - w pierwszych niezręcznych gestachwydalinam swoją tajemnicę. Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni znimi? Pokój był ciemny i aksamitny od granatowych obić ze złotymdeseniem, lecz echo dnia płomiennego drgało i tutaj jeszcze mosiądzem naramach obrazów, na klamkach i listwach złotych, choć przepuszczone przezgęstą zieleń ogrodu. Spod ściany podniosła się ciotka Agata, wielka ibujna, o mięsie okrągłym i białym, centkowanym rudą rdzą piegów.Przysiedliśmy się do nich, jakby na brzeg ich losu, zawstydzeni trochętą bezbronnością, z jaką wydali się nam bez zastrzeżeń, i piliśmy wodę zsokiem różanym, napój przedziwny, w którym znalazłem jakby najgłębsząesencję tej upalnej soboty. Ciotka narzekała. Był to zasadniczy ton jejrozmów, głos tego mięsa białego i płodnego, bujającego już jakby pozagranicami osoby, zaledwie luźnie utrzymywanej w skupieniu, w więzachformy indywidualnej, i nawet w tym skupieniu już zwielokrotnionej,gotowej rozpaść się, rozgałęzić, rozsypać w rodzinę. Była to płodnośćniemal samoródcza, kobiecość pozbawiona hamulców i chorobliwie wybujała.Zdawało się, że sam aromat męskości, zapach dymu tytoniowego, dowcipkawalerski mógł dać impuls tej zaognionej kobiecości do rozpustnegodzieworództwa. I właściwie wszystkie jej skargi na męża, na służbę, jejtroski o dzieci były tylko kapryszeniem i dąsaniem się nie zaspokojonejpłodności, dalszym ciągiem tej opryskliwej, gniewnej i płaczliwejkokieterii, którą nadaremnie doświadczała męża. Wuj Marek, mały,zgarbiony, o twarzy wyjałowionej z płci, siedział w swym szarymbankructwie, pogodzony z losem, w cieniu bezgranicznej pogardy, w którymzdawał się wypoczywać. W jego szarych oczach tlił się daleki żar ogrodu,rozpięty w oknie. Czasem próbował słabym ruchem robić jakieśzastrzeżenia, stawiać opór, ale fala samowystarczalnej kobiecościodrzucała na bok ten gest bez znaczenia, przechodziła triumfalnie mimoniego, zalewała szerokim swym strumieniem słabe podrygi męskości. Byłocoś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej, byłanędza kreatury walczącej na granicy nicości i śmierci, był jakiś heroizmkobiecości triumfującej urodzajnością nawet nad kalectwem natury, nadinsuficjencją mężczyzny. Ale potomstwo ukazywało rację tej panikimacierzyńskiej, tego szału rodzenia, który wyczerpywał się w płodachnieudanych, w efemerycznej generacji fantomów bez krwi i twarzy. WeszłaŁucja, średnia, z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą na dziecięcym ipulchnym ciele o mięsie białym i delikatnym. Podała mi rączkę lalkowatą,jakby dopiero pączkującą, i zakwitła od razu całą twarzą, jak piwoniaprzelewająca się pełnią różową. Nieszczęśliwa z powodu swych rumieńców,które bezwstydnie mówiły o sekretach menstruacji, przymykała oczy ipłoniła się jeszcze bardziej pod dotknięciem najobojętniejszego pytania,gdyż każde zawierało tajną aluzję do jej nadwrażliwego panieństwa. Emil,najstarszy z kuzynów, z jasnoblond wąsem, z twarzą, z której życie zmyłojakby wszelki wyraz, spacerował tam i z powrotem po pokoju, z rękami wkieszeniach fałdzistych spodni. Jego strój elegancki i drogocenny nosiłpiętno egzotycznych krajów, z których powrócił. Jego twarz, zwiędła izmętniała, zdawała się z dnia na dzień zapominać o sobie, stawać siębiałą pustą ścianą z bladą siecią żyłek, w których jak linie na zatartejmapie plątały się gasnące wspomnienia tego burzliwego i zmarnowanegożycia. Był mistrzem sztuk karcianych, palił długie, szlachetne fajki ipachniał dziwnie zapachem dalekich krajów. Z wzrokiem wędrującym podawnych wspomnieniach opowiadał dziwne anegdoty, które w pewnym punkcieurywały się nagle, rozprzęgały i rozwiewały w nicość. Wodziłem za nimtęsknym wzrokiem, pragnąc, by zwrócił na mnie uwagę i wybawił mnie zudręki nudów. I w samej rzeczy zdawało mi się, że mrugnął na mnieoczyma, wychodząc do drugiego pokoju. Podążyłem za nim. Siedział niskona małej kozetce, z kolanami krzyżującymi się niemal na wysokości głowy,łysej jak kula bilardowa. Zdawało się, że to ubranie samo leży,fałdziste, zmięte, przerzucone przez fotel. Twarz jego była jaktchnienie twarzy - smuga, którą nieznany przechodzień zostawił wpowietrzu. Trzymał w bladych, emaliowanych błękitnie dłoniach portfel, wktórym coś oglądał. Z mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmobladego oka, wabiąc mnie figlarnym mruganiem. Czułem doń nieprzepartąsympatię. Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymidłońmi fotografie, pokazywał wizerunki nagich kobiet i chłopców wdziwnych pozycjach. Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na tedelikatne ciała ludzkie dalekimi, niewidzącymi oczyma, gdy fluidniejasnego wzburzenia, którym nagle zmętniało powietrze, doszedł do mniei zbiegł mię dreszczem niepokoju, falą nagłego zrozumienia. Aletymczasem ta mgiełka uśmiechu, która się zarysowała pod miękkim ipięknym jego wąsem, zawiązek pożądania, który napiął się na jegoskroniach pulsującą żyłą, natężenie trzymające przez chwilę jego rysy wskupieniu - upadły z powrotem w nicość i twarz odeszła w nieobecność,zapomniała o sobie, rozwiała się,NAWIEDZENIE 1 Już wówczas miasto nasze popadało coraz bardziej wchroniczną szarość zmierzchu, porastało na krawędziach liszajem cienia,puszystą pleśnią i mchem koloru żelaza. Ledwo rozpowity z brunatnychdymów i mgieł poranka - przechylał się dzień od razu w niskiebursztynowe popołudnie, stawał się przez chwilę przezroczysty i złotyjak ciemne piwo, ażeby potem zejść pod wielokrotnie rozczłonkowane,fantastyczne sklepienia kolorowych i rozległych nocy. Mieszkaliśmy wrynku, w jednym z tych ciemnych domów o pustych i ślepych fasadach,które tak trudno od siebie odróżnić. Daje to powód do ciągłych omyłek.Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe schody, dostawałosię zazwyczaj w prawdziwy labirynt obcych mieszkań, ganków,niespodzianych wyjść na obce podwórza i zapominało się o początkowymcelu wyprawy, ażeby po wielu dniach, wracając z manowców dziwnych isplątanych przygód, o jakimś szarym świcie przypomnieć sobie wśródwyrzutów sumienia dom rodzinny. Pełne wielkich szaf, głębokich kanap,bladych luster i tandetnych palm sztucznych mieszkanie nasze corazbardziej popadało w stan zaniedbania wskutek opieszałości matki,przesiadującej w sklepie, i niedbalstwa smukłonogiej Adeli, która nienadzorowana przez nikogo, spędzała dnie przed lustrami na rozwlekłejtoalecie, zostawiając wszędzie ślady w postaci wyczesanych włosów,grzebieni, porzuconych pantofelków i gorsetów. Mieszkanie to nieposiadało określonej liczby pokojów, gdyż nie pamiętano, ile z nichwynajęte było obcym lokatorom. Nieraz otwierano przypadkiem którąś ztych izb zapomnianych i znajdowano ją pustą; lokator dawno sięwyprowadził, a w nietkniętych od miesięcy szufladach dokonywanoniespodzianych odkryć. W dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz wnocy budziły nas ich jęki, wydawane pod wpływem zmory sennej. W zimiebyła jeszcze na dworze głucha noc, gdy ojciec schodził do tych zimnych iciemnych pokojów, płosząc przed sobą świecą stada cieni, ulatującychbokami po podłodze i ścianach; szedł budzić ciężko chrapiących ztwardego jak kamień snu. W świetle pozostawionej przezeń świecy wywijalisię leniwie z brudnej pościeli, wystawiali, siadając na łóżkach, bose ibrzydkie nogi i z skarpetką w ręce oddawali się jeszcze przez chwilęrozkoszy ziewania - ziewania przeciągniętego aż do lubieżności, dobolesnego skurczu podniebienia, jak przy tęgich wymiotach. W kątachsiedziały nieruchomo wielkie karakony, wyogromnione własnym cieniem,którym obarczała każdego płonąca świeca i który nie odłączał się od nichi wówczas, gdy któryś z tych płaskich, bezgłowych kadłubów z nagłazaczynał biec niesamowitym, pajęczym biegiem. W tym czasie ojciec mójzaczął zapadać na zdrowiu. Bywało już w pierwszych tygodniach tejwczesnej zimy, że spędzał dnie całe w łóżku, otoczony flaszkami,pigułkami i księgami handlowymi, które mu przynoszono z kontuaru. Gorzkizapach choroby osiadał na dnie pokoju, którego tapety gęstwiałyciemniejszym splotem arabesek. Wieczorami, gdy matka przychodziła zesklepu, bywał podniecony i skłonny do sprzeczek, zarzucał jejniedokładności w prowadzeniu rachunków, dostawał wypieków i zapalał siędo niepoczytalności. Pamiętam, iż raz, obudziwszy się ze snu późno wnocy, ujrzałem go, jak w koszuli i boso biegał tam i z powrotem poskórzanej kanapie, dokumentując w ten sposób swą irytację przed bezradnąmatką. W inne dni bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie wswych księgach, zabłąkany głęboko w labiryntach zawiłych obliczeń. Widzęgo w świetle kopcącej lampy, przykucniętego wśród poduszek, pod wielkimrzeźbionym nadgłowiem łóżka, z ogromnym cieniem od głowy na ścianie,kiwającego się w bezgłośnej medytacji. Chwilami wynurzał głowę z tychrachunków, jakby dla zaczerpnięcia tchu, otwierał usta, mlaskał zniesmakiem językiem, który był suchy i gorzki, i rozglądał siębezradnie, jakby czegoś szukając. Wówczas bywało, że zbiegał po cichu złóżka w kąt pokoju, pod ścianę, na której wisiał zaufany instrument. Byłto rodzaj klepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej, podzielonej nauncje i napełnionej ciemnym fluidem. Mój ojciec łączył się z tyminstrumentem długą kiszką gumową, jakby krętą, bolesną pępowiną, i takpołączony z żałosnym przyrządem - nieruchomiał w skupieniu, a oczy jegociemniały, zaś na twarz przybladłą występował wyraz cierpienia czyjakiejś występnej rozkoszy. Potem znów przychodziły dni cichej skupionejpracy, przeplatanej samotnymi monologami. Gdy tak siedział w świetlelampy stołowej, wśród poduszek wielkiego łoża, a pokój ogromniał górą wcieniu umbry, który go łączył z wielkim żywiołem nocy miejskiej za oknem- czuł, nie patrząc, że przestrzeń obrasta go pulsującą gęstwiną tapet,pełną szeptów, syków i seplenień. Słyszał, nie patrząc, tę zmowę pełnąporozumiewawczych mrugnięć perskich oczu, rozwijających się wśródkwiatów małżowin usznych, które słuchały, i ciemnych ust, które sięuśmiechały. Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę,liczył i sumował, bojąc się zdradzić ten gniew, który w nim wzbierał, iwalcząc z pokusą, żeby z nagłym krzykiem nie rzucić się na oślep zasiebie i nie pochwycić pełnych garści tych kędzierzawych arabesek, tychpęków oczu i uszu, które noc wyroiła ze siebie i które rosły izwielokrotniały się, wymajaczając coraz nowe pędy i odnogi zmacierzystego pępka ciemności. I uspokajał się dopiero, gdy z odpływemnocy tapety więdły, zwijały się, gubiły liście i kwiaty i przerzedzałysię jesiennie, przepuszczając dalekie świtanie. Wtedy wśród świergotutapetowych ptaków, w żółtym zimowym świcie zasypiał na parę godzingęstym, czarnym snem. Od dni, od tygodni, gdy zdawał się być pogrążonymw zawiłych konto-korrentach - myśl jego zapuszczała się tajnie wlabirynty własnych wnętrzności. Wstrzymywał oddech i nasłuchiwał. I gdywzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin, uspokajał gouśmiechem. Nie wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia, tepropozycje, które nań napierały. Za dnia były to jakby rozumowania iperswazje, długie, monotonne rozważania prowadzone półgłosem i pełnehumorystycznych interiudiów, filuternych przekomarzań. Ale nocąpodnosiły się te głosy namiętniej. Żądanie wracało coraz wyraźniej idoniosłej i słyszeliśmy, jak rozmawiał z Bogiem, prosząc się jak gdyby iwzbraniając przed czymś, co natarczywie żądało i domagało się. Aż pewnejnocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie, żądając, aby mu dałświadectwo usty i wnętrznościami swymi. I usłyszeliśmy, jak duch weńwstąpił, jak podnosi się z łóżka, długi i rosnący gniewem proroczym,dławiąc się hałaśliwymi słowy, które wyrzucał jak mitralieza.Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca, jęk tytana ze złamanym biodrem,który jeszcze urąga. Nie widziałem nigdy proroków Starego Testamentu,ale na widok tego męża, którego gniew boży obalił, rozkraczonego szerokona ogromnym porcelanowym urynale, zakrytego wichrem ramion, chmurąrozpaczliwych łamańców, nad którymi wyżej jeszcze unosił się głos jego,obcy i twardy - zrozumiałem gniew boży świętych mężów. Był to dialoggroźny jak mowa piorunów. Łamańce rak jego rozrywały niebo na sztuki, aw szczelinach ukazywała się twarz Jehowy, wzdęta gniewem i plującaprzekleństwa. Nie patrząc widziałem go, groźnego Demiurga, jak leżąc naciemnościach jak na Synaju, wsparłszy potężne dłonie na karniszufiranek, przykładał ogromną twarz do górnych szyb okna, na którychpłaszczył się potwornie mięsisty nos jego. Słyszałem jego głos wprzerwach proroczej tyrady mego ojca, słyszałem te potężne warknięciawzdętych warg, od których szyby brzęczały, mieszające się z wybuchamizaklęć, lamentów, gróźb mego ojca. Czasami głosy przycichały i zżymałysię z cicha jak gaworzenie wiatru w nocnym kominie, to znowu wybuchaływielkim zgiełkliwym hałasem, burzą zmieszanych szlochów i przekleństw. Znagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności wionęłaprzez pokój. W świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianejbieliźnie, jak ze straszliwym przekleństwem wylewał potężnym chlustem wokno zawartość nocnika w noc szumiącą jak muszla. 2 Mój ojciec powolizanikał, wiądł w oczach. Przykucnięty pod wielkimi poduszkami, dzikonastroszony kępami siwych włosów, rozmawiał z sobą półgłosem, pogrążonycały w jakieś zawiłe wewnętrzne afery. Zdawać się mogło, że osobowośćjego rozpadła się na wiele pokłóconych i rozbieżnych jaźni, gdyż kłóciłsię ze sobą głośno, pertraktował usilnie i namiętnie, przekonywał iprosił, to znowu zdawał się przewodniczyć zgromadzeniu wieluinteresantów, których usiłował z całym nakładem żarliwości i swadypogodzić. Ale za każdym razem te hałaśliwe zebrania, pełne gorącychtemperamentów, rozpryskiwały się przy końcu, wśród klątw, złorzeczeń iobelg. Potem przyszedł okres jakiegoś uciszenia, ukojenia wewnętrznego,błogiej pogody ducha. Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku, nastole, na podłodze i jakiś benedyktyński spokój pracy zalegał w świetlelampy nad białą pościelą łóżka, nad pochyloną siwą głową mego ojca. Alegdy matka późnym wieczorem wracała ze sklepu, ojciec ożywiał się,przywoływał ją do siebie i z dumą pokazywał jej świetne, koloroweodbijanki, którymi skrzętnie wylepił stronice księgi głównej.Zauważyliśmy wówczas wszyscy, że ojciec zaczął z dnia na dzień maleć jakorzech, który zsycha się wewnątrz łupiny. Zanikowi temu nie towarzyszyłbynajmniej upadek sił. Przeciwnie, stan jego zdrowia, humor, ruchliwośćzdawały się poprawiać. Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie,zanosił się wprost od śmiechu, albo też pukał w łóżko i odpowiadał sobie„proszę” w różnych tonacjach, całymi godzinami. Od czasu do czasu złaziłz łóżka, wspinał się na szafę i przykucnięty pod sufitem porządkował cośw starych gratach, pełnych rdzy i kurzu. Niekiedy ustawiał sobie dwakrzesła naprzeciw siebie i wspierając się rękami o poręcze, bujał sięnogami wstecz i naprzód, szukając rozpromienionymi oczyma w naszychtwarzach wyrazów podziwu i zachęty. Z Bogiem, zdaje się, pogodził sięzupełnie. Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w okniesypialni, oblana ciemną purpurą bengalskiego światła, i patrzyła przezchwilę dobrotliwie na uśpionego głęboko, którego śpiewne chrapaniezdawało się wędrować daleko po nieznanych obszarach światów sennych.Podczas długich, półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec mójzapadał od czasu do czasu na całe godziny w gęsto zastawione gratamizakamarki, szukając czegoś zawzięcie. I nieraz bywało podczas obiadu,gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu, brakło ojca. Wówczas matka musiaładługo wołać „Jakubie!” i stukać łyżką w stół, zanim wylazł z jakiejśszafy, oblepiony szmatami pajęczyny i kurzu, z wzrokiem nieprzytomnym ipogrążonym w zawiłych, a jemu tylko wiadomych sprawach, które gozaprzątały. Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozęsymetrycznie do wielkiego wypchanego sępa, który po drugiej stronie oknazawieszony był na ścianie. W tej nieruchomej, przykucniętej pozie, zwzrokiem zamglonym i z miną chytrze uśmiechniętą trwał godzinami, ażebyz nagła przy czyimś wejściu zatrzepotać rękoma jak skrzydłami i zapiaćjak kogut. Przestaliśmy zwracać uwagę na te dziwactwa, w które się zdnia na dzień głębiej wplątywał. Wyzbyty jakby zupełnie cielesnychpotrzeb, nie przyjmując tygodniami pokarmu, pogrążał się z dniem każdymgłębiej w zawiłe i dziwaczne afery, dla których nie mieliśmyzrozumienia. Niedosięgły dla naszych perswazji i próśb, odpowiadałurywkami swego wewnętrznego monologu, którego przebiegu nic z zewnątrzzmącić nie mogło. Wiecznie zaaferowany, chorobliwie ożywiony, zwypiekami na suchych policzkach nie zauważał nas i przeoczał.Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności, do jego cichegogaworzenia, do tego dziecinnego, w sobie zatopionego świegotu, któregotrele przebiegały niejako na marginesie naszego czasu. Wtedy już znikałniekiedy na wiele dni, podziewał się gdzieś w zapadłych zakamarkachmieszkania i nie można go było znaleźć. Stopniowo te zniknięciaprzestały sprawiać na nas wrażenie, przywykliśmy do nich i kiedy powielu dniach znów się pojawiał, o parę cali mniejszy i chudszy, niezatrzymywało to na dłużej naszej uwagi. Przestaliśmy po prostu brać go wrachubę, tak bardzo oddalił się od wszystkiego, co ludzkie i corzeczywiste. Węzeł po węźle odluźniał się od nas, punkt po punkcie gubiłzwiązki łączące go ze wspólnotą ludzką. To, co jeszcze z niegopozostało, to trochę cielesnej powłoki i ta garść bezsensownych dziwactw- mogły zniknąć pewnego dnia, tak samo nie zauważone jak szara kupkaśmieci, gromadząca się w kącie, którą Adela co dzień wynosiła naśmietnik.PTAKI Nadeszły żółte, pełne nudy dni zimowe. Zrudziałą ziemię pokrywałdziurawy, przetarty, za krótki obrus śniegu. Na wiele dachów niestarczyło go i stały czarne lub rdzawe, gontowe strzechy i arki kryjącew sobie zakopcone przestrzenie strychów - czarne, zwęglone katedry,najeżone żebrami krokwi, płatwi i bantów - ciemne płuca wichrówzimowych. Każdy świt odkrywał nowe kominy i dymniki, wyrosłe w nocy,wydęte przez wicher nocny, czarne piszczałki organów diabelskich.Kominiarze nie mogli opędzić się od wron, które na kształt żywychczarnych liści obsiadały wieczorem gałęzie drzew pod kościołem, odrywałysię znów, trzepocąc, by wreszcie przylgnąć, każda do właściwego miejscana właściwej gałęzi, a o świcie ulatywały wielkimi stadami - tumanysadzy, płatki kopciu, falujące i fantastyczne, plamiąc migotliwymkrakaniem mętnożółte smugi świtu. Dni stwardniały od zimna i nudy, jakzeszłoroczne bochenki chleba. Napoczynano je tępymi nożami, bez apetytu,z leniwą sennością. Ojciec nie wychodził już z domu. Palił w piecach,studiował nigdy niezgłębioną istotę ognia, wyczuwał słony, metalicznyposmak i wędzony zapach zimowych płomieni, chłodną pieszczotęsalamander, liżących błyszczącą sadzę w gardzieli komina. Z zamiłowaniemwykonywał w owych dniach wszystkie reparatury w górnych regionachpokoju. O każdej porze dnia można go było widzieć, jak - przykucnięty naszczycie drabiny - majstrował coś przy suficie, przy kamiszach wysokichokien, przy kulach i łańcuchach lamp wiszących. Zwyczajem malarzyposługiwał się drabiną jak ogromnymi szczudłami i czuł się dobrze w tejptasiej perspektywie, w pobliżu malowanego nieba, arabesek i ptakówsufitu. Od spraw praktycznego życia oddalał się coraz bardziej. Gdymatka, pełna troski i zmartwienia z powodu jego stanu, starała się gowciągnąć w rozmowę o interesach, o płatnościach najbliższego „ultimo”,słuchał jej z roztargnieniem, pełen niepokoju, z drgawkami w nieobecnejtwarzy. I bywało, że przerywał jej nagle zaklinającym gestem ręki, ażebypobiec w kąt pokoju, przylgnąć uchem do szpary w podłodze i zpodniesionymi palcami wskazującymi obu rąk, wyrażającymi najwyższąważność badania - nasłuchiwać. Nie rozumieliśmy wówczas jeszcze smutnegotła tych ekstrawagancji, opłakanego kompleksu, który dojrzewał w głębi.Matka nie miała nań żadnego wpływu, natomiast wielką czcią i uwagądarzył Adelę. Sprzątanie pokoju było dlań wielką i ważną ceremonią,której nie zaniedbywał nigdy być świadkiem, śledząc z mieszaniną strachui rozkosznego dreszczu wszystkie manipulacje Adeli. Wszystkim jejczynnościom przypisywał głębsze, symboliczne znaczenie. Gdy dziewczynamłodymi i śmiałymi ruchami posuwała szczotkę na długim drążku popodłodze, było to niemal ponad jego siły. Z oczu jego lały się wówczasłzy, twarz zanosiła się od cichego śmiechu, a ciałem wstrząsał rozkosznyspazm orgazmu. Jego wrażliwość na łaskotki dochodziła do szaleństwa.Wystarczyło, by Adela skierowała doń palec ruchem oznaczającymłaskotanie, a już w dzikim popłochu uciekał przez wszystkie pokoje,zatrzaskując za sobą drzwi, by wreszcie w ostatnim paść brzuchem nałóżko i wić się w konwulsjach śmiechu pod wpływem samego obrazuwewnętrznego, któremu nie mógł się oprzeć. Dzięki temu miała Adela nadojcem władzę niemal nieograniczoną. W tym to czasie zauważyliśmy u ojcapo raz pierwszy namiętne zainteresowanie dla zwierząt. Była topoczątkowo namiętność myśliwego i artysty zarazem, była może takżegłębsza, zoologiczna sympatia kreatury dla pokrewnych, a tak odmiennychform życia, eksperymentowanie w nie wypróbowanych rejestrach bytu.Dopiero w późniejszej fazie wzięła sprawa ten niesamowity, zaplątany,głęboko grzeszny i przeciwny naturze obrót, którego lepiej nie wywlekaćna światło dzienne. Zaczęło się to od wylęgania jaj ptasich. Z wielkimnakładem trudu i pieniędzy sprowadzał ojciec z Hamburga, z Holandii, zafrykańskich stacji zoologicznych zapłodnione jaja ptasie, które dawałdo wylęgania ogromnym kurom belgijskim. Był to proceder nader zajmującyi dla mnie - to wykluwanie się piskląt, prawdziwych dziwotworów wkształcie i ubarwieniu. Nie podobna było dopatrzyć się w tych monstracho ogromnych, fantastycznych dziobach, które natychmiast po urodzeniurozdzierały się szeroko, sycząc żarłocznie czeluściami gardła, w tychjaszczurach o wątłym, nagim ciele garbusów - przyszłych pawi, bażantów,głuszców i kondorów. Umieszczony w koszykach, w wacie, smoczy ten pomiotpodnosił na cienkich szyjach ślepe, bielmem zarosle głowy, kwaczącbezgłośnie z niemych gardzieli. Mój ojciec chodził wzdłuż półek wzielonym fartuchu, jak ogrodnik wzdłuż inspektów z kaktusami, i wywabiałz nicości te pęcherze ślepe, pulsujące życiem, te niedołężne brzuchy,przyjmujące świat zewnętrzny tylko w formie jedzenia, te narośle życia,pnące się omackiem ku światłu. W parę tygodni później, gdy te ślepepączki życia pękły do światła, napełniły się pokoje kolorowym pogwarem,migotliwym świergotem swych nowych mieszkańców. Obsiadały one karniszefiranek, gzymsy szaf, gnieździły się w gęstwinie cynowych gałęzi iarabesek wieloramiennych lamp wiszących. Gdy ojciec studiował wielkieornitologiczne kompendia i wertował kolorowe tablice, zdawały sięulatywać z nich te pierzaste fantazmaty i napełniać pokój kolorowymtrzepotem, płatami purpury, strzępami szafiru, grynszpanu i srebra.Podczas karmienia tworzyły one na podłodze barwną, falującą grządkę,dywan żywy, który za czyimś niebacznym wejściem rozpadał się, rozlatywałw ruchome kwiaty, trzepocące w powietrzu, aby w końcu rozmieścić się wgórnych regionach pokoju. W pamięci pozostał mi szczególnie jedenkondor, ogromny ptak o szyi nagiej, twarzy pomarszczonej i wybujałejnaroślami. Był to chudy asceta, lama buddyjski, pełen niewzruszonejgodności w całym zachowaniu, kierujący się żelaznym ceremoniałem swegowielkiego rodu. Gdy siedział naprzeciw ojca, nieruchomy w swejmonumentalnej pozycji odwiecznych bóstw egipskich, z okiem zawleczonymbiaławym bielmem, które zasuwał z boku na źrenice, ażeby zamknąć sięzupełnie w kontemplacji swej dostojnej samotności - wydawał się ze swymkamiennym profilem starszym bratem mego ojca. Ta sama materia ciała,ścięgien i pomarszczonej twardej skóry, ta sama twarz wyschła ikoścista, te same zrogowaciałe, głębokie oczodoły. Nawet ręce, silne wwęzłach, długie, chude dłonie ojca, z wypukłymi paznokciami, miały swójanalogon w szponach kondora. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, widząc gotak uśpionego, że mam przed sobą mumię - wyschłą i dlatego pomniejszonąmumię mego ojca. Sądzę, że i uwagi matki nie uszło to przedziwnepodobieństwo, chociaż nigdy nie poruszaliśmy tego tematu.Charakterystyczne jest, że kondor używał wspólnego z moim ojcem naczynianocnego. Nie poprzestając na wylęganiu coraz nowych egzemplarzy, ojciecmój urządzał na strychu wesela ptasie, wysyłał swatów, uwiązywał wlukach i dziurach strychu ponętne, stęsknione narzeczone i osiągnął wsamej rzeczy to, że dach naszego domu, ogromny, dwuspadowy dach gontowy,stał się prawdziwą gospodą ptasią, arką Noego, do której zlatywały sięwszelkiego rodzaju skrzydlacze z dalekich stron. Nawet długo pozlikwidowaniu ptasiego gospodarstwa utrzymywała się w świecie ptasim tatradycja naszego domu i w okresie wiosennych wędrówek spadały nieraz nanasz dach całe chmary żurawi, pelikanów, pawi i wszelkiego ptactwa.Impreza ta wzięła jednak niebawem - po krótkiej świetności - smutnyobrót. Wkrótce okazała się bowiem konieczna translokacja ojca do dwóchpokojów na poddaszu, które służyły za rupieciarnie. Stamtąd dochodziłjuż o wczesnym świcie zmieszany klangor głosów ptasich. Drewniane pudłapokojów na strychu, wspomagane rezonansem przestrzeni dachowej,dźwięczały całe od szumu, trzepotu, piania, tokowania i gulgotu. Takstraciliśmy ojca z widoku na przeciąg kilku tygodni. Rzadko tylkoschodził do mieszkania i wtedy mogliśmy zauważyć, że zmniejszył sięjakoby, schudł i skurczył. Niekiedy przez zapomnienie zrywał się zkrzesła przy stole i trzepiąc rękoma jak skrzydłami, wydawał pianieprzeciągłe, a oczy zachodziły mu mgłą bielma. Potem, zawstydzony, śmiałsię razem z nami i starał się ten incydent obrócić w żart. Pewnego razuw okresie generalnych porządków zjawiła się niespodzianie Adela wpaństwie ptasim ojca. Stanąwszy we drzwiach, załamała ręce nad fetorem,który się unosił w powietrzu, oraz nad kupami kału, zalegającegopodłogi, stoły i meble. Szybko zdecydowana otworzyła okno, po czym przypomocy długiej szczotki wprawiła całą masę ptasią w wirowanie. Wzbił siępiekielny tuman piór, skrzydeł i krzyku, w którym Adela, podobna doszalejącej Menady, zakrytej młyńcem swego tyrsu, tańczyła tanieczniszczenia. Razem z ptasią gromadą ojciec mój, trzepiąc rękoma, wprzerażeniu próbował wznieść się w powietrze. Zwolna przerzedzał siętuman skrzydlaty, aż w końcu na pobojowisku została sama Adela,wyczerpana, dysząca, oraz mój ojciec z miną zafrasowaną i zawstydzoną,gotów do przyjęcia każdej kapitulacji. W chwilę później schodził mójojciec ze schodów swojego dominium - człowiek złamany, król-banita,który stracił tron i królowanie.MANEKINY Ta ptasia impreza mego ojca była ostatnim wybuchem kolorowości,ostatnim i świetnym kontrmarszem fantazji, który ten niepoprawnyimprowizator, ten fechtmistrz wyobraźni poprowadził na szańce i okopyjałowej i pustej zimy. Dziś dopiero rozumiem samotne bohaterstwo, zjakim sam jeden wydał on wojnę bezbrzeżnemu żywiołowi nudy drętwiącejmiasto. Pozbawiony wszelkiego poparcia, bez uznania z naszej stronybronił ten mąż przedziwny straconej sprawy poezji. Był on cudownymmłynem, w którego leje sypały się otręby pustych godzin, ażeby w jegotrybach zakwitnąć wszystkimi kolorami i zapachami korzeni Wschodu. Aleprzywykli do świetnego kuglarstwa tego metafizycznego prestidigitatora,byliśmy skłonni zapoznawać wartość jego suwerennej magii, która nasratowała od letargu pustych dni i nocy. Adeli nie spotkał żaden wyrzutza jej bezmyślny i tępy wandalizm. Przeciwnie, czuliśmy jakieś niskiezadowolenie, haniebną satysfakcję z ukrócenia tych wybujałości, którychkosztowaliśmy łakomie do syta, ażeby potem uchylić się perfidnie ododpowiedzialności za nie. A może był w tej zdradzie i tajny pokłon wstronę zwycięskiej Adeli, której przypisywaliśmy niejasno jakąś misje iposłannictwo sił wyższego rzędu. Zdradzony przez wszystkich, wycofał sięojciec bez walki z miejsc swej niedawnej chwały. Bez skrzyżowania szpadoddał w ręce wroga domenę swej byłej świetności. Dobrowolny banitausunął się do pustego pokoju na końcu sieni i oszańcował się tamsamotnością. Zapomnieliśmy o nim. Obiegła nas znowu ze wszech stronżałobna szarość miasta, zakwitając w oknach ciemnym liszajem świtów,pasożytniczym grzybem zmierzchów, rozrastającym się w puszyste futrodługich nocy zimowych. Tapety pokojów, rozluźnione błogo za tamtych dnii otwarte dla kolorowych lotów owej skrzydlatej czeredy, zamknęły sięznów w sobie, zgęstniały plącząc się w monotonii gorzkich monologów.Lampy poczerniały i zwiędły jak stare osty i bodiaki. Wisiały terazosowiałe i zgryźliwe, dzwoniąc cicho kryształkami szkiełek, gdy ktośprzeprawiał się omackiem przez zmierzch pokoju. Na próżno wetknęła Adelawe wszystkie ramiona tych lamp kolorowe świece, nieudolny surogat, bladewspomnienie świetnych iluminacji, którymi kwitły niedawno wiszące ichogrody. Ach! gdzie było to świegotliwe pączkowanie, to owocowaniepośpieszne i fantastyczne w bukietach tych lamp, z których jak zpękających czarodziejskich tortów ulatywały skrzydlate fantazmaty,rozbijające powietrze na talie kart magicznych, rozsypując je w koloroweoklaski, sypiące się gęstymi łuskami lazuru, pawiej, papuziej zieleni,metalicznych połysków, rysując w powietrzu linie i arabeski, migotliweślady lotów i kołowań, rozwijając kolorowe wachlarze trzepotów,utrzymujące się długo po przelocie w bogatej i błyskotliwej atmosferze,Jeszcze teraz kryły się w głębi zszarzałej aury echa i możliwościbarwnych rozbłysków, lecz nikt nie nawiercał fletem, nie doświadczałświdrem zmętniałych słojów powietrznych. Tygodnie te stały pod znakiemdziwnej senności. Łóżka cały dzień nie zaścielone, zawalone pościelązmiętą i wytarzaną od ciężkich snów, stały jak głębokie łodzie gotowe doodpływu w mokre i zawiłe labirynty jakiejś czarnej, bezgwiezdnejWenecji. O głuchym świcie Adela przynosiła nam kawę. Ubieraliśmy sięleniwie w zimnych pokojach, przy świetle świecy odbitej wielokrotnie wczar-nych szybach okien. Poranki te były pełne bezładnego krzątania się,rozwlekłego szukania w różnych szufladach i szafach. Po całym mieszkaniusłychać było kłapanie pantofelków Adeli. Subiekci zapalali latarnie,brali z rąk matki wielkie klucze sklepowe i wychodzili w gęstą, wirującąciemność. Matka nie mogła dojść do ładu z toaletą. Świece dogasały wlichtarzu. Adela przepadała gdzieś w odległych pokojach lub na strychu,gdzie rozwieszała bieliznę. Nie można jej się było dowołać. Młodyjeszcze, mętny i brudny ogień w piecu lizał zimne, błyszczące naroślesadzy w gardzieli komina. Świeca gasła, pokój pogrążał się w ciemności.Z głowami na obrusie stołu, wśród resztek śniadania zasypialiśmy na wpółubrani. Leżąc twarzami na futrzanym brzuchu ciemności, odpływaliśmy najego falistym oddechu w bezgwiezdną nicość. Budziło nas głośnesprzątanie Adeli. Matka nie mogła uporać się z toaletą. Nim skończyłaczesanie, subiekci wracali na obiad. Mrok na rynku przybierał kolorzłotawego dymu. Przez chwilę z tych dymnych miodów, z tych mętnychbursztynów mogły się rozpowić kolory najpiękniejszego popołudnia. Aleszczęśliwy moment mijał, amalgamat świtu przekwitał, wezbrany fermentdnia, już niemal dościgły, opadał z powrotem w bezsilną szarość.Zasiadaliśmy do stołu, subiekci zacierali czerwone z zimna ręce i nagleproza ich rozmów sprowadzała od razu pełny dzień, szary i pusty wtorek,dzień bez tradycji i bez twarzy. Ale gdy pojawiał się na stole półmisekz rybą w szklistej galarecie, dwie duże ryby leżące bok przy boku, głowądo ogona jak figura zodiakalna, odpoznawaliśmy w nich herb owego dnia,emblemat kalendarzowy bezimiennego wtorku, i rozbieraliśmy gopospiesznie między siebie, pełni ulgi, że dzień odzyskał w nim swąfizjonomię. Subiekci spożywali go z namaszczeniem, z powagąkalendarzowej ceremonii. Zapach pieprzu rozchodził się po pokoju. A gdywytarli bułką ostatek galarety ze swych talerzy, rozważając w myśliheraldykę następnych dni tygodnia, i na półmisku zostawały tylko głowy zwygotowanymi oczyma - czuliśmy wszyscy, że dzień został wspólnymi siłamipokonany i że reszta nie wchodziła już w rachubę. W samej rzeczy zresztą tą, wydaną na jej łaskę, Adela nie robiła sobie długichceregieli. Wśród brzęku garnków i chlustów zimnej wody likwidowała zenergią tych parę godzin do zmierzchu, które matka przesypiała naotomanie. Tymczasem w jadalni przygotowywano już scenerię wieczoru.Polda i Paulina, dziewczęta do szycia, rozgospodarowywały się w niej zrekwizytami swego fachu. Na ich ramionach wniesiona wchodziła do pokojumilcząca, nieruchoma pani, dama z kłaków i płótna, z czarną drewnianągałką zamiast głowy. Ale ustawiona w kącie, między drzwiami a piecem, tacicha dama stawała się panią sytuacji. Ze swego kąta, stojąc nieruchomo,nadzorowała w milczeniu pracę dziewcząt. Pełna krytycyzmu i niełaskiprzyjmowała ich starania i umizgi, z jakimi przyklękały przed nią,przymierzając fragmenty sukni, znaczone białą fastrygą. Obsługiwały zuwagą i cierpliwością milczący idol, którego nic zadowolić nie mogło.Ten moloch był nieubłagany, jak tylko kobiece molochy być potrafią, iodsyłał je wciąż na nowo do pracy, a one, wrzecionowate i smukłe,podobne do szpuli drewnianych, z których odwijały się nici, i takruchliwe jak one, manipulowały zgrabnymi ruchami nad tą kupą jedwabiu isukna, wcinały się szczękającymi nożycami w jej kolorową masę, furkotałymaszyną, depcąc pedał lakierkową, tanią nóżką, a dookoła nich rosła kupaodpadków, różnokolorowych strzępów i szmatek, jak wyplute łuski i plewydookoła dwóch wybrednych i marnotrawnych papug. Krzywe szczęki nożycotwierały się ze skrzypieniem, jak dzioby tych kolorowych ptaków.Dziewczęta deptały nieuważnie po barwnych obrzynkach, brodzącnieświadomie niby w śmietniku możliwego jakiegoś karnawału, w rupieciamijakiejś wielkiej nieurzeczywistnionej maskarady. Otrzepywały się zeszmatek z nerwowym śmiechem, łaskotały oczyma zwierciadła. Ich dusze,szybkie czarodziejstwo ich rąk było nie w nudnych sukniach, którezostawały na stole, ale w tych setkach odstrzygnięć, w tych wiórachlekkomyślnych i płochych, którymi zasypać mogły cale miasto, jakkolorową fantastyczną śnieżycą. Nagle było im gorąco i otwierały okno,ażeby w niecierpliwości swej samotni, w głodzie obcych twarzy,przynajmniej bezimienną twarz zobaczyć, do okna przyciśniętą. Wachlowałyrozpalone swe policzki przed wzbierającą firankami nocą zimową -odsłaniały płonące dekolty, pełne nienawiści do siebie i rywalizacji,gotowe stanąć do walki o tego pierrota, którego by ciemny powiew nocyprzywiał na okno. Ach! jak mało wymagały one od rzeczywistości. Miaływszystko w sobie, miały nadmiar wszystkiego w sobie. Ach! byłby imwystarczył pierrot wypchany trocinami, jedno-dwa słowa, na które oddawna czekały, by móc wpaść w swą rolę dawno przygotowaną, z dawnatłoczącą się na usta, pełną słodkiej i strasznej goryczy, ponoszącądziko, jak stronice romansu połykane nocą wraz ze łzami ronionymi nawypieki lic. Podczas jednej ze swych wędrówek wieczornych po mieszkaniu,przedsiębranych pod nieobecność Adeli, natknął się mój ojciec na tencichy seans wieczorny. Przez chwilę stał w ciemnych drzwiach przyległegopokoju, z lampą w ręku, oczarowany sceną pełną gorączki i wypieków, tąidyllą z pudru, kolorowej bibułki i atropiny, której jako tło pełneznaczenia podłożona była noc zimowa, oddychająca wśród wzdętych firanekokna. Nakładając okulary, zbliżył się w paru krokach i obszedł dookoładziewczęta, oświecając je podniesioną w ręku lampą. Przeciąg z otwartychdrzwi podniósł firanki u okna, panienki dawały się oglądać, kręcąc się wbiodrach, polśniewając emalią oczu, lakiem skrzypiących pantofelków,sprzączkami podwiązek pod wzdętą od wiatru sukienką; szmatki jęły umykaćpo podłodze, jak szczury, ku uchylonym drzwiom ciemnego pokoju, a ojciecmój przyglądał się uważnie prychającym osóbkom, szepcąc półgłosem: -Genus avium... jeśli się nie mylę, scansores albo pistacci... wnajwyższym stopniu godne uwagi. Przypadkowe to spotkanie stało siępoczątkiem całej serii seansów, podczas których ojciec mój zdołał rychłooczarować obie panienki urokiem swej przedziwnej osobistości. Odpłacającsię za pełną galanterii i dowcipu konwersację, którą zapełniał im pustkęwieczorów - dziewczęta pozwalały zapalonemu badaczowi studiowaćstrukturę swych szczupłych i tandetnych ciałek. Działo się to w tokukonwersacji, z powagą i wytwornością, która najryzykowniejszym punktomtych badań odbierała dwuznaczny ich pozór. Odsuwając pończoszkę z kolanaPauliny i studiując rozmiłowanymi oczyma zwięzłą i szlachetnąkonstrukcję przegubu, ojciec mój mówił: - Jakże pełna uroku i jakszczęśliwa jest forma bytu, którą panie obrały. Jakże piękna i prostajest teza, którą dano wam swym życiem ujawnić. Lecz za to z jakimmistrzostwem, z jaką finezją wywiązują się panie z tego zadania. Gdybymodrzucając respekt przed Stwórcą, chciał się zabawić w krytykęstworzenia, wołałbym: - mniej treści, więcej formy! Ach, jakby ulżyłświatu ten ubytek treści. Więcej skromności w zamierzeniach, więcejwstrzemięźliwości w pretensjach - panowie demiurdzy - a świat byłbydoskonalszy! - wołał mój ojciec akurat w momencie, gdy dłoń jegowyłuskiwała białą łydkę Pauliny z uwięzi pończoszki. W tej chwili Adelastanęła w otwartych drzwiach jadalni, niosąc tacę z podwieczorkiem. Byłoto pierwsze spotkanie dwu tych wrogich potęg od czasu wielkiej rozprawy.My wszyscy, którzy asystowaliśmy przy tym spotkaniu, przeżyliśmy chwilęwielkiej trwogi. Było nam nadwyraz przykro być świadkami nowegoupokorzenia i tak już ciężko doświadczonego męża. Mój ojciec powstał zklęczek bardzo zmieszany, falą po fali zabarwiała się jego twarz corazciemniej napływem wstydu. Ale Adela znalazła się niespodzianie nawysokości sytuacji. Podeszła z uśmiechem do ojca i dała mu prztyczka wnos. Na to hasło Polda i Paulina klasnęły rado-śnie w dłonie, zatupotałynóżkami i uwiesiwszy się z obu stron u ramion ojca, obtańczyły z nimstół dookoła. W ten sposób, dzięki dobremu sercu dziewcząt, rozwiał sięzarodek przykrego konfliktu w ogólnej wesołości. Oto jest początekwielce ciekawych i dziwnych prelekcji, które mój ojciec, natchnionyurokiem tego małego i niewinnego audytorium, odbywał w następnychtygodniach owej wczesnej zimy. Jest godne uwagi, jak w zetknięciu zniezwykłym tym człowiekiem rzeczy wszystkie cofały się niejako dokorzenia swego bytu, odbudowywały swe zjawisko aż do metafizycznegojądra, wracały niejako do pierwotnej idei, ażeby w tym punkciesprzeniewierzyć się jej i przechylić w te wątpliwe, ryzykowne idwuznaczne regiony, które nazwiemy tu krótko regionami wielkiej herezji.Nasz herezjarcha szedł wśród rzeczy jak magnetyzer, zarażając je iuwodząc swym niebezpiecznym czarem. Czy mam nazwać i Paulinę jegoofiarą? Stała się ona w owych dniach jego uczennicą, adeptką jegoteoryj, modelem jego eksperymentów. Tutaj postaram się wyłożyć znależytą ostrożnością, i unikając zgorszenia, tę nader kacerskądoktrynę, która opętała wówczas na długie miesiące mego ojca i opanowaławszystkie jego poczynania.TRAKTAT O MANEKINACH ALBO WTÓRA KSIĘGA RODZAJU Demiurgos - mówił mójojciec - nie posiadł monopolu na tworzenie - tworzenie jest przywilejemwszystkich duchów. Materii dana jest nieskończona płodność,niewyczerpana moc życiowa i zarazem uwodna siła pokusy, która nas nęcido formowania. W głębi materii kształtują się niewyraźne uśmiechy,zawiązują się napięcia, zgęszczają się próby kształtów. Cała materiafaluje od nieskończonych możliwości, które przez nią przechodzą mdłymidreszczami. Czekając na ożywcze tchnienie ducha, przelewa się ona wsobie bez końca, kusi tysiącem słodkich okrąglizn i miękkości, które zsiebie w ślepych rojeniach wymajacza. Pozbawiona własnej inicjatywy,lubieżnie podatna, po kobiecemu plastyczna, uległa wobec wszystkichimpulsów - stanowi ona teren wyjęty spod prawa, otwarty dla wszelkiegorodzaju szarlatanerii i dyletantyzmów, domenę wszelkich nadużyć iwątpliwych manipulacji demiurgicznych. Materia jest najbierniejszą inajbezbronniejszą istotą w kosmosie. Każdy może ją ugniatać, formować,każdemu jest posłuszna. Wszystkie organizacje materii są nietrwałe iluźne, łatwe do uwstecznienia i rozwiązania. Nie ma żadnego zła wredukcji życia do form innych i nowych. Zabójstwo nie jest grzechem.Jest ono nieraz koniecznym gwałtem wobec opornych i skostniałych formbytu, które przestały być zajmujące. W interesie ciekawego i ważnegoeksperymentu może ono nawet stanowić zasługę. Tu jest punkt wyjścia dlanowej apologii sadyzmu. Mój ojciec był niewyczerpany w gloryfikacji tegoprzedziwnego elementu, jakim była materia. - Nie ma materii martwej -nauczał - martwota jest jedynie pozorem, za którym ukrywają się nieznaneformy życia. Skala tych form jest nieskończona, a odcienie i niuanseniewyczerpane. Demiurgos był w posiadaniu ważnych i ciekawych recepttwórczych. Dzięki nim stworzył on mnogość rodzajów, odnawiających sięwłasną siłą. Nie wiadomo, czy recepty te kiedykolwiek zostanązrekonstruowane. Ale jest to niepotrzebne, gdyż jeśliby nawet teklasyczne metody kreacji okazały się raz na zawsze niedostępne,pozostają pewne metody illegalne, cały bezmiar metod heretyckich iwystępnych. W miarę jak ojciec od tych ogólnych zasad kosmogonii zbliżałsię do terenu swych ciaśniejszych zainteresowań, głos jego zniżał się downikliwego szeptu, wykład stawał się coraz trudniejszy i zawilszy, awyniki, do których dochodził, gubiły się w coraz bardziej wątpliwych iryzykownych regionach. Gestykulacja jego nabierała ezoterycznejsolenności. Przymykał jedno oko, przykładał dwa palce do czoła, chytrośćjego spojrzenia stawała się wprost niesamowita. Wwiercał się tąchytrością w swe interlokutorki, gwałcił cynizmem tego spojrzenianajwstydliwsze, najintymniejsze w nich rezerwy i dosięgał wymykające sięw najgłębszym zakamarku, przypierał do ściany i łaskotał, drapałironicznym palcem, póki nie dołaskotał się błysku zrozumienia i śmiechu,śmiechu przyznania i porozumienia się, którym w końcu musiało siękapitulować. Dziewczęta siedziały nieruchomo, lampa kopciła, sukno podigłą maszyny dawno się zsunęło, a maszyna stukotała pusto, stębnującczarne, bezgwiezdne sukno, odwijające się z postawu nocy zimowej zaoknem. - Zbyt długo żyliśmy pod terrorem niedościgłej doskonałościDemiurga - mówił mój ojciec - zbyt długo doskonałość jego tworuparaliżowała naszą własną twórczość. Nie chcemy z nim konkurować. Niemamy ambicji mu dorównać. Chcemy być twórcami we własnej, niższejsferze, pragniemy dla siebie twórczości, pragniemy rozkoszy twórczej,pragniemy - jednym słowem - demiurgii. - Nie wiem, w czyim imieniuproklamował mój ojciec te postulaty, jaka zbiorowość, jaka korporacja,sekta czy zakon, nadawała swą solidarnością patos jego słowom. Co donas, to byliśmy dalecy od wszelkich zakusów demłurgicznych. Lecz ojciecmój rozwinął tymczasem program tej wtórej demiurgii, obraz tej drugiejgeneracji stworzeń, która stanąć miała w otwartej opozycji do panującejepoki. - Nie zależy nam - mówił on - na tworach o długim oddechu, naistotach na daleką metę. Nasze kreatury nie będą bohaterami romansów wwielu tomach. Ich role będą krótkie, lapidarne, ich charaktery - bezdalszych planów. Często dla jednego gestu, dla jednego słowa podejmiemysię trudu powołania ich do życia na tę jedną chwilę. Przyznajemyotwarcie: nie będziemy kładli nacisku na trwałość ani solidnośćwykonania, twory nasze będą jak gdyby prowizoryczne, na jeden razzrobione. Jeśli będą to ludzie, to damy im na przykład tylko jednąstronę twarzy, jedną rękę, jedną nogę, tę mianowicie, która im będzie wich roli potrzebna. Byłoby pedanterią troszczyć się o ich drugą, niewchodzącą w grę nogę. Z tyłu mogą być po prostu zaszyte płótnem lubpobielone. Naszą ambicję pokładać będziemy w tej dumnej dewizie: dlakażdego gestu inny aktor. Do obsługi każdego słowa, każdego czynupowołamy do życia innego człowieka. Taki jest nasz smak, to będzie światwedług naszego gustu. Demiurgos kochał się w wytrawnych, doskonałych iskomplikowanych materiałach, my dajemy pierwszeństwo tandecie. Po prostuporywa nas, zachwyca taniość, lichota, tandetność materiału. Czyrozumiecie - pytał mój ojciec - głęboki sens tej słabości, tej pasji dopstrej bibułki, do papier mâ ché , do lakowej farby, do kłaków itrociny? To jest - mówił z bolesnym uśmiechem - nasza miłość do materiijako takiej, do jej puszystości i porowatości, do jej jedynej,mistycznej konsystencji. Demiurgos, ten wielki mistrz i artysta, czyniją niewidzialną, każe jej zniknąć pod grą życia. My, przeciwnie, kochamyjej zgrzyt, jej oporność, jej pałubiastą niezgrabność. Lubimy pod każdymgestem, pod każdym ruchem widzieć jej ociężały wysiłek, jej bezwład, jejsłodką niedźwiedziowatość. Dziewczęta siedziały nieruchomo z szklanymioczyma. Twarze ich były wyciągnięte i zgłupiałe zasłuchaniem, policzkipodmalowane wypiekami, trudno było w tej chwili ocenić, czy należą dopierwszej, czy do drugiej generacji stworzenia. - Słowem - konkludowałmój ojciec - chcemy stworzyć po raz wtóry człowieka, na obraz ipodobieństwo manekinu. Tu musimy dla wierności sprawozdawczej opisaćpewien drobny i błahy incydent, który zaszedł w tym punkcie prelekcji ido którego nie przywiązujemy żadnej wagi. Incydent ten, całkowicieniezrozumiały i bezsensowny w tym danym szeregu zdarzeń, da się chybawytłumaczyć jako pewnego rodzaju automatyzm szczątkowy, bez antecedensówi bez ciągłości, jako pewnego rodzaju złośliwość obiektu, przeniesiona wdziedzinę psychiczną. Radzimy czytelnikowi zignorować go z równąlekkomyślnością, jak my to czynimy. Oto jego przebieg: W chwili gdy mójojciec wymawiał słowo „manekin”, Adela spojrzała na zegarek nabransoletce, po czym porozumiała się spojrzeniem z Poldą. Teraz wysunęłasię wraz z krzesłem o piędź naprzód, podniosła brzeg sukni, wystawiłapowoli stopę, opiętą w czarny jedwab, i wyprężyła ją jak pyszczek węża.Tak siedziała przez cały czas tej sceny, całkiem sztywno, z wielkimi,trzepoczącymi oczyma, pogłębionymi lazurem atropiny, z Poldą i Paulinapo obu bokach. Wszystkie trzy patrzyły rozszerzonymi oczami na ojca. Mójojciec chrząknął, zamilkł, pochylił się i stał się nagle bardzoczerwony. W jednej chwili lineatura jego twarzy, dopiero co takrozwichrzona i pełna wibracji, zamknęła się na spokorniałych rysach. On- herezjarcha natchniony, ledwo wypuszczony z wichru uniesienia - złożyłsię nagle w sobie, zapadł i zwinął. A może wymieniono go na innego. Teninny siedział sztywny, bardzo czerwony, ze spuszczonymi oczyma. PannaPolda podeszła i pochyliła się nad nim. Klepiąc go lekko po plecach,mówiła tonem łagodnej zachęty: - Jakub będzie rozsądny, Jakub posłucha,Jakub nie będzie uparty. No, proszę... Jakub, Jakub... Wypiętypantofelek Adeli drżał lekko i błyszczał jak języczek węża. Mój ojciecpodniósł się powoli ze spuszczonymi oczyma, postąpił krok naprzód, jakautomat, i osunął się na kolana. Lampa syczała w ciszy, w gęstwinietapet biegły tam i z powrotem wymowne spojrzenia, leciały szeptyjadowitych języków, gzygzaki myśli...TRAKTAT O MANEKINACH Ciąg dalszy Następnego wieczora ojciec podjął zodnowioną swadą ciemny i zawiły swój temat. Lineatura jego zmarszczekrozwijała się i zawijała z wyrafinowaną chytrością. W każdej spiraliukryty był pocisk ironii. Ale czasami inspiracja rozszerzała kręgi jegozmarszczek, które rosły jakąś ogromną wirującą grozą, uchodząc wmilczących wolutach w głąb nocy zimowej. - Figury panopticum, moje panie- zaczął on - kalwaryjskie parodie manekinów, ale nawet w tej postacistrzeżcie się lekko je traktować. Materia nie zna żartów. Jest onazawsze pełna tragicznej powagi. Kto ośmiela się myśleć, że można igrać zmaterią, że kształtować ją można dla żartu, że żart nie wrasta w nią,nie wżera się natychmiast jak los, jak przeznaczenie? Czy przeczuwacieból, cierpienie głuche, nie wyzwolone, zakute w materię cierpienie tejpałuby, która nie wie, czemu nią jest, czemu musi trwać w tej gwałtemnarzuconej formie, będącej parodią? Czy pojmujecie potęgę wyrazu, formy,pozoru, tyrańską samowolę, z jaką rzuca się on na bezbronną kłodę iopanowuje, jak własna, tyrańska, panosząca się dusza? Nadajecie jakiejśgłowie z kłaków i płótna wyraz gniewu i pozostawiacie ją z tym gniewem,z tą konwulsją, z tym napięciem raz na zawsze, zamkniętą ze ślepązłością, dla której nie ma odpływu. Tłum śmieje się z tej parodii.Płaczcie, moje panie, nad losem własnym, widząc nędzę materii więzionej,gnębionej materii, która nie wie, kim jest i po co jest, dokąd prowadziten gest, który jej raz na zawsze nadano. Tłum śmieje się. Czyrozumiecie straszny sadyzm, upajające, demiurgiczne okrucieństwo tegośmiechu? Bo przecież płakać nam, moje panie, trzeba nad losem własnym nawidok tej nędzy materii, gwałconej materii, na której dopuszczono sięstrasznego bezprawia. Stąd płynie, moje panie, straszny smutekwszystkich błazeńskich golemów, wszystkich pałub, zadumanych tragicznienad śmiesznym swym grymasem. Oto jest anarchista Luccheni, mordercacesarzowej Elżbiety, oto Draga, demoniczna i nieszczęśliwa królowaSerbii, oto genialny młodzieniec, nadzieja i duma rodu, którego zgubiłnieszczęsny nałóg onanii. O, ironio tych nazw, tych pozorów! Czy jest wtej pałubie naprawdę coś z królowej Dragi, jej sobowtór, najdalszy bodajcień jej istoty? To podobieństwo, ten pozór, ta nazwa uspokaja nas i niepozwala nam pytać, kim jest dla siebie samego ten twór nieszczęśliwy. Ajednak to musi być ktoś, moje panie, ktoś anonimowy, ktoś groźny, ktośnieszczęśliwy, ktoś, co nie słyszał nigdy w swym głuchym życiu okrólowej Dradze... Czy słyszeliście po nocach straszne wycie tych pałubwoskowych, zamkniętych w budach jarmarcznych, żałosny chór tych kadłubówz drzewa i porcelany, walących pięściami w ściany swych więzień? Wtwarzy mego ojca, rozwichrzonej grozą spraw, które wywołał z ciemności,utworzył się wir zmarszczek, lej rosnący w głąb, na którego dnie gorzałogroźne oko prorocze. Broda jego zjeżyła się dziwnie, wiechcie i pędzlewłosów, strzelające z brodawek, z pieprzów, z dziurek od nosa,nastroszyły się na swych korzonkach. Tak stał drętwy, z gorejącymioczyma, drżąc od wewnętrznego wzburzenia, jak automat, który zaciął sięi zatrzymał na martwym punkcie. Adela wstała z krzesła i poprosiła nas oprzymknięcie oczu na to, co się za chwilę stanie. Potem podeszła do ojcai z rękoma na biodrach, przybierając pozór podkreślonej stanowczości,zażądała bardzo dobitnie... Panienki siedziały sztywno, ze spuszczonymioczyma, w dziwnej drętwości...TRAKTAT O MANEKINACH Dokończenie Któregoś z następnych wieczorów ojciecmój w te słowa ciągnął dalej swą prelekcję: - Nie o tychnieporozumieniach ucieleśnionych, nie o tych smutnych parodiach, mojepanie, owocach prostackiej i wulgarnej niepowściągliwości - chciałemmówić zapowiadając mą rzecz o manekinach. Miałem na myśli coś innego. Tuojciec mój zaczął budować przed naszymi oczyma obraz tej wymarzonejprzez niego „generaiio aequivoca”, jakiegoś pokolenia istot na wpółtylko organicznych, jakiejś pseudowegetacji i pseudofauny, rezultatówfantastycznej fermentacji materii. Były to twory podobne z pozoru doistot żywych, do kręgowców, skorupiaków, członkonogów, lecz pozór tenmylił. Były to w istocie istoty amorfne, bez wewnętrznej struktury,płody imitatywnej tendencji materii, która obdarzona pamięcią, powtarzaz przyzwyczajenia raz przyjęte kształty. Skala morfologii, którejpodlega materia, jest w ogóle ograniczona i pewien zasób form powtarzasię wciąż na różnych kondygnacjach bytu. Istoty te - ruchliwe, wrażliwena bodźce, a jednak dalekie od prawdziwego życia - można było otrzymaćzawieszając pewne skomplikowane koloidy w roztworach soli kuchennej.Koloidy te po kilku dniach formowały się, organizowały w pewnezagęszczenia substancji przypominającej niższe formy fauny. U istot takpowstałych można było stwierdzić proces oddychania, przemianę materii,ale analiza chemiczna nie wykazywała w nich nawet śladu połączeńbiałkowych ani w ogóle związków węgla. Wszelako prymitywne te formy byłyniczym w porównaniu z bogactwem kształtów i wspaniałości pseudofauny iflory, która pojawia się niekiedy w pewnych ściśle określonychśrodowiskach. Środowiskami tymi są stare mieszkania, przesyconeemanacjami wielu żywotów i zdarzeń - zużyte atmosfery, bogate wspecyficzne ingrediencje marzeń ludzkich - rumowiska, obfitujące w humuswspomnień, tęsknot, jałowej nudy. Na takiej glebie owa pseudowegetacjakiełkowała szybko i powierzchownie, pasożytowała obficie i efemerycznie,pędziła krótkotrwałe generacje, które rozkwitały raptownie i świetnie,ażeby wnet zgasnąć i zwiędnąć. Tapety muszą być w takich mieszkaniachjuż bardzo zużyte i znudzone nieustanną wędrówką po wszystkichkadencjach rytmów; nic dziwnego, że schodzą na manowce dalekich,ryzykownych rojeń. Rdzeń mebli, ich substancja musi już być rozluźniona,zdegenerowana i podległa występnym pokusom: wtedy na tej chorej,zmęczonej i zdziczałej glebie wykwita, jak piękna wysypka, nalotfantastyczny, kolorowa, bujająca pleśń. - Wiedzą panie - mówił ojciecmój - że w starych mieszkaniach bywają pokoje, o których się zapomina.Nie odwiedzane miesiącami, więdną w opuszczeniu między starymi murami izdarza się, że zasklepiają się w sobie, zarastają cegłą i, raz na zawszestracone dla naszej pamięci, powoli tracą też swą egzystencję. Drzwi,prowadzące do nich z jakiegoś podestu tylnych schodów, mogą być takdhigo przeoczane przez domowników, aż wrastają, wchodzą w ścianę, którazaciera ich ślad w fantastycznym rysunku pęknięć i rys. - Wszedłem raz -mówił ojciec mój - wczesnym rankiem na schyłku zimy, po wielu miesiącachnieobecności, do takiego na wpół zapomnianego traktu i zdumiony byłemwyglądem tych pokojów. Z wszystkich szpar w podłodze, z wszystkichgzymsów i framug wystrzelały cienkie pędy i napełniały szare powietrzemigotliwą koronką filigranowego listowia, ażurową gęstwiną jakiejścieplarni, pełnej szeptów, lśnień, kołysań, jakiejś fałszywej i błogiejwiosny. Dookoła łóżka, pod wieloramienną lampą, wzdłuż szaf chwiały siękępy delikatnych drzew, rozpryskiwały w górze w świetliste korony, wfontanny koronkowego listowia, bijące aż pod malowane niebo sufiturozpylonym chlorofilem. W przyspieszonym procesie kwitnienia kiełkowaływ tym listowiu ogromne, białe i różowe kwiaty, pączkowały w oczach,bujały od środka różowym miąższem i przelewały się przez brzegi, gubiącpłatki i rozpadając się w prędkim przekwitaniu. - Byłem szczęśliwy -mówił mój ojciec - z tego niespodzianego rozkwitu, który napełniłpowietrze migotliwym szelestem, łagodnym szumem, przesypującym się jakkolorowe confetti przez cienkie rózgi gałązek. Widziałem, jak z drganiapowietrza, z fermentacji zbyt bogatej aury wydziela się i materializujeto pospieszne kwitnienie, przelewanie się i rozpadanie fantastycznycholeandrów, które napełniły pokój rzadką, leniwą śnieżycą wielkich,różowych kiści kwietnych. - Nim zapadł wieczór - kończył ojciec - niebyło już śladu tego świetnego rozkwitu. Cała złudna ta fatamorgana byłatylko mistyfikacją, wypadkiem dziwnej symulacji materii, która podszywasię pod pozór życia. Ojciec mój był dnia tego dziwnie ożywiony,spojrzenia jego, chytre, ironiczne spojrzenia, tryskały werwą i humorem.Potem, nagle poważniejąc, znów rozpatrywał nieskończoną skalę form iodcieni, jakie przybierała wielokształtna materia. Fascynowały go formygraniczne, wątpliwe i problematyczne, jak ektoplazma somnambulików,pseudomateria, emanacja kataleptyczna mózgu, która w pewnych wypadkachrozrastała się z ust uśpionego na cały stół, napełniała cały pokój, jakobujająca, rzadka tkanka, astralne ciasto, na pograniczu ciała i ducha. -Kto wie - mówił - ile jest cierpiących, okaleczonych, fragmentarycznychpostaci życia, jak sztucznie sklecone, gwoździami na gwałt zbite życieszaf i stołów, ukrzyżowanego drzewa, cichych męczenników okrutnejpomysłowości ludzkiej. Straszliwe transplantacje obcych i nienawidzącychsię ras drzewa, skucie ich w jedną nieszczęśliwą osobowość. Ile starej,mądrej męki jest w bejcowanych słojach, żyłach i fladrach naszychstarych, zaufanych szaf. Kto rozpozna w nich stare, zheblowane,wypolerowane do niepoznaki rysy, uśmiechy, spojrzenia! Twarz mego ojca,gdy to mówił, rozeszła się zamyśloną lineaturą zmarszczek, stała siępodobna do sęków i słojów starej deski, z której zheblowano wszystkiewspomnienia. Przez chwilę myśleliśmy, że ojciec popadnie w standrętwoty, który nawiedzał go czasem, ale ocknął się nagle, opamiętał itak ciągnął dalej: - Dawne, mistyczne plemiona balsamowały swychumarłych. W ściany ich mieszkań były wprawione, wmurowane ciała, twarze:w salonie stał ojciec - wypchany, wygarbowana żona-nieboszczka byładywanem pod stołem. Znałem pewnego kapitana, który miał w swej kajucielampę-meluzynę, zrobioną przez malajskich balsamistów z jegozamordowanej kochanki. Na głowie miała ogromne rogi jelenie. W ciszykajuty głowa ta, rozpięta między gałęziami rogów u stropu, powoliotwierała rzęsy oczu; na rozchylonych ustach lśniła błonka śliny,pękająca od cichego szeptu. Głowonogi, żółwie i ogromne kraby,zawieszone na belkach sufitu jako kandelabry i pająki, przebierały w tejciszy bez końca nogami, szły i szły na miejscu... Twarz mojego ojcaprzybrała naraz wyraz troski i smutku, gdy myśli jego na drogach niewiedzieć jakich asocjacji przeszły do nowych przykładów: - Czy mamprzemilczeć - mówił przyciszonym głosem - że brat mój na skutek długieji nieuleczalnej choroby zamienił się stopniowo w zwój kiszek gumowych,że biedna moja kuzynka dniem i nocą nosiła go w poduszkach, nucącnieszczęśliwemu stworzeniu nieskończone kołysanki nocy zimowych? Czymoże być coś smutniejszego niż człowiek zamieniony w kiszkę hegarową? Coza rozczarowanie dla rodziców, co za dezorientacja dla ich uczuć, co zarozwianie wszystkich nadziei, wiązanych z obiecującym młodzieńcem! Ajednak wierna miłość biednej kuzynki towarzyszyła mu i w tej przemianie.- Ach! nie mogę już dłużej, nie mogę tego słuchać! - jęknęła Poldaprzechylając się na krześle. - Ucisz go, Adelo... Dziewczęta wstały,Adela podeszła do ojca i wyciągniętym palcem uczyniła ruch zaznaczającyłaskotanie. Ojciec stropił się, zamilkł i zaczął, pełen przerażenia,cofać się tyłem przed kiwającym się palcem Adeli. Ta szła za nim ciągle,grożąc mu jadowicie palcem, i wypierała go krok za krokiem z pokoju.Paulina ziewnęła przeciągając się. Obie z Poldą, wsparte o siebieramionami, spojrzały sobie w oczy z uśmiechem.NEMROD Cały sierpień owego roku przebawiłem się z małym, kapitalnympieskiem, który pewnego dnia znalazł się na podłodze naszej kuchni,niedołężny i piszczący, pachnący jeszcze mlekiem i niemowlęctwem, z nieuformowanym, okrągławym, drżącym łebkiem, z łapkami jak u kretarozkraczonymi na boki i z najdelikatniejszą, mięciutką sierścią. Odpierwszego wejrzenia zdobyła sobie ta kruszynka życia cały zachwyt, całyentuzjazm chłopięcej duszy. Z jakiego nieba spadł tak niespodzianie tenulubieniec bogów, milszy sercu od najpiękniejszych zabawek? Że teżstare, zgoła nieinteresujące pomywaczki wpadają niekiedy na tak świetnepomysły i przynoszą z przedmieścia - o całkiem wczesnej,transcendentalnej porannej godzinie - takiego oto pieska do naszejkuchni! Ach! było się jeszcze - niestety - nieobecnym, nieurodzonym zciemnego łona snu, a już to szczęście ziściło się, już czekało na nas,niedołężnie leżące na chłodnej podłodze kuchni, nie docenione przezAdelę i domowników. Dlaczego nie obudzono mnie wcześniej! Talerzyk mlekana podłodze świadczył o macierzyńskich impulsach Adeli, świadczyłniestety także i o chwilach przeszłości, dla mnie na zawsze straconej, orozkoszach przybranego macierzyństwa, w których nie brałem udziału. Aleprzede mną leżała jeszcze cała przyszłość. Jakiż bezmiar doświadczeń,eksperymentów, odkryć otwierał się teraz! Sekret życia, jegonajistotniejsza tajemnica sprowadzona do tej prostszej, poręczniejszej izabawkowej formy odsłaniała się tu nienasyconej ciekawości. Było tonadwyraz interesujące, mieć na własność taką odrobinkę życia, takącząsteczkę wieczystej tajemnicy, w postaci tak zabawnej i nowej,budzącej nieskończoną ciekawość i respekt sekretny swą obcością,niespodzianą transpozycją tego samego wątku życia, który i w nas był, naformę od naszej odmienną, zwierzęcą. Zwierzęta! cel nienasyconejciekawości, egzemplifikacje zagadki życia, jakby stworzone po to, byczłowiekowi pokazać człowieka, rozkładając jego bogactwo i komplikacjęna tysiąc kalejdoskopowych możliwości, każdą doprowadzoną do jakiegośparadoksalnego krańca, do jakiejś wybujałości pełnej charakteru.Nieobciążone splotem egzotycznych interesów, mącących stosunkimiędzyludzkie, otwierało się serce pełne sympatii dla obcych emanacjiwiecznego życia, pełne miłosnej współpracującej ciekawości, która byłazamaskowanym głosem samopoznania. Piesek był aksamitny, ciepły ipulsujący małym, pospiesznym sercem. Miał dwa miękkie płatki uszu,niebieskawe, mętne oczka, różowy pyszczek, do którego można było włożyćpalec bez żadnego niebezpieczeństwa, łapki delikatne i niewinne, zwzruszającą, różową brodaweczką z tyłu, nad stopami przednich nóg.Właził nimi do miski z mlekiem, żarłoczny i niecierpliwy, chłepcącynapój różowym języczkiem, ażeby po nasyceniu się podnieść żałośnie małąmordkę z kroplą mleka na brodzie i wycofać się niedołężnie z kąpielimlecznej. Chód jego był niezgrabnym toczeniem się, bokiem na ukos wniezdecydowanym kierunku, po linii trochę pijanej i chwiejnej. Dominantąjego nastroju była jakaś nieokreślona i zasadnicza żałość, sieroctwo ibezradność - niezdolność do zapełnienia czymś pustki życia pomiędzysensacjami posiłków. Objawiało się to bezplanowością i niekonsekwencjąruchów, irracjonalnymi napadami nostalgii z żałosnym skomleniem iniemożnością znalezienia sobie miejsca. Nawet jeszcze w głębi snu, wktórym potrzebę oparcia się i przytulenia zaspokajać musiał używając dotego własnej swej osoby, zwiniętej w kłębek drżący - towarzyszyło mupoczucie osamotnienia i bezdomności. Ach, życie - młode i wątłe życie,wypuszczone z zaufanej ciemności, z przytulnego ciepła łonamacierzystego w wielki i obcy, świetlany świat, jakże kurczy się ono icofa, jak wzdraga się zaakceptować tę imprezę, którą mu proponują -pełne awersji i zniechęcenia! Lecz zwolna mały Nemrod (otrzymał był todumne i wojownicze imię) zaczyna smakować w życiu. Wyłączne opanowanieobrazem macierzystej prajedni ustępuje urokowi wielości. Świat zaczynanań nastawiać pułapki: nieznany a czarujący smak różnych pokarmów,czworobok porannego słońca na podłodze, na którym tak dobrze jestpołożyć się, ruchy własnych członków, własne łapki, ogonek, figlarniewyzywający do zabawy z samym sobą, pieszczoty ręki ludzkiej, pod którymizwolna dojrzewa pewna swawolność, wesołość rozpierająca ciało i rodzącapotrzebę zgoła nowych, gwałtownych i ryzykownych ruchów - wszystko toprzekupuje, przekonywa i zachęca do przyjęcia, do pogodzenia się zeksperymentem życia. I jeszcze jedno. Nemrod zaczyna rozumieć, że to, comu się tu podsuwa, mimo pozorów nowości jest w gruncie rzeczy czymś, cojuż było - było wiele razy - nieskończenie wiele razy. Jego ciałopoznaje sytuacje, wrażenia i przedmioty. W gruncie rzeczy to wszystkonie dziwi go zbytnio. W obliczu każdej nowej sytuacji daje nura w swojąpamięć, w głęboką pamięć ciała, i szuka omackiem, gorączkowo - i bywa,że znajduje w sobie odpowiednią reakcję już gotową: mądrość pokoleń,złożoną w jego plazmie, w jego nerwach. Znajduje jakieś czyny, decyzje,o których sam nie wiedział, że już w nim dojrzały, że czekały na to, bywyskoczyć. Sceneria jego młodego życia, kuchnia z wonnymi cebrami, ześcierkami o skomplikowanej i intrygującej woni, z kłapaniem pantofliAdeli, z jej hałaśliwym krzątaniem się - nie straszy go więcej. Przywykłuważać ją za swoją domenę, zadomowił się w niej i począł rozwijać wstosunku do niej niejasne poczucie przynależności, ojczyzny. Chyba żeniespodzianie spadał nań kataklizm w postaci szorowania podłogi -obalenie praw natury, chlusty ciepłego ługu, podmywające wszystkiemeble, i groźny szurgot szczotek Adeli. Ale niebezpieczeństwo mija,szczotka uspokojona i nieruchoma leży cicho w kącie, schnąca podłogapachnie miło mokrym drzewem. Nemrod, przywrócony znowu do swychnormalnych praw i do swobody na terenie własnym, czuje żywą ochotęchwytać zębami stary koc na podłodze i targać nim z całej siły na prawoi lewo. Pacyfikacja żywiołów napełnia go niewymowną radością. Wtem stajejak wryty: przed nim, o jakie trzy kroki pieskie, posuwa się czarnamaszkara, potwór sunący szybko na pręcikach wielu pogmatwanych nóg. Dogłębi wstrząśnięty Nemrod posuwa wzrokiem za skośnym kursem błyszczącegoowada, śledząc w napięciu ten płaski, bezgłowy i ślepy kadłub, niesionyniesamowitą ruchliwością pajęczych nóg. Coś w nim na ten widok wzbiera,coś dojrzewa, pęcznieje, czego sam jeszcze nie rozumie, niby jakiś gniewalbo strach, lecz raczej przyjemny i połączony z dreszczem siły,samopoczucia, agresywności. I nagle opada na przednie łapki i wyrzuca zsiebie głos, jeszcze jemu samemu nie znany, obcy, całkiem niepodobny dozwykłego kwilenia. Wyrzuca go z siebie raz, i jeszcze raz, i jeszcze,cienkim dyszkantem, który się co chwila wykoleja. Ale nadaremnieapostrofuje owada w tym nowym, z nagłego natchnienia zrodzonym języku. Wkategoriach umysłu karakoniego nie ma miejsca na tę tyradę i owad odbywadalej swą skośną turę ku kątowi pokoju, wśród ruchów uświęconychodwiecznym karakonim rytuałem. Wszelako uczucia nienawiści nie mająjeszcze trwałości i mocy w duszy pieska. Nowoobudzona radość życiaprzeistacza każde uczucie w wesołość. Nemrod szczeka jeszcze, lecz senstego szczekania zmienił się niepostrzeżenie, stało się ono swoją własnąparodią - pragnąc w gruncie rzeczy wysłowić niewymowną udatność tejświetnej imprezy życia, pełnej pikanterii, niespodzianych dreszczyków ipoint.PAN W kącie między tylnymi ścianami szop i przybudówek był zaułekpodwórza, najdalsza, ostatnia odnoga, zamknięta między komorę, wychodeki tylną ścianę kurnika - głucha zatoka, poza którą nie było już wyjścia.Był to najdalszy przylądek, Gibraltar tego podwórza, bijący rozpaczliwiegłową w ślepy parkan z poziomych desek, zamykającą i ostateczną ścianętego świata. Spod jego omszonych dyli wyciekała strużka czarnej,śmierdzącej wody, żyła gnijącego, tłustego błota, nigdy nie wysychająca- jedyna droga, która poprzez granice parkanu wyprowadzała w świat. Alerozpacz smrodliwego zaułka tak długo biła głową w tę zaporę, ażrozluźniła jedną z poziomych, potężnych desek. My, chłopcy, dokonaliśmyreszty i wyważyli, wysunęli ciężką omszałą deskę z osady. Tak zrobiliśmywyłom, otworzyliśmy okno na słońce. Stanąwszy nogą na desce, rzuconejjak most przez kałużę, mógł więzień podwórza w poziomej pozycjiprzecisnąć się przez szparę, która wypuszczała go w nowy, przewiewny irozległy świat. Był tam wielki, zdziczały stary ogród. Wysokie grusze,rozłożyste jabłonie rosły tu z rzadka potężnymi grupami, obsypanesrebrnym szelestem, kipiącą siatką białawych połysków. Bujna, zmieszana,nie koszona trawa pokrywała puszystym kożuchem falisty teren. Były tamzwykłe, trawiaste źdźbła łąkowe z pierzastymi kitami kłosów; byłydelikatne filigrany dzikich pietruszek i marchwi; pomarszczone iszorstkie listki bluszczyków i ślepych pokrzyw, pachnące miętą;łykowate, błyszczące babki, nakrapiane rdzą, wystrzelające kiśćmigrubej, czerwonej kaszy. Wszystko to, splątane i puszyste, przepojonebyło łagodnym powietrzem, podbite błękitnym wiatrem i napuszczoneniebem. Gdy się leżało w trawie, było się przykrytym całą błękitnągeografią obłoków i płynących kontynentów, oddychało się całą rozległąmapą niebios. Od tego obcowania z powietrzem liście i pędy pokryły siędelikatnymi włoskami, miękkim nalotem puchu, szorstką szczeciną haczków,jak gdyby dla chwytania i zatrzymywania przepływów tlenu. Ten nalotdelikatny i białawy spokrewniał liście z atmosferą, dawał im srebrzysty,szary połysk fal powietrznych, cienistych zadumań między dwoma błyskamisłońca. A jedna z tych roślin, żółta i pełna mlecznego soku w bladychłodygach, nadęta powietrzem, pędziła ze swych pustych pędów już samopowietrze, sam puch w kształcie pierzastych kul mleczowych rozsypywanychprzez powiew i wsiąkających bezgłośnie w błękitną ciszę. Ogród byłrozległy i rozgałęziony kilku odnogami i miał różne strefy i klimaty. Wjednej stronie był otwarty, pełen mleka niebios i powietrza, i tampodścielał niebu co najmiększą, najdelikatniejszą, najpuszystszą zieleń.Ale w miarę jak opadał w głąb długiej odnogi i zanurzał się w cieńmiędzy tylną ścianę opuszczonej fabryki wody sodowej, wyraźniepochmurniał, stawał się opryskliwy i niedbały, zapuszczał się dziko iniechlujnie, srożył się pokrzywami, zjeżał bodiakami, parszywiałchwastem wszelkim, aż w samym końcu między ścianami, w szerokiejprostokątnej zatoce tracił wszelką miarę i wpadał w szał. Tam to nie byłjuż sad, tylko paroksyzm szaleństwa, wybuch wściekłości, cynicznybezwstyd i rozpusta. Tam, rozbestwione, dając upust swej pasji,panoszyły się puste, zdziczałe kapusty łopuchów - ogromne wiedźmy,rozdziewające się w biały dzień ze swych szerokich spódnic, zrzucając jez siebie, spódnica za spódnicą, aż ich wzdęte, szelestne, dziurawełachmany oszalałymi płatami grzebały pod sobą kłótliwe to plemiębękarcie. A żarłoczne spódnice puchły i rozpychały się, piętrzyły sięjedne na drugich, rozpierały i nakrywały wzajem, rosnąc razem wzdętąmasą blach listnych, aż pod niski okap stodoły. Tam to było, gdziem goujrzał jedyny raz w życiu, o nieprzytomnej od żaru godzinie południa.Była to chwila, kiedy czas, oszalały i dziki, wyłamuje się z kieratuzdarzeń i jak zbiegły włóczęga pędzi z krzykiem na przełaj przez pola.Wtedy lato, pozbawione kontroli, rośnie bez miary i rachuby na całejprzestrzeni, rośnie z dzikim impetem na wszystkich punktach, wdwójnasób, w trójnasób, w inny jakiś, wyrodny czas, w nieznaną dymensję,w obłęd. O tej godzinie opanowywał mnie szał łowienia motyli, pasjaścigania tych migocących plamek, tych błędnych, białych płatków,trzęsących się w rozognionym powietrzu niedołężnym gzygzakiem. Izdarzyło się wówczas, że któraś z tych jaskrawych plamek rozpadła się wlocie na dwie, potem na trzy - i ten drgający, oślepiająco białytrójpunkt wiódł mnie, jak błędny ognik, przez szał bodiaków, palącychsię w słońcu. Dopiero na granicy łopuchów zatrzymałem się, nie śmiejącsię pogrążyć w to głuche zapadlisko. Wtedy nagle ujrzałem go. Zanurzonypo pachy w łopuchach, kucał przede mną. Widziałem jego grube bary wbrudnej koszuli i niechlujny strzęp surduta. Przyczajony jak do skoku,siedział tak - z barami jakby wielkim ciężarem zgarbionymi. Ciało jegodyszało z natężenia, a z miedzianej, błyszczącej w słońcu twarzy lał siępot. Nieruchomy, zdawał się ciężko pracować, mocować się bez ruchu zjakimś ogromnym brzemieniem. Stałem, przygwożdżony jego wzrokiem, którymnie ujął jakby w kleszcze. Była to twarz włóczęgi lub pijaka. Wiechećbrudnych kłaków wichrzył się nad czołem wysokim i wypukłym jak bułakamienna, utoczona przez rzekę. Ale czoło to było skręcone w głębokiebruzdy. Nie wiadomo, czy ból, czy palący żar słońca, czy nadludzkienatężenie wkręciło się tak w tę twarz i napięło rysy do pęknięcia.Czarne oczy wbiły się we mnie z natężeniem najwyższej rozpaczy czy bólu.Te oczy patrzyły na mnie i nie patrzyły, widziały mnie i nie widziaływcale. Były to pękające gałki, wytężone najwyższym uniesieniem bólu albodziką rozkoszą natchnienia. I nagle z tych rysów, naciągniętych dopęknięcia, wyboczył się jakiś straszny, załamany cierpieniem grymas iten grymas rósł, brał w siebie tamten obłęd i natchnienie, pęczniał nim,wybaczał się coraz bardziej, aż wyłamał się ryczącym, charczącym kaszlemśmiechu. Do głębi wstrząśnięty, widziałem, jak hucząc śmiechem zpotężnych piersi, dźwignął się powoli z kucek i zgarbiony jak goryl, zrękoma w opadających łachmanach spodni, uciekał, człapiąc przez łopocąceblachy łopuchów, wielkimi skokami - Pan bez fletu, cofający się wpopłochu do swych ojczystych kniei.PAN KAROL Po południu w sobotę mój wuj, Karol, wdowiec słomiany,wybierał się pieszo do letniska, oddalonego o godzinę drogi od miasta,do żony i dzieci, które tam na wywczasach bawiły. Od czasu wyjazdu żonymieszkanie było nie sprzątane, łóżko nie zaścielane nigdy. Pan Karolprzychodził do mieszkania późną nocą, sponiewierany, spustoszony przeznocne pohulanki, przez które go wlokły te dni upalne i puste. Zmięta,chłodna, dziko rozrzucona pościel była dlań wówczas jakąś błogąprzystanią, wyspą zbawczą, do której przypadał ostatkiem sił jakrozbitek, miotany wiele dni i nocy przez wzburzone morze. Omackiem, wciemności zapadał się gdzieś między białawe chmury, pasma i zwałychłodnego pierza i spał tak w niewiadomym kierunku, na wspak, głową nadół, wbity ciemieniem w puszysty miąższ pościeli, jak gdyby chciał weśnie przewiercić, przewędrować na wskroś te rosnące nocą, potężne masywypierzyn. Walczył we śnie z tą pościelą, jak pływak z wodą, ugniatał ją imiesił ciałem, jak ogromną dzieżę ciasta, w którą się zapadał, i budziłsię o szarym świcie zdyszany, oblany potem, wyrzucony na brzeg tegostosu pościeli, którego zmóc nie mógł w ciężkich zapasach nocnych. Takna wpół wyrzucony z toni snu, wisiał przez chwilę nieprzytomny nakrawędzi nocy, chwytając piersiami powietrze, a pościel rosła dokołaniego, puchła i nakisała - i zarastała go znowu zwałem ciężkiego,białawego ciasta. Spał tak do późnego przedpołudnia, podczas gdypoduszki układały się w wielką, białą, płaską równinę, po którejwędrował uspokojony sen jego. Tymi białymi gościńcami powracał powoli dosiebie, do dnia, do jawy - i wreszcie otwierał oczy, jak śpiący pasażer,gdy pociąg zatrzymuje się na stacji. W pokoju panował odstały półmrok zosadem wielu dni samotności i ciszy. Tylko okno kipiało od rannegorojowiska much i story płonęły jaskrawo. Pan Karol wyziewał ze swegociała, z głębi jam cielesnych, resztki dnia wczorajszego. To ziewaniechwytało go tak konwulsyjnie, jak gdyby chciało go odwrócić na nice. Takwyrzucał z siebie ten piasek, te ciężary - nie strawione restancje dniawczorajszego. Ulżywszy sobie w ten sposób, i swobodniejszy, wciągał donotesu wydatki, kalkulował, obliczał i marzył. Potem leżał długonieruchomy, z szklanymi oczyma, które były koloru wody, wypukłe iwilgotne. W wodnistym półmroku pokoju, rozjaśnionym refleksem dniaupalnego za storami, oczy jego jak maleńkie lusterka odbijały wszystkiebłyszczące przedmioty: białe plamy słońca w szparach okna, złotyprostokąt stor, i powtarzały, jak kropla wody, cały pokój z cisządywanów i pustych krzeseł. Tymczasem dzień za storami huczał corazpłomienniej bzykaniem much oszalałych od słońca. Okno nie mogłopomieścić tego białego pożaru i story omdlewały od jasnych falowań.Wtedy wywlekał się z pościeli i siedział jeszcze jakiś czas na łóżku,stękając bezwiednie. Jego trzydziestokilkoletnie ciało zaczynałoskłaniać się do korpulencji. W tym organizmie, nabrzmiewającymtłuszczem, znękanym od nadużyć płciowych, ale wciąż wzbierającym bujnymisokami, zdawał się teraz zwolna dojrzewać w tej ciszy jego przyszły los.Gdy tak siedział w bezmyślnym, wegetatywnym osłupieniu, cały zamienionyw krążenie, w respirację, w głębokie pulsowanie soków, rosła w głębijego ciała, spoconego i pokrytego włosem w rozlicznych miejscach, jakaśniewiadoma, nie sformułowana przyszłość, niby potworna narośl,wyrastająca fantastycznie w nieznaną dymensję. Nie przerażał się jej,gdyż czuł już swoją tożsamość z tym niewiadomym a ogromnym, które miałonadejść, i rósł razem z nim bez sprzeciwu, w dziwnej zgodzie, zdrętwiałyspokojną grozą, odpoznając przyszłego siebie w tych kolosalnychwykwitach, w tych fantastycznych spiętrzeniach, które przed jegowzrokiem wewnętrznym dojrzewały. Jedno jego oko lekko wtedy zbaczało nazewnątrz, jak gdyby odchodziło w inny wymiar. Potem z tych bezmyślnychotumanieni z tych zatraconych dali powracał znów do siebie i do chwili;widział swe stopy na dywanie, tłuste i delikatne jak u kobiety, i powoliwyjmował złote spinki z mankietów dziennej koszuli. Potem szedł dokuchni i znajdował tam w cienistym kącie wiaderko z wodą, krążekcichego, czujnego zwierciadła, które nań tam czekało - jedyna żywa iwiedząca istota w tym pustym mieszkaniu. Nalewał do miednicy wody ikosztował skórą jej młodej i odstałej, słodkawej mokrości. Długo istarannie robił toaletę, nie spiesząc się i włączając pauzy międzyposzczególne manipulacje. To mieszkanie, puste i zapuszczone, nieuznawało go, te meble i ściany śledziły za nim z milczącą krytyką. Czułsię, wchodząc w ich ciszę, jak intruz w tym podwodnym, zatopionymkrólestwie, w którym płynął inny, odrębny czas. Otwierając własneszuflady, miał uczucie złodzieja i chodził mimo woli na palcach, bojącsię obudzić hałaśliwe i nadmierne echo, czekające drażliwie nanajlżejszą przyczynę, by wybuchnąć. A gdy wreszcie, idąc cicho od szafydo szafy, znajdował kawałek po kawałku wszystko potrzebne i kończyłtoaletę wśród tych mebli, które tolerowały go w milczeniu, z nieobecnąminą, i wreszcie był gotów, to stojąc na odejściu z kapeluszem w ręku,czuł się zażenowany, że i w ostatniej chwili nie mógł znaleźć słowa,które by rozwiązało to wrogie milczenie, i odchodził ku drzwiomzrezygnowany, zwolna, ze spuszczoną głową - gdy w przeciwną stronęoddalał się tymczasem bez pośpiechu - w głąb zwierciadła - ktośodwrócony na zawsze plecami - przez pustą amfiladę pokojów, które nieistniały.SKLEPY CYNAMONOWE W okresie najkrótszych, sennych dni zimowych, ujętychz obu stron, od poranku i od wieczora, w futrzane krawędzie zmierzchów,gdy miasto rozgałęziało się coraz głębiej w labirynty zimowych nocy, ztrudem przywoływane przez krótki świt do opamiętania, do powrotu -ojciec mój był już zatracony, zaprzedany, zaprzysiężony tamtej sferze.Twarz jego i głowa zarastały wówczas bujnie i dziko siwym włosem,sterczącym nieregularnie wiechciami, szczecinami, długimi pędzlami,strzelającymi z brodawek, z brwi, z dziurek od nosa - co nadawało jegofizjonomii wygląd starego, nastroszonego lisa. Węch jego i słuchzaostrzał się niepomiernie i znać było po grze jego milczącej i napiętejtwarzy, że za pośrednictwem tych zmysłów pozostaje on w ciągłymkontakcie z niewidzialnym światem ciemnych zakamarków, dziur mysich,zmurszałych przestrzeni pustych pod podłogą i kanałów kominowych.Wszystkie chroboty, trzaski nocne, tajne, skrzypiące życie podłogi miaływ nim nieomylnego i czujnego dostrzegacza, szpiega i współspiskowca.Absorbowało go to w tym stopniu, że pogrążał się zupełnie w tejniedostępnej dla nas sferze, z której nie próbował zdawać nam sprawy.Nieraz musiał strzepywać palcami i śmiać się cicho do siebie samego, gdyte wybryki niewidzialnej sfery stawały się zbyt absurdalne; porozumiewałsię wówczas spojrzeniem z naszym kotem, który również wtajemniczony wten świat, podnosił swą cyniczną, zimną, porysowaną pręgami twarz,mrużąc z nudów i obojętności skośne szparki oczu. Zdarzało się podczasobiadu, że wśród jedzenia odkładał nagle nóż i widelec i z serwetązawiązaną pod szyją podnosił się kocim ruchem, skradał na brzuścachpalców do drzwi sąsiedniego, pustego pokoju i z największą ostrożnościązaglądał przez dziurkę od klucza. Potem wracał do stołu, jakbyzawstydzony, z zakłopotanym uśmiechem, wśród mruknięć i niewyraźnychmamrotań, odnoszących się do wewnętrznego monologu, w którym byłpogrążony. Ażeby mu sprawić pewną dystrakcję i oderwać go odchorobliwych dociekań, wyciągała go matka na wieczorne spacery, na któreszedł, milcząc, bez oporu, ale i bez przekonania, roztargniony inieobecny duchem. Raz nawet poszliśmy do teatru. Znaleźliśmy się znowu wtej wielkiej, źle oświetlonej i brudnej sali, pełnej sennego gwaruludzkiego i bezładnego zamętu. Ale gdy przebrnęliśmy przez ciżbę ludzką,wynurzyła się przed nami olbrzymia bladomebieska kurtyna, jak niebojakiegoś innego firmamentu. Wielkie, malowane maski różowe, z wydętymipoliczkami, nurzały się w ogromnym płóciennym przestworzu. To sztuczneniebo szerzyło się i płynęło wzdłuż i w poprzek, wzbierając ogromnymtchem patosu i wielkich gestów, atmosferą tego świata sztucznego ipełnego blasku, który budował się tam, na dudniących rusztowaniachsceny. Dreszcz płynący przez wielkie oblicze tego nieba, oddechogromnego płótna, od którego rosły i ożywały maski, zdradzałiluzoryczność tego firmamentu, sprawiał to drganie rzeczywistości, którew chwilach metafizycznych odczuwamy jako migotanie tajemnicy. Maskitrzepotały czerwonymi powiekami, kolorowe wargi szeptały coś bezgłośniei wiedziałem, że przyjdzie chwila, kiedy napięcie tajemnicy dojdzie dozenitu i wtedy wezbrane niebo kurtyny pęknie naprawdę, uniesie się iukaże rzeczy niesłychane i olśniewające. Lecz nie było mi dane doczekaćtej chwili, albowiem tymczasem ojciec zaczął zdradzać pewne oznakizaniepokojenia, chwytał się za kieszenie i wreszcie oświadczył, żezapomniał portfelu z pieniędzmi i ważnymi dokumentami. Po krótkiejnaradzie z matką, w której uczciwość Adeli została poddana pospiesznej,ryczałtowej ocenie, zaproponowano mi, żebym wyruszył do domu naposzukiwanie portfelu. Zdaniem matki do rozpoczęcia widowiska byłojeszcze wiele czasu i przy mojej zwinności mogłem na czas powrócić.Wyszedłem w noc zimową, kolorową od iluminacji nieba. Była to jedna ztych jasnych nocy, w których firmament gwiezdny jest tak rozległy irozgałęziony, jakby rozpadł się, rozłamał i podzielił na labiryntodrębnych niebios, wystarczających do obdzielenia całego miesiąca nocyzimowych i do nakrycia swymi srebrnymi i malowanymi kloszami wszystkichich nocnych zjawisk, przygód, awantur i karnawałów. Jest lekkomyślnościąnie do darowania wysyłać w taką noc młodego chłopca z misją ważną ipilną, albowiem w jej półświetle zwielokrotniają się, plączą iwymieniają jedne z drugimi ulice. Otwierają się w głębi miasta, żeby takrzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne.Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomodawno znane i wiadome, w których te ulice mają swe miejsce i nazwę, anoc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego do roboty, jakdostarczać wciąż nowych i urojonych konfiguracji. Te kuszenia nocyzimowych zaczynają się zazwyczaj niewinnie od chętki skrócenia sobiedrogi, użycia niezwykłego lub prędszego przejścia. Powstają ponętnekombinacje przecięcia zawiłej wędrówki jakąś nie wypróbowaną przecznicą.Ale tym razem zaczęło się inaczej. Uszedłszy parę kroków, spostrzegłem,że jestem bez płaszcza. Chciałem zawrócić, lecz po chwili wydało mi sięto niepotrzebną stratą czasu, gdyż noc nie była wcale zimna, przeciwnie- pożyłkowana strugami dziwnego ciepła, tchnieniami jakiejś fałszywejwiosny. Śnieg skurczył się w baranki białe, w niewinne i słodkie runo,które pachniało fiołkami. W takie same baranki rozpuściło się niebo, wktórym księżyc dwoił się i troił, demonstrując w tym zwielokrotnieniuwszystkie swe fazy i pozycje. Niebo obnażało tego dnia wewnętrzną swąkonstrukcję w wielu jakby anatomicznych preparatach, pokazującychspirale i słoje światła, przekroje seledynowych brył nocy, plazmęprzestworzy, tkankę rojeń nocnych. W taką noc nie podobna iść Podwalemani żadną inną z ciemnych ulic, które są odwrotną stroną, niejakopodszewką czterech linij rynku, i nie przypomnieć sobie, że o tej późnejporze bywają czasem jeszcze otwarte niektóre z owych osobliwych a tylenęcących sklepów, o których zapomina się w dnie zwyczajne. Nazywam jesklepami cynamonowymi dla ciemnych boazeryj tej barwy, którymi sąwyłożone. Te prawdziwie szlachetne handle, w późną noc otwarte, byłyzawsze przedmiotem moich gorących marzeń. Słabo oświetlone, ciemne iuroczyste ich wnętrza pachniały głębokim zapachem farb, laku, kadzidła,aromatem dalekich krajów i rzadkich materiałów. Mogłeś tam znaleźć ogniebengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajów dawno zaginionych,chińskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owadówegzotycznych, papug, tukanów, żywe salamandry i bazyliszki, korzeńMandragory, norymberskie mechanizmy, homunculusy w doniczkach,mikroskopy i lunety, a nade wszystko rzadkie i osobliwe książki, starefolianty pełne przedziwnych rycin i oszołamiających historyj. Pamiętamtych starych i pełnych godności kupców, którzy obsługiwali klientów zespuszczonymi oczyma, w dyskretnym milczeniu, i pełni byli mądrości iwyrozumienia dla ich najtajniejszych życzeń. Ale nade wszystko była tamjedna księgarnia, w której raz oglądałem rzadkie i zakazane druki,publikacje tajnych klubów, zdejmując zasłonę z tajemnic dręczących iupojnych. Tak rzadko zdarzała się sposobność odwiedzania tych sklepów -i w dodatku z małą, lecz wystarczającą sumą pieniędzy w kieszeni. Niemożna było pominąć tej okazji mimo ważności misji powierzonej naszejgorliwości. Trzeba się było zapuścić według mego obliczenia w bocznąuliczkę, minąć dwie albo trzy przecznice, ażeby osiągnąć ulicę nocnychsklepów. To oddalało mnie od celu, ale można było nadrobić spóźnienie,wracając drogą na Żupy Solne. Uskrzydlony pragnieniem zwiedzenia sklepówcynamonowych, skręciłem w wiadomą mi ulicę i leciałem więcej, aniżeliszedłem, bacząc, by nie zmylić drogi. Tak minąłem już trzecią czyczwartą przecznicę, a upragnionej ulicy wciąż nie było. W dodatku nawetkonfiguracja ulic nie odpowiadała oczekiwanemu obrazowi. Sklepów aniśladu. Szedłem ulicą, której domy nie miały nigdzie bramy wchodowej,tylko okna szczelnie zamknięte, ślepe odblaskiem księżyca. Po drugiejstronie tych domów musi prowadzić właściwa ulica, od której te domy sądostępne - myślałem sobie. Z niepokojem przyspieszałem kroku, rezygnującw duchu z myśli zwiedzenia sklepów. Byle tylko wydostać się stąd prędkow znane okolice miasta. Zbliżałem się do wylotu, pełen niepokoju, gdzieteż ona mnie wyprowadzi. Wyszedłem na szeroki, rzadko zabudowanygościniec, bardzo długi i prosty. Owiał mnie od razu oddech szerokiejprzestrzeni. Stały tam przy ulicy albo w głębi ogrodów malownicze wille,ozdobne budynki bogaczy. W przerwach między nimi widniały parki i murysadów. Obraz przypominał z daleka ulicę Leszniańską w jej dolnych irzadko zwiedzanych okolicach. Światło księżyca, rozpuszczone wtysiącznych barankach, w łuskach srebrnych na niebie, było blade i takjasne jak w dzień - tylko parki i ogrody czerniały w tym srebrnymkrajobrazie. Przyjrzawszy się bacznie jednemu z budynków, doszedłem doprzekonania, że mam przed sobą tylną i nigdy nie widzianą stronę gmachugimnazjalnego. Właśnie dochodziłem do bramy, która ku memu zdziwieniubyła otwarta, sień oświetlona. Wszedłem i znalazłem się na czerwonymchodniku korytarza. Miałem nadzieję, że zdołam nie spostrzeżonyprzekraść się przez budynek i wyjść przednią bramą, skracając sobieznakomicie drogę. Przypomniałem sobie, że o tej późnej godzinie musi sięw sali profesora Arendta odbywać jedna z lekcyj nadobowiązkowych,prowadzona w późną noc, na które zbieraliśmy się zimową porą, płonącszlachetnym zapałem do ćwiczeń rysunkowych, jakim natchnął nas tenznakomity nauczyciel. Mała gromadka pilnych gubiła się prawie w wielkiejciemnej sali, na której ścianach ogromniały i łamały się cienie naszychgłów, rzucane od dwóch małych świeczek płonących w szyjkach butelek.Prawdę mówiąc, niewieleśmy podczas tych godzin rysowali i profesor niestawiał zbyt ścisłych wymagań. Niektórzy przynosili sobie z domupoduszki i układali się na ławkach do powierzchownej drzemki. I tylkonajpilniejsi rysowali pod samą świecą, w złotym kręgu jej blasku.Czekaliśmy zazwyczaj długo na przyjście profesora, nudząc się wśródsennych rozmów. Wreszcie otwierały się drzwi jego pokoju i wchodził -mały, z piękną brodą, pełen ezoterycznych uśmiechów, dyskretnychprzemilczeń i aromatu tajemnicy. Szybko zaciskał za sobą drzwi gabinetu,przez które w momencie otworzenia tłoczyła się za jego głową ciżbagipsowych cieni, fragmentów klasycznych, bolesnych Niobid, Danaid iTantalidów, cały smutny i jałowy Olimp, więdnący od lat w tym muzeumgipsów. Zmierzch tego pokoju mętniał i za dnia i przelewał się sennie odgipsowych marzeń, pustych spojrzeń, blednących owali i zamyśleńodchodzących w nicość. Lubiliśmy nieraz podsłuchiwać pod drzwiami -ciszy, pełnej westchnień i szeptów tego kruszejącego w pajęczynachrumowiska, tego rozkładającego się w nudzie i monotonii zmierzchu bogów.Profesor przechadzał się dostojnie, pełen namaszczenia, wzdłuż pustychławek, wśród których rozrzuceni małymi grupkami, rysowaliśmy coś wszarym odblasku nocy zimowej. Było zacisznie i sennie. Gdzieniegdziekoledzy moi układali się do snu. Świeczki powoli dogasały w butelkach.Profesor pogrążał się w głęboką witrynę, pełną starych foliałów,staromodnych ilustracyj, sztychów i druków. Pokazywał nam wśródezoterycznych gestów stare litografie wieczornych pejzaży, gęstwinynocne, aleje zimowych parków, czerniejące na białych drogachksiężycowych. Wśród sennych rozmów upływał niespostrzeżenie czas i biegłnierównomiernie, robiąc niejako węzły w upływie godzin, połykając kędyścałe puste interwały trwania, Niespostrzeżenie, bez przejścia,odnajdywaliśmy naszą czeredę już w drodze powrotnej na białej od śnieguścieżce szpaleru, flankowanej czarną, suchą gęstwiną krzaków. Szliśmywzdłuż tego włochatego brzegu ciemności, ocierając się o niedźwiedziefutro krzaków, trzaskających pod naszymi nogami w jasną nocbezksiężycową, w mleczny, fałszywy dzień, daleko po północy. Rozprószonabiel tego światła, mżąca ze śniegu, z bladego powietrza, z mlecznychprzestworzy, była jak szary papier sztychu, na którym głęboką czerniąplątały się kreski i szrafirunki gęstych zarośli. Noc powtarzała terazgłęboko po północy te serie nokturnów, sztychów nocnych profesoraArendta, kontynuowała jego fantazje. W tej czarnej gęstwinie parku, wewłochatej sierści zarośli, w masie kruchego chrustu były miejscaminisze, gniazda najgłębszej puszystej czarności, pełne plątaniny,sekretnych gestów, bezładnej rozmowy na migi. Było w tych gniazdachzacisznie i ciepło. Siadaliśmy tam na letnim miękkim śniegu w naszychwłochatych płaszczach, zajadając orzechy, których pełna była leszczynowata gęstwina w ową wiosenną zimę. Przez zarośla przewijały się bezgłośniekuny, łasice i ichneumony, futrzane, węszące zwierzątka, śmierdzącekożuchem, wydłużone, na niskich łapkach. Podejrzewaliśmy, że były międzynimi okazy gabinetu szkolnego, które choć wypatroszone i łysiejące,uczuwały w tę białą noc w swym pustym wnętrzu głos starego instynktu,głos rui, i wracały do matecznika na krótki, złudny żywot. Ale powolifosforescencja wiosennego śniegu mętniała i gasła i nadchodziła czarna igęsta oćma przed świtem. Niektórzy z nas zasypiali w ciepłym śniegu,inni domacywali się w gęstwinie bram swych domów, wchodzili omackiem dociemnych wnętrzy, w sen rodziców i braci, w dalszy ciąg głębokiegochrapania, które doganiali na swych spóźnionych drogach. Te nocne seansepełne były dla mnie tajemnego uroku, nie mogłem i teraz pominąćsposobności, by nie zaglądnąć na moment do sali rysunkowej,postanawiając, że nie pozwolę się tam zatrzymać dłużej nad krótkąchwilkę. Ale wstępując po tylnych, cedrowych schodach, pełnychdźwięcznego rezonansu, poznałem, że znajduję się w obcej, nigdy niewidzianej stronie gmachu. Najlżejszy szmer nie przerywał tu solennejciszy. Korytarze były w tym skrzydle obszerniejsze, wysłane pluszowymdywanem i pełne wytworności. Małe, ciemno płonące lampy świeciły na ichzagięciach. Minąwszy jedno takie kolano, znalazłem się na korytarzujeszcze większym, strojnym w przepych pałacowy. Jedna jego ścianaotwierała się szerokimi, szklanymi arkadami do wnętrza mieszkania.Zaczynała się tu przed oczyma długa amfilada pokojów, biegnących w głąbi urządzonych z olśniewającą wspaniałością. Szpalerem obić jedwabnych,luster złoconych, kosztownych mebli i kryształowych pająków biegł wzrokw puszysty miąższ tych zbytkownych wnętrzy, pełnych kolorowego wirowaniai migotliwych arabesek, plączących się girland i pączkujących kwiatów.Głęboka cisza tych pustych salonów pełna była tylko tajnych spojrzeń,które oddawały sobie zwierciadła, i popłochu arabesek, biegnących wysokofryzami wzdłuż ścian i gubiących się w sztukateriach białych sufitów. Zpodziwem i czcią stałem przed tym przepychem, domyślałem się, że nocnamoja eskapada zaprowadziła mnie niespodzianie w skrzydło dyrektora,przed jego prywatne mieszkanie. Stałem przygwożdżony ciekawością, zbijącym sercem, gotów do ucieczki za najlżejszym szmerem. Jakże mógłbym,przyłapany, usprawiedliwić to moje nocne szpiegowanie, moje zuchwałewścibstwo? W którymś z głębokich pluszowych foteli mogła, niedostrzeżona i cicha, siedzieć córeczka dyrektora i podnieść nagle namnie oczy znad książki - czarne, sybilińskie, spokojne oczy, którychspojrzenia nikt z nas wytrzymać nie umiał. Ale cofnąć się w połowiedrogi, nie dokonawszy powziętego planu, poczytałbym był sobie zatchórzostwo. Zresztą głęboka cisza panowała dookoła w pełnych przepychuwnętrzach, oświetlonych przyćmionym światłem nie określonej pory. Przezarkady korytarza widziałem na drugim końcu wielkiego salonu duże,oszklone drzwi, prowadzące na taras. Było tak cicho wokoło, że nabrałemodwagi. Nie wydawało mi się to połączone ze zbyt wielkim ryzykiem, zejśćz paru stopni, prowadzących do poziomu sali, w kilku susach przebiegnąćwielki, kosztowny dywan i znaleźć się na tarasie, z którego bez trududostać się mogłem na dobrze mi znaną ulicę. Uczyniłem tak. Zeszedłszy naparkiety salonu, pod wielkie palmy, wystrzelające tam z wazonów aż doarabesek sufitu, spostrzegłem, że znajduję się już właściwie na gruncieneutralnym, gdyż salon nie miał wcale przedniej ściany. Był on rodzajemwielkiej loggii, łączącej się przy pomocy paru stopni z placem miejskim.Była to niejako odnoga tego placu i niektóre meble stały już na bruku.Zbiegłem z kilku kamiennych schodów i znalazłem się znów na ulicy.Konstelacje stały już stromo na głowie, wszystkie gwiazdy przekręciłysię na drugą stronę, ale księżyc, zagrzebany w pierzyny obłoczków, którerozświetlał swą niewidzialną obecnością, zdawał się mieć przed sobąjeszcze nieskończoną drogę i, zatopiony w swych zawiłych procederachniebieskich, nie myślał o świcie. Na ulicy czerniało kilka dorożek,rozjechanych i rozklekotanych jak kalekie, drzemiące kraby czy karakony.Woźnica nachylił się z wysokiego kozła. Miał twarz drobną, czerwoną idobroduszną. - Pojedziemy, paniczu? - zapytał. Powóz zadygotał wewszystkich stawach i przegubach swego wieloczłonkowego ciała i ruszył nalekkich obręczach. Ale kto w taką noc powierza się kaprysomnieobliczalnego dorożkarza? Wśród klekotu szprych, wśród dudnienia pudłai budy nie mogłem porozumieć się z nim co do celu drogi. Kiwał nawszystko niedbale i pobłażliwie głową i podśpiewywał sobie, jadąc drogąokrężną przez miasto. Przed jakimś szynkiem stała grupa dorożkarzy,kiwając nań przyjaźnie rękami. Odpowiedział im coś radośnie, po czym niezatrzymując pojazdu, rzucił mi lejce na kolana, spuścił się z kozła iprzyłączył do gromady kolegów. Koń, stary mądry koń dorożkarski,oglądnął się pobieżnie i pojechał dalej jednostajnym, dorożkarskimkłusem. Właściwie koń ten budził zaufanie - wydawał się mądrzejszy odwoźnicy. Ale powozić nie umiałem - trzeba się było zdać na jego wolę.Wjechaliśmy na podmiejską ulicę ujętą z obu stron w ogrody. Ogrody teprzechodziły zwolna, w miarę posuwania się, w parki wielkodrzewne, a tew lasy. Nie zapomnę nigdy tej jazdy świetlistej w najjaśniejszą noczimową. Kolorowa mapa niebios wyogromniała w kopułę niezmierną, naktórej spiętrzyły się fantastyczne lądy, oceany i morza, porysowaneliniami wirów i prądów gwiezdnych, świetlistymi liniami geografiiniebieskiej. Powietrze stało się lekkie do oddychania i świetlane jakgaza srebrna. Pachniało fiołkami. Spod wełnianego jak białe karakułyśniegu wychylały się anemony drżące, z iskrą światła księżycowego wdelikatnym kielichu. Las cały zdawał się iluminować tysiącznymiświatłami, gwiazdami, które rzęsiście ronił grudniowy firmament.Powietrze dyszało jakąś tajną wiosną, niewypowiedzianą czystością śniegui fiołków. Wjechaliśmy w teren pagórkowaty. Linie wzgórzy, włochatychnagimi rózgami drzew, podnosiły się jak błogie westchnienia w niebo.Ujrzałem na tych szczęśliwych zboczach całe grupy wędrowców,zbierających wśród mchu i krzaków opadłe i mokre od śniegu gwiazdy.Droga stała się stroma, koń poślizgiwał się i z trudem ciągnął pojazd,grający wszystkimi przegubami. Byłem szczęśliwy. Pierś moja wchłaniałatę błogą wiosnę powietrza, świeżość gwiazd i śniegu. Przed piersią koniazbierał się wał białej piany śnieżnej, coraz wyższy i wyższy. Z trudemprzekopywał się koń przez czystą i świeżą jego masę. Wreszcie ustał.Wyszedłem z dorożki. Dyszał ciężko ze zwieszoną głową. Przytuliłem jegołeb do piersi, w jego wielkich czarnych oczach lśniły łzy. Wtedyujrzałem na jego brzuchu okrągłą czarną ranę. - -Dlaczego mi niepowiedziałeś? - szepnąłem ze łzami. - Drogi mój - to dla ciebie - rzekłi stał się bardzo mały, jak konik z drzewa. Opuściłem go. Czułem siędziwnie lekki i szczęśliwy. Zastanawiałem się, czy czekać na małąkolejkę lokalną, która tu zajeżdżała, czy też pieszo wrócić do miasta.Zacząłem schodzić stromą serpentyną wśród lasu, początkowo idąc krokiemlekkim, elastycznym, potem, nabierając rozpędu, przeszedłem w posuwistyszczęśliwy bieg, który zmienił się wnet w jazdę jak na nartach. Mogłemdowoli regulować szybkość, kierować jazdą przy pomocy lekkich zwrotówciała. W pobliżu miasta zahamowałem ten bieg tryumfalny, zmieniając gona przyzwoity krok spacerowy. Księżyc stał jeszcze ciągle wysoko.Transformacje nieba, metamorfozy jego wielokrotnych sklepień w coraz tokunsztowniejsze konfiguracje nie miały końca. Jak srebrne astrolabiumotwierało niebo w tę noc czarodziejską mechanizm wnętrza i ukazywało wnieskończonych ewolucjach złocistą matematykę swych kół i trybów. Narynku spotkałem ludzi zażywających przechadzki. Wszyscy, oczarowaniwidowiskiem tej nocy, mieli twarze wzniesione i srebrne od magii nieba.Troska o portfel opuściła mnie zupełnie. Ojciec, pogrążony w swychdziwactwach, zapewne zapomniał już o zgubie, o matkę nie dbałem. W takąnoc, jedyną w roku, przychodzą szczęśliwe myśli, natchnienia, wieszczetknięcia palca bożego. Pełen pomysłów i inspiracji, chciałem skierowaćsię do domu, gdy zaszli mi drogę koledzy z książkami pod pachą. Zbytwcześnie wyszli do szkoły, obudzeni jasnością tej nocy, która niechciała się skończyć. Poszliśmy gromadą na spacer stromo spadającąulicą, z której wiał powiew fiołków, niepewni, czy to jeszcze magia nocysrebrzyła się na śniegu, czy też świt już wstawał...ULICA KROKODYLI Mój ojciec przechowywał w dolnej szufladzie swegogłębokiego biurka starą i piękną mapę naszego miasta. Był to caływolumen in folio pergaminowych kart, które pierwotnie spojone skrawkamipłótna, tworzyły ogromną mapę ścienną w kształcie panoramy z ptasiejperspektywy. Zawieszona na ścianie, zajmowała niemal przestrzeń całegopokoju i otwierała daleki widok na całą dolinę Tyśmienicy, wijącej sięfalisto bladozłotą wstęgą, na całe pojezierze szeroko rozlanych moczarówi stawów, na pofałdowane przedgórza, ciągnące się ku południowi, naprzódz rzadka, potem coraz tłumniejszymi pasmami, szachownicą okrągławychwzgórzy, coraz mniejszych i coraz bledszych, w miarę jak odchodziły kuzłotawej i dymnej mgle horyzontu. Z tej zwiędłej dali peryferiiwynurzało się miasto i rosło ku przodowi, naprzód jeszcze w niezróżnicowanych kompleksach, w zwartych blokach i masach domów,poprzecinanych głębokimi parowami ulic, by bliżej jeszcze wyodrębnić sięw pojedyncze kamienice, sztychowane z ostrą wyrazistością widokówoglądanych przez lunetę. Na tych bliższych planach wydobył sztycharzcały zawikłany i wieloraki zgiełk ulic i zaułków, ostrą wyrazistośćgzymsów, architrawów, archiwolt i pilastrów, świecących w późnym iciemnym złocie pochmurnego popołudnia, które pogrąża wszystkie załomy iframugi w głębokiej sepii cienia. Bryły i pryzmy tego cienia wcinałysię, jak plastry ciemnego miodu, w wąwozy ulic, zatapiały w swejciepłej, soczystej masie tu całą połowę ulicy, tam wyłom między domami,dramatyzowały i orkiestrowały ponurą romantyką cieni tę wielorakąpolifonię architektoniczną. Na tym planie, wykonanym w stylu barokowychprospektów, okolica Ulicy Krokodylej świeciła pustą bielą, jaką nakartach geograficznych zwykło się oznaczać okolice podbiegunowe, krainyniezbadane i niepewnej egzystencji. Tylko linie kilku ulic wrysowane tambyły czarnymi kreskami i opatrzone nazwami w prostym, nieozdobnympiśmie, w odróżnieniu od szlachetnej antykwy innych napisów. Widoczniekartograf wzbraniał się uznać przynależność tej dzielnicy do zespołumiasta i zastrzeżenie swe wyraził w tym odrębnym i postponującymwykonaniu. Aby zrozumieć tę rezerwę, musimy już teraz zwrócić uwagę nadwuznaczny i wątpliwy charakter tej dzielnicy, tak bardzo odbiegający odzasadniczego tonu całego miasta. Był to dystrykt przemysłowo-handlowy zpodkreślonym jaskrawo charakterem trzeźwej użytkowości. Duch czasu,mechanizm ekonomiki, nie oszczędził i naszego miasta i zapuścił korzeniena skrawku jego peryferii, gdzie rozwinął się w pasożytniczą dzielnicę.Kiedy w starym mieście panował wciąż jeszcze nocny, pokątny handel,pełen solennej ceremonialności, w tej nowej dzielnicy rozwinęły się odrazu nowoczesne, trzeźwe formy komercjalizmu. Pseudoamerykanizm,zaszczepiony na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujną,lecz pustą i bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności.Widziało się tam tanie, marnie budowane kamienice o karykaturalnychfasadach, oblepione monstrualnymi sztukateriami z popękanego gipsu.Stare, krzywe domki podmiejskie otrzymały szybko sklecone portale, któredopiero bliższe przyjrzenie demaskowało jako nędzne imitacjewielkomiejskich urządzeń. Wadliwe, mętne i brudne szyby, łamiące wfalistych refleksach ciemne odbicie ulicy, nie heblowane drzewo portali,szara atmosfera jałowych tych wnętrzy, osiadających pajęczyną i kłakamikurzu na wysokich półkach i wzdłuż odartych i kruszących się ścian,wyciskały tu, na sklepach, piętno dzikiego Klondike'u. Tak ciągnęły sięjeden za drugim, magazyny krawców, konfekcje, składy porcelany,drogerie, zakłady fryzjerskie. Szare ich, wielkie szyby wystawowe nosiłyukośnie lub w półkolu biegnące napisy ze złoconych plastycznych liter:CONFISERIE, MANUCURE, KING OF ENGLAND. Rdzenni mieszkańcy miastatrzymali się z dala od tej okolicy, zamieszkiwanej przez szumowiny,przez gmin, przez kreatury bez charakteru, bez gęstości, przez istnąlichotę moralną, tę tandetną odmianę człowieka, która rodzi się w takichefemerycznych środowiskach. Ale w dniach upadku, w godzinach niskiejpokusy zdarzało się, że ten lub ów z mieszkańców miasta zabłąkiwał sięna wpół przypadkiem w tę wątpliwą dzielnicę. Najlepsi nie byli czasemwolni od pokusy dobrowolnej degradacji, zniwelowania granic ihierarchii, pławienia się w tym płytkim błocie wspólnoty, łatwejintymności, brudnego zmieszania. Dzielnica ta była eldoradem takichdezerterów moralnych, takich zbiegów spod sztandaru godności własnej.Wszystko zdawało się tam podejrzane i dwuznaczne, wszystko zapraszałosekretnym mrugnięciem, cynicznie artykułowanym gestem, wyraźnieprzymrużonym perskim okiem - do nieczystych nadziei, wszystko wyzwalałoz pęt niską naturę. Mało kto, nie uprzedzony, spostrzegał dziwnąosobliwość tej dzielnicy: brak barw, jak gdyby w tym tandetnym, wpośpiechu wyrosłym mieście nie można było sobie pozwolić na luksuskolorów. Wszystko tam było szare jak na jednobarwnych fotografiach, jakw ilustrowanych prospektach. Podobieństwo to wychodziło poza zwykłąmetaforę, gdyż chwilami, wędrując po tej części miasta, miało się wistocie wrażenie, że wertuje się w jakimś prospekcie, w nudnychrubrykach komercjalnych ogłoszeń, wśród których zagnieździły siępasożytniczo podejrzane anonse, drażliwe notatki, wątpliwe ilustracje; iwędrówki te były równie jałowe i bez rezultatu jak ekscytacje fantazji,pędzonej przez szpalty i kolumny pornograficznych druków. Wchodziło siędo jakiegoś krawca, żeby zamówić ubranie - ubranie o taniej elegancji,tak charakterystycznej dla tej dzielnicy. Lokal był wielki i pusty,bardzo wysoki i bezbarwny. Ogromne wielopiętrowe półki wznoszą się jednenad drugimi w nie określoną wysokość tej hali. Kondygnacje pustych półekwyprowadzają wzrok w górę aż pod sufit, który może być niebem - lichym,bezbarwnym, odrapanym niebem tej dzielnicy. Natomiast dalsze magazyny,które widać przez otwarte drzwi, pełne są aż pod sufit pudeł i kartonów,piętrzących się ogromną kartoteką, która rozpada się w górze, podzagmatwanym niebem strychu w kubaturę pustki, w jałowy budulec nicości.Przez wielkie szare okna, kratkowane wielokrotnie jak arkusze papierukancelaryjnego, nie wchodzi światło, gdyż przestrzeń sklepu jużnapełniona jest, jak wodą, indyferentną szarą poświatą, która nie rzucacienia i nie akcentuje niczego. Wnet nawija się jakiś smukłymłodzieniec, zadziwiająco usłużny, giętki i nieodporny, ażeby dogodzićnaszym życzeniom i zalać nas tanią i łatwą wymową subiekta. Ale gdy,gadając, rozwija ogromne postawy sukna, przymierza, fałduje i drapujeniekończącą się strugę materiału, przepływającą przez jego ręce,formując z jego fal iluzoryczne surduty i spodnie, cała ta manipulacjawydaje się czymś nieistotnym, pozorem, komedią, ironicznie zarzuconązasłoną na prawdziwy sens sprawy. Panienki sklepowe, smukłe i czarne,każda z jakąś skazą piękności (charakterystyczną dla tej dzielnicywybrakowanych artykułów), wchodzą i wychodzą, stają w drzwiachmagazynów, sondując oczyma, czy rzecz wiadoma (powierzona doświadczonymrękom subiekta) dojrzewa do punktu właściwego. Subiekt przymila się ikryguje i chwilami robi wrażenie transwestyty. Chciałoby się go ująć podmiękko zarysowaną brodę lub uszczyp-nąć w upudrowany blady policzek, gdyz porozumiewawczym półspojrzeniem dyskretnie zwraca uwagę na markęochronną towaru, markę o przejrzystej symbolice. Zwolna sprawa wyboruubrania schodzi na plan dalszy. Ten miękki do efeminacji i zepsutymłodzieniec, pełen zrozumienia dla najintymniejszych poruszeń klienta,przesuwa teraz przed jego oczyma osobliwe marki ochronne, całąbibliotekę znaków ochronnych, gabinet kolekcjonerski wyrafinowanegozbieracza. Pokazywało się wówczas, że magazyn konfekcji był tylkofasadą, za którą kryła się antykwarnia, zbiór wysoce dwuznacznychwydawnictw i druków prywatnych. Usłużny subiekt otwiera dalsze składy,wypełnione aż pod sufit książkami, rycinami, fotografiami. Te winiety,te ryciny przechodzą stokrotnie najśmielsze nasze marzenia. Takichkulminacyj zepsucia, takich wymyślności wyuzdania nie przeczuwaliśmynigdy. Panienki sklepowe przesuwają się coraz częściej pomiędzyszeregami książek, szare i papierowe, ale pełne pigmentu w zepsutychtwarzach, ciemnego pigmentu brunetek o lśniącej i tłustej czarności,która zaczajona w oczach, z nagła wybiegała z nich zygzakiem lśniącegokarakoniego biegu. Ale i w spalonych rumieńcach, w pikantnych stygmatachpieprzyków, we wstydliwych znamionach ciemnego puszku zdradzała się rasazapiekłej, czarnej krwi. Ten barwik o nazbyt intensywnej mocy, ta mokkagęsta i aromatyczna zdawała się plamić książki, które brały one dooliwkowej dłoni, ich dotknięcia zdawały się je farbować i zostawiać wpowietrzu ciemny deszcz piegów, smugę tabaki, jak purchawka opodniecającej, animalnej woni. Tymczasem powszechna rozwiązłość zrzucałacoraz bardziej hamulce pozorów. Subiekt, wyczerpawszy swą natarczywąaktywność, przechodził powoli do kobiecej bierności. Leży teraz najednej z wielu kanap, porozstawianych wśród rejonów książek, w jedwabnejpidżamie, odsłaniającej kobiecy dekolt. Panienki demonstrują, jednaprzed drugą, figury i pozycje rycin okładkowych, inne zasypiają już naprowizorycznych posłaniach. Nacisk na klienta rozluźniał się.Wypuszczano go z kręgu natarczywego zainteresowania, pozostawiano sobiesamemu. Subiektki, zajęte rozmową, nie zwracały nań więcej uwagi.Odwrócone do niego tyłem lub bokiem, przystawały w aroganckim kontrapoście, przestępowały z nogi na nogę, grając kokieteryjnym obuwiem,przepuszczały z góry na dół po smukłym ciele wężową grę członków,atakując nią spoza swej niedbałej nieodpowiedzialności podnieconegowidza, którego ignorowały. Tak cofano się, wsuwano w głąb zwyrachowaniem, otwierając wolną przestrzeń dla aktywności gościa.Skorzystajmy z tego momentu nieuwagi, ażeby wymknąć się nieprzewidzianymkonsekwencjom tej niewinnej wizyty i wydostać się na ulicę. Nikt nas niezatrzymuje. Przez korytarze książek, pomiędzy długimi regałami czasopismi druków wydostajemy się ze sklepu i oto jesteśmy w tym miejscu UlicyKrokodylej, gdzie z wyniesionego jej punktu widać niemal całą długośćtego szerokiego traktu aż do dalekich, nie wykończonych zabudowań dworcakolejowego. Jest to szary dzień, jak zawsze w tej okolicy, i całasceneria wydaje się chwilami fotografią z ilustrowanej gazety, takszare, tak płaskie są domy, ludzie i pojazdy. Ta rzeczywistość jestcienka jak papier i wszystkimi szparami zdradza swą imitatywność.Chwilami ma się wrażenie, że tylko na małym skrawku przed nami układasię wszystko przykładnie w ten pointowany obraz bulwaruwielkomiejskiego, gdy tymczasem już na bokach rozwiązuje się i rozprzęgata zaimprowizowana maskarada i, niezdolna wytrwać w swej roli, rozpadasię za nami w gips i pakuły, w rupieciarnię jakiegoś ogromnego pustegoteatru. Napięcie pozy, sztuczna powaga maski, ironiczny patos drży natym naskórku. Ale dalecy jesteśmy od chęci demaskowania widowiska. Wbrewlepszej wiedzy czujemy się wciągnięci w tandetny czar dzielnicy. Zresztąnie brak w obrazie miasta i pewnych cech autoparodii. Rzędy małych,parterowych domków podmiejskich zmieniają się z wielopiętrowymikamienicami, które zbudowane jak z kartonu, są konglomeratem szyldów,ślepych okien biurowych, szklistoszarych wystaw, reklam i numerów. Poddomami płynie rzeka tłumu. Ulica jest szeroka jak bulwar wielkomiejski,ale jezdnia, jak place wiejskie, zrobiona jest z ubitej gliny, pełnawybojów, kałuży i trawy. Ruch uliczny dzielnicy służy do porównań w tymmieście, mieszkańcy mówią o nim z dumą i porozumiewawczym błyskiem woku. Szary, bezosobisty ten tłum jest nader przejęty swą rolą i pełengorliwości w demonstrowaniu wielkomiejskiego pozoru. Wszelako, mimozaaferowania i interesowności, ma się wrażenie błędnej, monotonnej,bezcelowej wędrówki, jakiegoś sennego korowodu marionetek. Atmosferadziwnej błahości przenika tę całą scenerię. Tłum płynie monotonnie i,rzecz dziwna, widzi się go zawsze jakby niewyraźnie, figury przepływająw splątanym, łagodnym zgiełku, nie dochodząc do zupełnej wyrazistości.Czasem tylko wyławiamy z tego gwaru wielu głów jakieś ciemne, żywespojrzenie, jakiś czarny melonik nasunięty głęboko na głowę, jakieś półtwarzy rozdarte uśmiechem, z ustami, które właśnie coś powiedziały,jakąś nogę wysuniętą w kroku i tak już zastygłą na zawsze. Osobliwościądzielnicy są dorożki bez woźniców, biegnące samopas po ulicach. Niejakoby nie było tu dorożkarzy, ale wmieszani w tłum i zajęci tysiącemspraw, nie troszczą się o swe dorożki. W tej dzielnicy pozoru i pustegogestu nie przywiązuje się zbytniej wagi do ścisłego celu jazdy ipasażerowie powierzają się tym błędnym pojazdom z lekkomyślnością, któracechuje tu wszystko. Nieraz można ich widzieć na niebezpiecznychzakrętach, wychylonych daleko z połamanej budy, jak z lejcami w dłoniachprzeprowadzają z natężeniem trudny manewr wymijania. Mamy w tejdzielnicy także tramwaje. Ambicja rajców miejskich święci tu najwyższyswój triumf. Ale pożałowania godny jest widok tych wozów, zrobionych zpapier mâché, o ścianach powyginanych i zmiętych od wieloletniegoużytku. Często brak im zupełnie przedniej ściany tak, że widzieć można wprzejeździe pasażerów, siedzących sztywnie i zachowujących się z wielkągodnością. Tramwaje te popychane są przez tragarzy miejskich.Najdziwniejszą atoli rzeczą jest komunikacja kolejowa na UlicyKrokodylej. Czasami, w nieregularnych porach dnia, gdzieś ku końcowitygodnia można zauważyć tłum ludzi czekających na zakręcie ulicy napociąg. Nie jest się nigdy pewnym, czy przyjedzie i gdzie stanie, izdarza się często, że ludzie ustawiają się w dwóch różnych punktach, niemogąc uzgodnić swych poglądów na miejsce przystanku. Czekają długo istoją czarnym milczącym tłumem wzdłuż ledwo zarysowanych śladów toru, ztwarzami w profilu, jak szereg bladych masek z papieru, wyciętych wfantastyczną linię zapatrzenia. I wreszcie niespodzianie zajeżdża, jużwjechał z bocznej uliczki, skąd go oczekiwano, niski jak wąż,miniaturowy, z małą, sapiącą, krępą lokomotywą. Wjechał w ten czarnyszpaler i ulica staje się ciemna od tego ciągu wozów, siejących pyłwęglowy. Ciemne sapanie parowozu i powiew dziwnej powagi, pełnej smutku,tłumiony pośpiech i zdenerwowanie zamieniają ulicę na chwilę w halędworca kolejowego w szybko zapadającym zmierzchu zimowym. Plagą naszegomiasta jest ażiotaż biletów kolejowych i przekupstwo. W ostatniejchwili, gdy pociąg już stoi na stacji, toczą się w nerwowym pośpiechupertraktacje z przekupnymi urzędnikami linii żelaznej. Zanim tenegocjacje się kończą, pociąg rusza, odprowadzany przez wolno sunący,rozczarowany tłum, który odprowadza go daleko, ażeby się wreszcierozproszyć. Ulica, zacieśniona na chwilę do tego zaimprowizowanegodworca, pełnego zmierzchu i tchnienia dalekich dróg - rozwidnia sięznowu, rozszerza i przepuszcza znów swym korytem beztroski monotonnytłum spacerowiczów, który wędruje wśród gwaru rozmów wzdłuż wystawsklepowych, tych brudnych, szarych czworoboków, pełnych tandetnychtowarów, wielkich woskowych manekinów i lalek fryzjerskich. Wyzywającoubrane, w długich koronkowych sukniach przechodzą prostytutki. Mogą tobyć zresztą żony fryzjerów lub kapelmistrzów kawiarnianych. Idądrapieżnym, posuwistym krokiem i mają w niedobrych, zepsutych twarzachnieznaczną skazę, która je przekreśla: zezują czarnym, krzywym zezem lubmają usta rozdarte, lub brak im koniuszka nosa. Mieszkańcy miasta dumnisą z tego odoru zepsucia, którym tchnie Ulica Krokodyli. Nie mamypotrzeby niczego sobie odmawiać - myślą z dumą - stać nas i na prawdziwąwielkomiejską rozpustę. Twierdzą oni, że każda kobieta w tej dzielnicyjest kokotą. W istocie wystarczy zwrócić uwagę na którąś - a natychmiastspotyka się to uporczywe, lepkie spojrzenie, które nas zmraża rozkosznąpewnością. Nawet dziewczęta szkolne noszą tu w pewien charakterystycznysposób kokardy, stawiają swoistą manierą smukłe nogi i mają tę nieczystąskazę w spojrzeniu, w której leży preformowane przyszłe zepsucie. Ajednak - a jednak czy mamy zdradzić ostatnią tajemnicę tej dzielnicy,troskliwie ukrywany sekret Ulicy Krokodyli? Kilkakrotnie w trakcienaszego sprawozdania stawialiśmy pewne znaki ostrzegawcze, dawaliśmy wdelikatny sposób wyraz naszym zastrzeżeniom. Uważny czytelnik nie będzienie przygotowany na ten ostateczny obrót sprawy. Mówiliśmy oimitatywnym, iluzorycznym charakterze tej dzielnicy, ale słowa te majązbyt ostateczne i stanowcze znaczenie, by określić połowiczny iniezdecydowany charakter jej rzeczywistości. Język nasz nie posiadaokreśleń, które by dozowały niejako stopień realności, definiowały jejgiętkość. Powiedzmy bez ogródek: fatalnością tej dzielnicy jest, że nicw niej nie dochodzi do skutku, nic nie odbiega od swego definitivum,wszystkie ruchy rozpoczęte zawisają w powietrzu, wszystkie gestywyczerpują się przedwcześnie i nie mogą przekroczyć pewnego martwegopunktu. Mogliśmy już zauważyć wielką bujność i rozrzutność - wintencjach, w projektach i antycypacjach, która cechuje tę dzielnicę.Cała ona nie jest niczym innym jak fermentacją pragnień, przedwcześniewybujałą i dlatego bezsilną i pustą. W atmosferze nadmiernej łatwościkiełkuje tutaj każda najlżejsza zachcianka, przelotne napięcie puchnie irośnie w pustą, wydętą narośl, wystrzela szara i lekka wegetacjapuszystych chwastów, bezbarwnych włochatych maków, zrobiona z nieważkiejtkanki majaku i haszyszu. Nad całą dzielnicą unosi się leniwy irozwiązły fluid grzechu i domy, sklepy, ludzie wydają się niekiedydreszczem na jej gorączkującym ciele, gęsią skórką na jej febrycznychmarzeniach. Nigdzie, jak tu, nie czujemy się tak zagrożenimożliwościami, wstrząśnięci bliskością spełnienia, pobladli i bezwładnirozkosznym truchleniem ziszczenia. Lecz na tym się też kończy.Przekroczywszy pewien punkt napięcia, przypływ zatrzymuje się i cofa,atmosfera gaśnie i przekwita, możliwości więdną i rozpadają się wnicość, oszalałe szare maki ekscytacji rozsypują się w popiół. Będziemywiecznie żałowali, żeśmy wtedy wyszli na chwilę z magazynu konfekcjipodejrzanej konduity. Nigdy nie trafimy już doń z powrotem. Będziemybłądzili od szyldu do szyldu i mylili się setki razy. Zwiedzimydziesiątki magazynów, trafimy do całkiem podobnych, będziemy wędrowaliprzez szpalery książek, wertowali czasopisma i druki, konferowali długoi zawile z panienkami o nadmiernym pigmencie i skażonej piękności, którenie potrafią zrozumieć naszych życzeń. Będziemy się wikłali wnieporozumieniach, aż cała nasza gorączka i podniecenie ulotni się wniepotrzebnym wysiłku, w straconej na próżno gonitwie. Nasze nadziejebyły nieporozumieniem, dwuznaczny wygląd lokalu i służby- pozorem,konfekcja była prawdziwą konfekcją, a subiekt nie miał żadnych ukrytychintencyj. Świat kobiecy Ulicy Krokodylej odznacza się całkiem miernymzepsuciem, zagłuszonym grubymi warstwami przesądów moralnych i banalnejpospolitości. W tym mieście taniego materiału ludzkiego brak takżewybujałości instynktu, brak niezwykłych i ciemnych namiętności. UlicaKrokodyli była koncesją naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsuciawielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego jak napapierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych,zeszłorocznych gazet.KARAKONY Było to w okresie szarych dni, które nastąpiły po świetnejkolorowości genialnej epoki mego ojca. Były to długie tygodnie depresji,ciężkie tygodnie bez niedziel i świąt, przy zamkniętym niebie i wzubożałym krajobrazie. Ojca już wówczas nie było. Górne pokojewysprzątano i wynajęto pewnej telefonistce. Z całego ptasiegogospodarstwa pozostał nam jedyny egzemplarz, wypchany kondor, stojący napółce w salonie. W chłodnym półmroku zamkniętych firanek stał on tam,jak za życia, na jednej nodze, w pozie buddyjskiego mędrca, a gorzkajego, wyschła twarz ascety skamieniała w wyraz ostatecznej obojętności iabnegacji. Oczy wypadły, a przez wypłakane, łzawe orbity sypały siętrociny. Tylko rogowate egipskie narośle na nagim potężnym dziobie i nałysej szyi, narośle i gruzły spłowiałobłękitnej barwy nadawały tejstarczej głowie coś dostojnie hieratycznego. Pierzasty habit jego byłjuż w wielu miejscach przeżarty przez mole i gubił miękkie, szarepierze, które Adela raz w tygodniu wymiatała wraz z bezimiennym kurzempokoju. W wyłysiałych miejscach widać było workowe, grube płótno, zktórego wyłaziły kłaki konopne. Miałem ukryty żal do matki za łatwość, zjaką przeszła do porządku dziennego nad stratą ojca. Nigdy go niekochała - myślałem - a ponieważ ojciec nie był zakorzeniony w sercużadnej kobiety, przeto nie mógł też wróść w żadną realność i unosił sięwiecznie na peryferii życia, w półrealnych regionach, na krawędziachrzeczywistosci. Nawet na uczciwą obywatelską śmierć nie zasłużył sobie -myślałem - wszystko u niego musiało, być dziwaczne i wątpliwe.Postanowiłem w stosownej chwili zaskoczyć matkę otwartą rozmową. Owegodnia (był ciężki dzień zimowy i od rana już sypał się miękki puchzmierzchu) matka miała migrenę i leżała na sofie samotnie w salonie. Wtym rzadko odwiedzanym, paradnym pokoju panował od czasu zniknięcia ojcawzorowy porządek, pielęgnowany woskiem i szczotkami przez Adelę. Mebleprzykryte były pokrowcami; wszystkie sprzęty poddały się żelaznejdyscyplinie, jaką Adela roztoczyła nad tym pokojem. Tylko pęk piórpawich, stojących w wazie na komodzie, nie dał się utrzymać w ryzach.Był to element swawolny, niebezpieczny, o nieuchwytnej rewolucyjności,jak rozhukana klasa gimnazjastek, pełna dewocji w oczy, a rozpustnejswawoli poza oczyma. Świdrowały te oczy dzień cały i wierciły dziury wścianach, mrugały, tłoczyły się, trzepocąc rzęsami, z palcem przyustach, jedne przez drugie, pełne chichotu i psoty. Napełniały pokójświergotem i szeptem, rozsypywały się, jak motyle, dookoławieloramiennej lampy, uderzały tłumem barwnym w matowe, starcze dziurkiod kluczy. Nawet w obecności matki, leżącej z zawiązaną głową na sofie,nie mogły się powstrzymać, robiły perskie oczko, dawały sobie znaki,mówiły niemym, kolorowym alfabetem, pełnym sekretnych znaczeń. Irytowałomnie to szydercze porozumienie, ta migotliwa zmowa poza mymi plecami. Zkolanami przyciśniętymi do sofy matki, badając dwoma palcami, jakby wzamyśleniu, delikatną materię jej szlafroka, rzekłem niby mimochodem: -Chciałem cię już od dawna zapytać: prawda, że to jest on? - I chociażnie wskazałem nawet spojrzeniem na kondora, matka odgadła od razu,zmieszała się bardzo i spuściła oczy. Dałem umyślnie upłynąć chwili,żeby wykosztować jej zmieszanie, po czym z całym spokojem, opanowującwzbierający gniew, spytałem: - Jaki sens mają w takim razie te wszystkieplotki i kłamstwa, które rozsiewasz o ojcu? Lecz jej rysy, które wpierwszej chwili rozpadły się były w panice, zaczęły się znowuporządkować. - Jakie kłamstwa? - spytała mrugając oczyma, które byłypuste, nalane ciemnym błękitem, bez białka. - Znam je od Adeli - rzekłem- ale wiem, że pochodzą od ciebie; chcę wiedzieć prawdę. Usta jej drżałylekko, źrenice, unikając mego wzroku, powędrowały w kąt oka. - Niekłamałam - rzekła, a usta- jej napęczniały i stały się małe zarazem.Uczułem, że mnie kokietuje jak kobieta mężczyznę. - Z tymi karakonami toprawda - sam przecież pamiętasz... - Zmieszałem się. Pamiętałem wistocie tę inwazję karakonów, ten zalew czarnego rojowiska, którenapełniało ciemność nocną, pajęczą bieganiną. Wszystkie szpary pełnebyły drgających wąsów, każda szczelina mogła wystrzelić z nagłakarakonem, z każdego pęknięcia podłogi mogła zlęgnąć się ta czarnabłyskawica, lecąca oszalałym zygzakiem po podłodze. Ach, ten dziki obłędpopłochu, pisany błyszczącą, czarną linią na tablicy podłogi. Ach, tekrzyki grozy ojca, skaczącego z krzesła na krzesło z dzirytem w ręku.Nie przyjmując jadła ani napoju, z wypiekami gorączki na twarzy, zkonwulsją wstrętu wrytą dookoła ust, ojciec mój zdziczał zupełnie. Jasnebyło, że tego napięcia nienawiści żaden organizm długo wytrzymać niemoże. Straszliwa odraza zamieniała jego twarz w stężałą maskę tragiczną,w której tylko źrenice, ukryte za dolną powieką, leżały na czatach,napięte jak cięciwy, w wiecznej podejrzliwości. Z dzikim wrzaskiemzrywał się nagle z siedzenia, leciał na oślep w kąt pokoju i jużpodnosił dziryt, na którym utkwiony ogromny karakon przebierałrozpaczliwie gmatwaniną swych nóg. Adela przychodziła wówczas blademu zezgrozy z pomocą i odbierała lancę wraz z utkwionym trofeum, ażeby jąutopić w cebrzyku. Już wówczas jednak nie umiałbym był powiedzieć, czyobrazy te zaszczepiły mi opowiadania Adeli, czy też sam byłem ichświadkiem. Ojciec mój nie posiadał już wtedy tej siły odpornej, którazdrowych ludzi broni od fascynacji wstrętu. Zamiast odgraniczyć się dostraszliwej siły atrakcyjnej tej fascynacji, ojciec mój, wydany na łupszału, wplątywał się w nią coraz bardziej. Smutne skutki nie dały długona siebie czekać. Wnet pojawiły się pierwsze podejrzane znaki, którenapełniły nas przerażeniem i smutkiem. Zachowanie ojca zmieniło się.Szał jego, euforia jego podniecenia przygasła. W ruchach i mimice jęłysię zdradzać znaki złego sumienia. Zaczął nas unikać. Krył się dzieńcały po kątach, w szafach, pod pierzyną. .Widziałem go nieraz, jak wzamyśleniu oglądał własne ręce, badał konsystencję skóry, paznokci, naktórych występować zaczęły czarne plamy, jak łuski karakona. W dzieńopierał się jeszcze ostatkami sił, walczył, ale w nocy fascynacjauderzała nań potężnymi arakami. Widziałem go późną nocą, w świetleświecy stojącej na podłodze. Mój ojciec leżał na ziemi nagi, popstrzonyczarnymi plamami totemu, pokreślony liniami żeber, fantastycznymrysunkiem przeświecającej na zewnątrz anatomii, leżał na czworakach,opętany fascynacją awersji, która go wciągała w głąb swych zawiłychdróg. Mój ojciec poruszał się wieloczłonkowym, skomplikowanym ruchemdziwnego rytuału, w którym ze zgrozą poznałem imitację ceremoniałukarakoniego. Od tego czasu wyrzekliśmy się ojca. Podobieństwo dokarakona występowało z dniem każdym wyraźniej - mój ojciec zamieniał sięw karakona. Zaczęliśmy się przyzwyczajać do tego. Widywaliśmy go corazrzadziej, całymi tygodniami znikał gdzieś na swych karakonich drogach -przestaliśmy go odróżniać, zlał się w zupełności z tym czarnymniesamowitym plemieniem. Kto mógł powiedzieć, czy żył gdzieś jeszcze wjakiejś szparze podłogi, czy przebiegał nocami pokoje, zaplątany w aferykarakonie, czy też był może między tymi martwymi owadami, które Adela corana znaj-dowała brzuchem do góry leżące i najeżone nogami i które zewstrętem brała na śmietniczkę i wyrzucała? - A jednak - powiedziałemzdetonowany - jestem pewny, że ten kondor to on. - Matka spojrzała namnie spod rzęs: - Nie dręcz mnie, drogi - mówiłam ci już przecież, żeojciec podróżuje jako komiwojażer po kraju - przecież wiesz, że czasem wnocy przyjeżdża do domu, ażeby przed świtem jeszcze dalej odjechać.WICHURA Tej długiej i pustej zimy obrodziła ciemność w naszym mieścieogromnym, stokrotnym urodzajem. Zbyt długo snadź nie sprzątano nastrychach i w rupieciarniach, stłaczano garnki na garnkach i flaszki naflaszkach, pozwalano narastać bez końca pustym bateriom butelek. Tam, wtych spalonych, wielkobelkowych lasach strychów i dachów ciemnośćzaczęła się wyradzać i dziko fermentować. Tam zaczęły się te czarnesejmy garnków, te wiecowania gadatliwe i puste, te bełkotliweflaszkowania, bulgoty butli i baniek. Aż pewnej nocy wezbrały podgontowymi przestworami falangi garnków i flaszek i popłynęły wielkimstłoczonym ludem na miasto. Strychy, wystrychnięte ze strychów,rozprzestrzeniały się jedne z drugich i wystrzelały czarnymi szpalerami,a przez przestronne ich echa przebiegały kawalkady tramów i belek,lansady drewnianych kozłów, klękających na jodłowe kolana, ażebywypadłszy na wolność, napełnić przestwory nocy galopem krokwi izgiełkiem płatwi i bantów. Wtedy to wylały się te czarne rzeki, wędrówkibeczek i konwi, i płynęły przez noce. Czarne ich, połyskliwe, gwarnezbiegowiska oblegały miasto. Nocami mrowił się ten ciemny zgiełk naczyńi napierał jak armie rozgadanych ryb, niepowstrzymany najazd pyskującychskopców i bredzących cebrów. Dudniąc dnami, piętrzyły się wiadra, beczkii konwie, dyndały się gliniane stągwie zdunów, stare kapeluchy icylindry dandysów gramoliły się jedna na drugie, rosnąc w niebokolumnami, które się rozpadały. I wszystkie kołatały niezgrabnie kołkamidrewnianych języków, mełły nieudolnie w drewnianych gębach bełkot klątwi obelg, bluźniąc błotem na całej przestrzeni nocy. Aż dobluźniły się,doklęły swego. Przywołane rechotem naczyń, rozplotkowanym od brzegu dobrzegu, nadeszły wreszcie karawany, nadciągnęły potężne tabory wichru istanęły nad nocą. Ogromne obozowisko, czarny ruchomy amfiteatr zstępowaćzaczął w potężnych kręgach ku miastu. I wybuchła ciemność ogromnąwzburzoną wichurą i szalała przez trzy dni i trzy noce... - Niepójdziesz dziś do szkoły - rzekła rano matka - jest straszna wichura nadworze. - W pokoju unosił się delikatny welon dymu, pachnący żywicą. Piecwył i gwizdał, jak gdyby uwiązana w nim była cała sfora psów czydemonów. Wielki bohomaz, wymalowany na jego pękatym brzuchu, wykrzywiałsię kolorowym grymasem i fantastyczniał wzdętymi policzkami. Pobiegłemboso do okna. Niebo wydmuchane było wzdłuż i wszerz wiatrami.Srebrzystobiałe i przestronne, porysowane było w linie sił, natężone dopęknięcia, w srogie bruzdy, jakby zastygłe żyły cyny i ołowiu.Podzielone na pola energetyczne i drżące od napięć, pełne było utajonejdynamiki. Rysowały się w nim diagramy wichury, która sama niewidoczna inieuchwytna, ładowała krajobraz potęgą. Nie widziało się jej. Poznawałosię ją po domach, po dachach, w które wjeżdżała jej furia. Jeden podrugim strychy zdawały się rosnąć i wybuchać szaleństwem, gdy wstępowaław nie jej siła. Ogałacała place, zostawiała za sobą na ulicach białąpustkę, zamiatała całe połacie rynku do czysta. Ledwie tu i ówdzie giąłsię pod nią i trzepotał, uczepiony węgła domu, samotny człowiek. Całyplac rynkowy zdawał się wybrzuszać i lśnić pustą łysiną pod jejpotężnymi przelotami. Na niebie wydmuchał wiatr zimne i martwe kolory,grynszpanowe, żółte i liliowe smugi, dalekie sklepienia i arkady swegolabiryntu. Dachy stały pod tymi niebami czarne i krzywe, pełneniecierpliwości i oczekiwania. Te, w które wstąpił wicher, wstawały wnatchnieniu, przerastały sąsiednie domy i prorokowały pod rozwichrzonymniebem. Potem opadały i gasły nie mogąc dłużej zatrzymać potężnego tchu,który leciał dalej i napełniał cały przestwór zgiełkiem i przerażeniem.I znów inne domy wstawały z krzykiem, w paroksyzmie jasnowidzenia, izwiastowały. Ogromne buki koło kościoła stały z wniesionymi rękami, jakświadkowie wstrząsających objawień, i krzyczały, krzyczały. Dalej, zadachami rynku, widziałem dalekie mury ogniowe, nagie ściany szczytoweprzedmieścia. Wspinały się jeden nad drugi i rosły, zesztywniałe zprzerażenia i osłupiałe. Daleki, zimny, czerwony odblask zabarwiał jepóźnymi kolorami. Nie jedliśmy tego dnia obiadu, bo ogień w kuchniwracał kłębami dymu do izby. W pokojach było zimno i pachniało wiatrem.Około drugiej po południu wybuchł na przedmieściu pożar i rozszerzał sięgwałtownie. Matka z Adelą zaczęły pakować pościel, futra i kosztowności.Nadeszła noc. Wicher wzmógł się na sile i gwałtowności, rozrósł sięniepomiernie i objął cały przestwór. Już teraz nie nawiedzał domów idachów, ale wybudował nad miastem wielopiętrowy, wielokrotny przestwór,czarny labirynt, rosnący w nieskończonych kondygnacjach. Z tegolabiryntu wystrzelał całymi galeriami pokojów, wyprowadzał piorunemskrzydła i trakty, toczył z hukiem długie amfilady, a potem dawał sięzapadać tym wyimaginowanym piętrom, sklepieniom i kazamatom i wzbijałsię jeszcze wyżej, kształtując sam bezforemny bezmiar swym natchnieniem.Pokój drżał z lekka, obrazy na ścianach brzęczały. Szyby lśniły siętłustym odblaskiem lampy. Firanki na oknie wisiały wzdęte i pełnetchnienia tej burzliwej nocy. Przypomnieliśmy sobie, że ojca od rana niewidziano. Wczesnym rankiem, domyślaliśmy się, musiał udać się do sklepu,gdzie go zaskóczyła wichura, odcinając mu powrót. - Cały dzień nic niejadł - biadała matka. Starszy subiekt Teodor podjął się wyprawić w noc iwichurę, żeby zanieść mu posiłek. Brat mój przyłączył się do wyprawy.Okutani w wielkie niedźwiedzie futra, obciążyli kieszenie żelazkami imoździerzami, balastem, który miał zapobiec porwaniu ich przez wichurę.Ostrożnie otworzono drzwi prowadzące w noc. Zaledwie subiekt i brat mójz wzdętymi płaszczami wkroczyli jedną nogą w ciemność, noc ich połknęłazaraz na progu domu. Wicher zmył momentalnie ślad ich wyjścia. Nie widaćbyło przez okno nawet latarki, którą ze sobą zabrali. Pochłonąwszy ich,wicher na chwilę przycichł. Adela z matką próbowały na nowo rozpalićogień pod kuchnią. Zapałki gasły, przez drzwiczki dmuchało popiołem isadzą. Staliśmy pod drzwiami i nasłuchiwali. W lamentach wichru dawałysię słyszeć wszelkie głosy, perswazje, nawoływania i gawędy. Zdawało sięnam, że słyszymy wołanie o pomoc ojca zabłąkanego w wichurze, to znowu,że brat z Teodorem gwarzą beztrosko pod drzwiami. Wrażenie było takłudzące, że Adela otworzyła drzwi i w samej rzeczy ujrzała Teodora ibrata mego, wynurzających się z trudem z wichury, w której tkwili popachy. Weszli zdyszani do sieni, zaciskając z wysiłkiem drzwi za sobą.Przez chwilę musieli wesprzeć się o odrzwia, tak silnie szturmowałwicher do bramy. Wreszcie zasunęli rygiel i wiatr pognał dalej.Opowiadali bezładnie o nocy, o wichurze. Ich futra, nasiąkłe wiatrem,pachniały teraz powietrzem. Trzepotali powiekami w świetle; ich oczy,pełne jeszcze nocy, broczyły ciemnością za każdym uderzeniem powiek. Niemogli dojść do sklepu, zgubili drogę i ledwo trafili z powrotem. Niepoznawali miasta, wszystkie ulice były jak przestawione. Matkapodejrzewała, że kłamali. W istocie cała ta scena sprawiała wrażenie,jakby przez ten kwadrans stali w ciemności pod oknem, nie oddalając sięwcale. A może naprawdę nie było już miasta i rynku, a wicher i nocotaczały nasz dom tylko ciemnymi kulisami, pełnymi wycia, świstu ijęków. Może nie było wcale tych ogromnych i żałosnych przestrzeni, którenam wicher sugerował, może nie było wcale tych opłakanych labiryntów,tych wielookiennych traktów i korytarzy, na których grał wicher, jak nadługich czarnych fletach. Coraz bardziej umacniało się w nasprzekonanie, że cała ta burza była tylko donkiszoterią nocną, imitującąna wąskiej przestrzeni kulis tragiczne bezmiary, kosmiczną bezdomność isieroctwo wichury. Coraz częściej otwierały się teraz drzwi sieni iwpuszczały okutanego w opończe i szale gościa. Zziajany sąsiad lubznajomy wywijał się powoli z chustek, płaszczy i wyrzucał z siebiezdyszanym głosem opowiadania, urywane bezładne słowa, którefantastycznie powiększały, kłamliwie przesadzały bezmiar nocy.Siedzieliśmy wszyscy w jasno oświetlonej kuchni. Za ogniskiem kuchennymi czarnym, szerokim okapem komina prowadziło parę stopni do drzwistrychu. Na tych schodkach siedział starszy subiekt Teodor inasłuchiwał, jak strych grał od wichru. Słyszał, jak w pauzach wichurymiechy żeber strychowych składały się w fałdy i dach wiotczał i zwisałjak ogromne płuca, z których uciekł oddech, to znowu nabierał tchu,nastawiał się palisadami krokwi, rósł jak sklepienia gotyckie,rozprzestrzeniał się lasem belek, pełnym stokrotnego echa, i huczał jakpudło ogromnych basów. Ale potem zapominaliśmy o wichurze, Adela tłukłacynamon w dźwięcznym moździerzu. Ciotka Perazja przyszła w odwiedziny.Drobna, ruchliwa i pełna zabiegliwości, z koronką czarnego szala nagłowie, zaczęła krzątać się po kuchni, pomagając Adeli. Adela oskubałakoguta. Ciotka Perazja zapaliła pod okapem komina garść papierów iszerokie płaty płomienia wzlatywały z nich w czarną czeluść. Adela,trzymając koguta za szyję, uniosła go nad płomień, ażeby opalić na nimresztę pierza. Kogut zatrzepotał nagle w ogniu skrzydłami, zapiał ispłonął. Wtedy ciotka Perazja zaczęła się kłócić, kląć i złorzeczyć.Trzęsąc się ze złości, wygrażała rękami Adeli i matce. Nie rozumiałem, oco jej chodzi, a ona zacietrzewiała się coraz bardziej w gniewie i stałasię jednym pękiem gestykulacji i złorzeczeń. Zdawało się, że wparoksyzmie złości rozgestykuluje się na części, że rozpadnie się,podzieli, rozbiegnie w sto pająków, rozgałęzi się po podłodze czarnym,migotliwym pękiem oszalałych karakonach biegów. Zamiast tego zaczęłaraptownie maleć, kurczyć się, wciąż roztrzęsiona i rozsypująca sięprzekleństwami. Z nagła podreptała, zgarbiona i mała, w kąt kuchni,gdzie leżały drwa na opał i, klnąc i kaszląc, zaczęła gorączkowoprzebierać wśród dźwięcznych drewien, aż znalazła dwie cienkie, żółtedrzazgi. Pochwyciła je latającymi ze wzburzenia rękami, przymierzyła donóg, po czym wspięła się na nie, jak na szczudła, i zaczęła na tychżółtych kulach chodzić, stukocąc po deskach, biegać tam i z powrotemwzdłuż skośnej linii podłogi, coraz szybciej i szybciej, potem wbiegłana ławkę jodłową, kuśtykając na dudniących deskach, a stamtąd na półkę ztalerzami, dźwięczną, drewnianą półkę obiegającą ściany kuchni, i biegłapo niej, kolankując na szczudłowych kulach, by wreszcie gdzieś w kącie,malejąc coraz bardziej, sczernieć, zwinąć się jak zwiędły, spalonypapier, zetlić się w płatek popiołu, skruszyć w proch i w nicość.Staliśmy wszyscy bezradni wobec tej szalejącej furii złości, która samasiebie trawiła i pożerała. Z ubolewaniem patrzyliśmy na smutny przebiegtego paroksyzmu i z pewną ulgą wróciliśmy do naszych zajęć, gdy żałosnyten proces dobiegł swego naturalnego końca. Adela zadzwoniła znowumoździerzem, tłukąc cynamon, matka ciągnęła dalej przerwaną rozmowę, asubiekt Teodor, nasłuchując proroctw strychowych, stroił śmiesznegrymasy, podnosił wysoko brwi i śmiał się do siebie.NOC WIELKIEGO SEZONU Każdy wie, że w szeregu zwykłych, normalnych latrodzi niekiedy zdziwaczały czas ze swego łona lata inne, lata osobliwe,lata wyrodne, którym - jak szósty, mały palec u ręki - wyrasta kędyśtrzynasty, fałszywy miesiąc. Mówimy fałszywy, gdyż rzadko dochodzi on dopełnego rozwoju. Jak dzieci późno spłodzone, pozostaje on w tyle zewzrostem, miesiąc garbusek, odrośl w połowie uwiędła i raczej domyślnaniż rzeczywista. Winna jest temu starcza niepowściągliwość lata, jegorozpustna i późna żywotność. Bywa czasem, że sierpień minie, a starygruby pień lata rodzi z przyzwyczajenia jeszcze dalej, pędzi ze swegopróchna te dni-dziczki, dni-chwasty, jałowe i idiotyczne, dorzuca nadokładkę, za darmo, dni-kaczany, puste i niejadalne - dni białe,zdziwione i niepotrzebne. Wyrastają one, nieregularne i nierówne, niewykształcone i zrośnięte z sobą, jak palce potworkowatej ręki,pączkujące i zwinięte w figę. Inni porównywają te dni do apokryfów,wsuniętych potajemnie między rozdziały wielkiej księgi roku, dopalimpsestów, skrycie włączonych pomiędzy jej stronice, albo do tychbiałych nie zadrukowanych kartek, na których oczy, naczytane do syta ipełne treści, broczyć mogą obrazami i gubić kolory na tych pustychstronicach, coraz bladziej i bladziej, ażeby wypocząć na ich nicości,zanim wciągnięte zostaną w labirynty nowych przygód i rozdziałów. Ach,ten stary, pożółkły romans roku, ta wielka, rozpadająca się księgakalendarza! Leży ona sobie zapomniana gdzieś w archiwach czasu, a treśćjej rośnie dalej między okładkami, pęcznieje bez ustanku od gadulstwamiesięcy, od szybkiego samorództwa blagi, od bajania i marzeń, które sięw niej mnożą. Ach, i spisując te nasze opowiadania, szeregując tehistorie o moim ojcu na zużytym marginesie jej tekstu, czy nie oddajęsię tajnej nadziei, że wrosną one kiedyś niepostrzeżenie między zżółkłekartki tej najwspanialszej, rozsypującej się księgi, że wejdą w wielkiszelest jej stronic, który je pochłonie? To, o czym tu mówić będziemy,działo się tedy w owym trzynastym, nadliczbowym i niejako fałszywymmiesiącu tego roku, na tych kilkunastu pustych kartkach wielkiej kronikikalendarza. Ranki były podówczas dziwnie cierpkie i orzeźwiające. Pouspokojonym i chłodniejszym tempie czasu, po nowym całkiem zapachupowietrza, po odmiennej konsystencji światła poznać było, że weszło sięw inną serię dni, w nową okolicę Bożego Roku. Głos drżał pod tymi nowyminiebami dźwięcznie i świeżo jak w nowym jeszcze i pustym mieszkaniu,pełnym zapachu lakieru, farb, rzeczy zaczętych i nie wypróbowanych. Zdziwnym wzruszeniem próbowało się nowego echa, napoczynało się je zciekawością, jak w chłodny i trzeźwy poranek babkę do kawy w przeddzieńpodróży. Ojciec mój siedział znowu w tylnym kontuarze sklepu, w małej,sklepionej izbie, pokratkowanej jak ul w wielokomórkowe registratury iłuszczącej się bez końca warstwami papieru, listów i faktur. Z szelestuarkuszy, z nieskończonego kartkowania papierów wyrastała kratkowana ipusta egzystencja tego pokoju, z nieustannego przekładania plikówodnawiała się w powietrzu z niezliczonych nagłówków firmowych apoteoza wformie miasta fabrycznego, widzianego z lotu ptaka, najeżonego dymiącymikominami, otoczonego rzędami medali i ujętego w wywijasy i zakrętypompatycznych et i Comp. Tam siedział ojciec, jak w ptaszarni, nawysokim stołku, a gołębniki registratur szeleściły plikami papierów iwszystkie gniazda i dziuple pełne były świergotu cyfr. Głąb wielkiegosklepu ciemniała i wzbogacała się z dnia na dzień zapasami sukna,szewiotów, aksamitów i kortów. W ciemnych półkach, tych spichrzach ilamusach chłodnej, pilśniowej barwności, procentowała stokrotnie ciemna,odstała korowość rzeczy, mnożył się i sycił potężny kapitał jesieni. Tamrósł i ciemniał ten kapitał i rozsiadał się coraz szerzej na półkach,jak na galeriach jakiegoś wielkiego teatru, uzupełniając się jeszcze ipomnażając każdego rana nowymi ładunkami towaru, który w skrzyniach ipakach wraz z rannym chłodem wnosili na niedźwiedzich barach stękający,brodaci tragarze w oparach świeżości jesiennej i wódki. Subiekciwyładowywali te nowe zapasy sycących bławatnych kolorów i wypełnialinimi, kitowali starannie wszystkie szpary i luki wysokich szaf. Był torejestr olbrzymi wszelakich kolorów jesieni, ułożony warstwami,usortowany odcieniami, idący w dół i w górę, jak po dźwięcznychschodach, po gamach wszystkich oktaw barwnych. Zaczynał się u dołu ipróbował jękliwie i nieśmiało altowych spełzłości i półtonów,przechodził potem do spłowiałych popiołów dali, do gobelinowych błękitówi rosnąc ku górze coraz szerszymi akordami, dochodził do ciemnychgranatów, do indyga lasów dalekich i do pluszu parków szumiących, ażebypotem poprzez wszystkie ochry, sangwiny, rudości i sepie wejść wszelestny cień więdnących ogrodów i dojść do ciemnego zapachu grzybów,do tchnienia próchna w głębiach nocy jesiennej i do głuchegoakompaniamentu najciemniejszych basów. Ojciec mój szedł wzdłuż tycharsenałów sukiennej jesieni i uspokajał i uciszał te masy, ichwzbierającą moc, spokojną potęgę Pory. Chciał jak najdłużej utrzymać wcałości te rezerwy zamagazynowanej barwności. Bał się łamać, wymieniaćna gotówkę ten fundusz żelazny jesieni. Ale wiedział, czuł, że przyjdzieczas i wicher jesienny, pustoszący i ciepły wicher, powieje nad tymiszafami i wtedy puszczą one i nic nie zdoła powstrzymać ich wylewu, tychstrumieni kolorowości, którymi wybuchną na miasto całe. Przychodziłapora Wielkiego Sezonu. Ożywiały się ulice. O szóstej godzinie popołudniu miasto zakwitało gorączką, domy dostawały wypieków, a ludziewędrowali ożywieni jakimś wewnętrznym ogniem, naszminkowani i ubarwienijaskrawo, z oczyma błyszczącymi jakąś odświętną, piękną i złą febrą. Nabocznych uliczkach, w cichych zaułkach, uchodzących już w wieczornądzielnicę, miasto było puste. Tylko dzieci bawiły się na placykach podbalkonami, bawiły się bez tchu, hałaśliwie i niedorzecznie. Przykładałymałe pęcherzyki do ust, ażeby wydmuchać je i naindyczyć się naglejaskrawo w wielkie, gulgocące, rozpluskane narośle albo wykogucić się wgłupią kogucią maskę, czerwoną i piejącą, w kolorowe jesienne maszkaryfantastyczne i absurdalne. Zdawało się, że tak nadęte i piejące wzniosąsię w powietrze długimi kolorowymi łańcuchami i jak jesienne kluczeptaków przeciągać będą nad miastem - fantastyczne flotylle z bibułki ipogody jesiennej. Albo woziły się wśród krzyków na małych zgiełkliwychwózkach, grających kolorowym turkotem kółek, szprych i dyszli. Wózkizjeżdżały naładowane ich krzykiem i staczały się w dół ulicy aż do niskorozlanej, żółtej rzeczki wieczornej, gdzie rozpadały się na gruzkrążków, kołków i patyczków. I podczas gdy zabawy dzieci stawały sięcoraz bardziej hałaśliwe i splątane, wypieki miasta ciemniały izakwitały purpurą, nagle świat cały zaczynał więdnąć i czernieć i szybkowydzielał się zeń majaczliwy zmierzch, którym zarażały się wszystkierzeczy. Zdradliwie i jadowicie szerzyła się ta zaraza zmierzchu wokoło,szła od rzeczy do rzeczy, a czego dotknęła, to wnet butwiało, czerniało,rozpadało się w próchno. Ludzie uciekali przed zmierzchem w cichympopłochu i naraz dosięgał ich ten trąd, i wysypywał się ciemną wysypkąna czole, i tracili twarze, które odpadały wielkimi, bezkształtnymiplamami, i szli dalej, już bez rysów, bez oczu, gubiąc po drodze maskępo masce, tak że zmierzch roił się od tych larw porzuconych, sypiącychsię za ich ucieczką. Potem zaczynało wszystko zarastać czarną,próchniejącą korą, łuszczącą się wielkimi płatami, chorymi strupamiciemności. A gdy w dole wszystko rozprzęgło się i szło wniwecz w tejcichej zamieszce, w panice prędkiego rozkładu, w górze utrzymywał się irósł coraz wyżej milczący alarm zorzy, drgający świergotem milionacichych dzwonków, wzbierających wzlotem miliona cichych skowronkówlecących razem w jedną wielką, srebrną nieskończoność. Potem była jużnagle noc - wielka noc, rosnąca jeszcze podmuchami wiatru, które jąrozszerzały. W jej wielokrotnym labiryncie wyłupane były gniazda jasne:sklepy - wielkie, kolorowe latarnie, pełne spiętrzonego towaru i zgiełkukupujących. Przez jasne szyby tych latani można było śledzić zgiełkliwyi pełen dziwacznego ceremoniału obrzęd zakupów jesiennych. Ta wielka,fałdzista noc jesienna, rosnąca cieniami, roszerzona wiatrami, kryła wswych ciemnych fałdach jasne kieszenie, woreczki z kolorowymdrobiazgiem, z pstrym towarem czekoladek, keksów, kolonialnejpstrokacizny. Te budki i kramiki, sklecone z pudełek po cukrach,wytapetowane jaskrawo reklamami czekolad, pełne mydełek, wesołejtandety, złoconych błahostek, cynfolii, trąbek, andrutów i kolorowychmiętówek, były stacjami lekkomyślności, grzechotkami beztroski,rozsianymi na wiszarach ogromnej, labiryntowej, rozłopotanej wiatraminocy. Wielkie i ciemne tłumy płynęły w ciemności, w hałaśliwymzmieszaniu, w szurgocie tysięcy nóg, w gwarze tysięcy ust - rojna,splątana wędrówka, ciągnąca arteriami jesiennego miasta. Tak płynęła tarzeka, pełna gwaru, ciemnych spojrzeń, chytrych łypnięć, pokawałkowanarozmową, posiekana gawędą, wielka miazga plotek, śmiechów i zgiełku.Zdawało się, że to ruszyły tłumami jesienne, suche makówki sypiącemakiem - głowygrzechotki, ludzie-kołatki. Mój ojciec chodziłzdenerwowany i kolorowy od wypieków, z błyszczącymi oczyma, w jasnooświetlonym sklepie, i nasłuchiwał. Przez szyby wystawy i portaludochodził tu z daleka szum miasta, stłumiony gwar płynącej ciżby. Nadciszą sklepu płonęła jasno lampa naftowa, zwisająca z wielkiegosklepienia, i wypierała najmniejszy ślad cienia z wszystkich szpar izakamarków. Pusta, wielka podłoga trzaskała w ciszy i liczyła w tymświetle wzdłuż i wszerz swe błyszczące kwadraty, szachownicę wielkichtafli, które rozmawiały ze sobą w ciszy trzaskami, odpowiadały sobie totu, to tam głośnym pęknięciem. Za to sukna leżały ciche, bez głosu, wswej pilśniowej puszystości i podawały sobie wzdłuż ścian spojrzenia zaplecami ojca, wymieniały od szafy do szafy ciche znaki porozumiewawcze.Ojciec nasłuchiwał. Jego ucho zdawało się w tej ciszy nocnej wydłużać irozgałęziać poza okno: fantastyczny koralowiec, czerwony polip falującyw mętach nocy. Nasłuchiwał i słyszał. Słyszał z rosnącym niepokojemdaleki przypływ tłumów, które nadciągały. Rozglądał się z przerażeniempo pustym sklepie. Szukał subiektów. Ale ci ciemni i rudzi aniołowiedokądś odlecieli. Pozostał on sam tylko, w trwodze przed tłuma-mi, którewnet miały zalać ciszę sklepu plądrującą hałaśliwą rzeszą i rozebraćmiędzy siebie, rozlicytować całą tę bogatą jesień, od lat zbieraną wwielkim zacisznym spichlerzu. Gdzie byli subiekci? Gdzie były teurodziwe cheruby, mające bronić ciemnych, sukiennych szańców? Ojciecpodejrzewał bolesną myślą, że oto grzeszą gdzieś w głębi domu z córamiludzi. Stojąc nieruchomy i pełen troski, z błyszczącymi oczyma w jasnejciszy sklepu, czuł wewnętrznym słuchem, co działo się w głębi domu, wtylnych komorach wielkiej kolorowej tej latarni. Dom otwierał się przednim, izba za izbą, komora za komorą, jak dom z kart, i widział gonitwęsubiektów za Adelą przez wszystkie puste i jasno oświetlone pokoje,schodami na dół, schodami do góry, aż wymknęła się im i wpadła do jasnejkuchni, gdzie zabarykadowała się kuchennym kredensem. Tam stałazdyszana, błyszcząca i rozbawiona, trzepocąca z uśmiechem wielkimirzęsami. Subiekci chichotali, przykucnięci pode drzwiami. Okno kuchniotwarte było na wielką, czarną noc, pełną rojeń i splątania. Czarne,uchylone szyby płonęły refleksem dalekiej iluminacji. Błyszczące garnkii butle stały nieruchomo dokoła i lśniły w ciszy tłustą polewą. Adelawychylała ostrożnie przez okno swą kolorową, uszminkowaną twarz ztrzepoczącymi oczyma. Szukała subiektów na ciemnym podwórzu, pewna ichzasadzki. I oto ujrzała ich, jak wędrowali ostrożnie, gęsiego, po wąskimgzymsie podokiennym wzdłuż ściany piętra, czerwonej odblaskiem dalekiejiluminacji, i skradali się do okna. Ojciec krzyknął z gniewu i rozpaczy,ale w tej chwili gwar głosów stał się całkiem bliski i nagle jasne oknasklepu zaludniły się bliskimi twarzami, wykrzywionymi śmiechem,rozgadanymi twarzami, które płaszczyły nosy na lśniących szybach. Ojciecstał się purpurowy ze wzburzenia i wskoczył na ladę. I kiedy tłumszturmem zdobywał tę twierdzę i wkraczał hałaśliwą ciżbą do sklepu,ojciec mój jednym skokiem wspiął się na półki z suknem i, uwisły wysokonad tłumem, dął z całej siły w wielki puzon z rogu i trąbił na alarm.Ale sklepienie nie napełniło się szumem aniołów, śpieszących na pomoc, azamiast tego każdemu jękowi trąby odpowiadał wielki, roześmiany chórtłumu. - Jakubie, handlować! Jakubie, sprzedawać! - wołali wszyscy, awołanie to, wciąż powtarzane, rytmizowało się w chórze i przechodziłopowoli w melodię refrenu, śpiewaną przez wszystkie gardła. Wtedy mójojciec dał za wygraną, zeskoczył z wysokiego gzymsu i ruszył z krzykiemku barykadom sukna. Wyolbrzymiony gniewem, z głową spęczniałą w pięśćpurpurową, wbiegł, jak walczący prorok, na szańce sukienne i jąłprzeciwko nim szaleć. Wpierał się całym ciałem w potężne bale wełny iwyważał je z osady, podsuwał się pod ogromne postawy sukna i unosił jena ladę z głuchym łomotem. Bale leciały rozwijając się z łopotem wpowietrzu w ogromne chorągwie, półki wybuchały zewsząd wybuchamidraperii, wodospadami sukna, jak pod uderzeniem Mojżeszowej laski. Takwylewały się zapasy szaf, wymiotowały gwałtownie, płynęły szerokimirzekami. Wypływała barwna treść półek, rosła, mnożyła się i zalewaławszystkie lady i stoły. Ściany sklepu znikły pod potężnymi formacjamitej sukiennej kosmogonii, pod tymi pasmami górskimi, piętrzącymi się wpotężnych masywach. Otwierały się szerokie doliny wśród zboczy górskichi wśród szerokiego patosu wyżyn grzmiały linie kontynentów. Przestrzeńsklepu rozszerzyła się w panoramę jesiennego krajobrazu, pełną jezior idali, a na tle tej scenerii ojciec wędrował wśród fałd i dolinfantastycznego Kanaanu, wędrował wielkimi krokami, z rękomarozkrzyżowanymi proroczo w chmurach, i kształtował kraj uderzeniaminatchnienia. A u dołu, u stóp tego Synaju, wyrosłego z gniewu ojca,gestykulował lud, złorzeczył i czcił Baala, i handlował. Nabierali pełneręce miękkich fałd, drapowali się w kolorowe sukna, owijali się wzaimprowizowane domina i płaszcze i gadali bezładnie a obficie. Mójojciec wyrastał nagle nad tymi grupami kupczących wydłużonych gniewem, igromił z wysoka bałwochwalców potężnym słowem. Potem, ponoszonyrozpaczą, wspinał się na wysokie galerie szaf, biegł obłędnie po bantachpółek, po dudniących deskach ogołoconych rusztowań, ścigany przez obrazybezwstydnej rozpusty, którą przeczuwał za plecami w głębi domu. Subiekcidosięgli właśnie żelaznego balkonu na wysokości okna i wczepieni wbalustradę, pochwycili wpół Adelę i wyciągnęli ją przez okno,trzepocącą. oczyma i wlokącą za sobą smukłe nogi w jedwabnychpończochach. Gdy ojciec mój, przerażony ohydą grzechu, wrastał gniewemswych gestów w grozę krajobrazu, w dole beztroski lud Baala oddawał sięwyuzdanej wesołości. Jakaś parodystyczna pasja, jakaś zaraza śmiechuopanowała tę gawiedź. Jakże można było żądać powagi od nich, od tegoludu kołatek i dziadków do orzechów! Jak można było żądać zrozumieniadla wielkich trosk ojca od tych młynków, mielących bezustannie kolorowąmiazgę słów! Głusi na gromy proroczego gniewu, przykucali ci handlarze wjedwabnych bekieszach małymi kupkami dookoła sfałdowanych gór materii,rozstrząsając gadatliwie wśród śmiechu zalety towaru. Ta czarna giełdaroznosiła na swych prędkich językach szlachetną substancję krajobrazu,rozdrabniała ją siekaniną gadania i połykała niemal. Gdzie indziej stałygrupy Żydów w kolorowych chałatach, w wielkich futrzanych kołpakachprzed wysokimi wodospadami jasnych materii. Byli to mężowie WielkiegoZgromadzenia, dostojni i pełni namaszczenia panowie, gładzący długie,pielęgnowane brody i prowadzący wstrzemięźliwe i dyplomatyczne rozmowy.Ale i w tej ceremonialnej konwersacji, w spojrzeniach, które wymienialibył błysk uśmiechniętej ironii. Wśród tych grup przewijał się pospolitylud, bezpostaciowy tłum, gawiedź bez twarzy i indywidualności. Wypełniałon niejako luki w krajobrazie, wyścielał tło dzwonkami i grzechotkamibezmyślnego gadania. Był to element błazeński, roztańczony tłumpoliszynelów i arlekinów, który - sam bez poważnych intencyj handlowych- doprowadzał do absurdu gdzieniegdzie nawiązujące się tansakcje swymibłazeńskimi figlami. Stopniowo jednak, znudzony błaznowaniem, wesoły tenludek rozpraszał się w dalszych okolicach krajobrazu i tam powoli gubiłsię wśród skalnych załomów i dolin. Prawdopodobnie jeden po drugimzapadały się te wesołki gdzieś w szczeliny i fałdy terenu, jak dziecizmęczone zabawą po kątach i zakamarkach mieszkania w noc balową.Tymczasem ojcowie miasta, mężowie Wielkiego Synhedrionu, przechadzalisię w grupach pełnych powagi i godności i prowadzili ciche, głębokiedysputy. Rozszedłszy się po całym, owym wielkim górzystym kraju,wędrowali po dwóch, po trzech na dalekich i krętych drogach. Małe iciemne ich sylwety zaludniały całą tę pustynną wyżynę, nad którą zwisłociężkie i ciemne niebo, sfałdowane i chmurne, poorane w długierównoległe bruzdy, w srebrne i białe skiby, ukazujące w głębi corazdalsze pokłady swego uwarstwienia. Światło lampy stwarzało sztucznydzień w owej krainie - dzień dziwny, dzień bez świtu i wieczoru. Ojciecmój uspokajał się powoli. Gniew jego układał się i zastygał w pokładachi warstwach krajobrazu. Siedział teraz na galeriach wysokich półek ipatrzył w jesienniejący, rozległy kraj. Widział, jak na dalekichjeziorach odbywał się połów ryb. W maleńkich łupinkach łódek siedziałopo dwóch rybaków, zapuszczając sieci w wodę. Na brzegach chłopcydźwigali na głowach kosze, pełne trzepocącego się, srebrnego połowu.Wówczas to dostrzegł, jak grupy wędrowców w oddali zadzierały głowy kuniebu, wskazując coś wzniesionymi rękami. I wnet zaroiło się niebo jakąśkolorową wysypką, osypało się falującymi plamami, które rosły,dojrzewały i wnet napełniły przestworze dziwnym ludem ptaków, krążącychi kołujących w wielkich, krzyżujących się spiralach. Całe niebowypełniło się ich wzniosłym lotem, łopotem skrzydeł, majestatycznymiliniami cichych bujań. Niektóre z nich jak ogromne bociany płynęłynieruchomo na spokojnie rozpostartych skrzydłach, inne, podobne dokolorowych pióropuszów, do barbarzyńskich trofeów, trzepotały ciężko iniezgrabnie, ażeby utrzymać się na falach ciepłej aury; inne wreszcie,nieudolne konglomeraty skrzydeł, potężnych nóg i oskubanych szyj,przypominały źle wypchane sępy i kondory, z których wysypują siętrociny. Były między nimi ptaki dwugłowe, ptaki wieloskrzydłe, były teżi kaleki, kulejące w powietrzu jednoskrzydłym, niedołężnym lotem. Niebostało się podobne do starego fresku, pełnego dziwolągów i fantastycznychzwierząt, które krążyły, wymijały się i znów wracały w kolorowychelipsach. Mój ojciec podniósł się na bantach, oblany nagłym blaskiem,wyciągnął ręce, przyzywając ptaki starym zaklęciem. Poznał je, pełenwzruszenia. Było to dalekie, zapomniane potomstwo tej ptasiej generacji,którą ongi Adela rozpędziła na wszystkie strony nieba. Wracało teraz,zwyrodniałe i wybujałe, to sztuczne potomstwo, to zdegenerowane plemięptasie, zmarniałe wewnętrznie. Wystrzelone głupio wzrostem, wyogromnioneniedorzecznie, było wewnątrz puste i bez życia. Cała żywotność tychptaków przeszła w upierzenie, wybujała w fantastyczność. Było to jakbymuzeum wycofanych rodzajów, rupieciarnia Raju ptasiego. Niektóre latałyna wznak, miały ciężkie, niezgrabne dzioby, podobne do kłódek i zamków,obciążone kolorowymi naroślami, i były ślepe. Jakże wzruszył ojca tenpowrót niespodziany, jakże zdumiewał się nad instynktem ptasim, nad tymprzywiązaniem do Mistrza, które wygnany ów ród piastował jak legendę wduszy, ażeby wreszcie po wielu generacjach, w ostatnim dniu przedwygaśnięciem plemienia pociągnąć z powrotem w pradawną ojczyznę. Ale tepapierowe, ślepe ptaki nie mogły już poznać ojca. Na darmo wołał na niedawnym zaklęciem, zapomnianą mową ptasią, nie słyszały go i niewidziały. Nagle zagwizdały kamienie w powietrzu. To wesołki, głupie ibezmyślne plemię, jęły celować pociskami w fantastyczne niebo ptasie. Nadarmo ojciec ostrzegał, na darmo groził zaklinającymi gestami, niedosłyszano go, nie dostrzeżono. I ptaki spadały. Ugodzone pociskiem,obwisały ciężko i więdły już w powietrzu. Nim doleciały do ziemi, byłyjuż bezforemną kupą pierza. W mgnieniu oka pokryła się wyżyna tą dziwną,fantastyczną padliną. Zanim ojciec dobiegł do miejsca rzezi, cały tenświetny ród ptasi już leżał martwy, rozciągnięty na skałach. Terazdopiero, z bliska, mógł ojciec obserwować całą lichotę tej zubożałejgeneracji, całą śmieszność jej tandetnej anatomii. Były to ogromnewiechcie piór, wypchane byle jak starym ścierwem. U wielu nie można byłowyróżnić głowy, gdyż pałkowata ta część ciała nie nosiła żadnych znamionduszy. Niektóre pokryte były kudłatą, zlepioną sierścią, jak żubry, iśmierdziały wstrętnie. Inne przypominały garbate, łyse, zdechłewielbłądy. Inne wreszcie były najwidoczniej z pewnego rodzaju papieru,puste w środku, a świetnie kolorowe na zewnątrz. Niektóre okazywały sięz bliska niczym innym jak wielkimi pawimi ogonami, kolorowymiwachlarzami, w które niepojętym sposobem tchnięto jakiś pozór życia.Widziałem smutny powrót mego ojca. Sztuczny dzień zabarwiał się jużpowoli kolorami zwyczajnego poranka. W spustoszałym sklepie najwyższepółki syciły się barwami rannego nieba. Wśród fragmentów zgasłegopejzażu, wśród zburzonych kulis nocnej scenerii - ojciec widziałwstających ze snu subiektów. Podnosili się spomiędzy bali sukna iziewali do słońca. W kuchni, na piętrze, Adela, ciepła od snu i zezmierzwionymi włosami, mełła kawę na młynku, przyciskając go do białejpiersi, od której ziarna nabierały blasku i gorąca. Kot mył się wEOT;/*End of the Project Gutenberg EBook of Sklepy cynamonowe, by Bruno Schulz*** END OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK SKLEPY CYNAMONOWE ***This file should be named sklep10.txt or sklep10.zipCorrected EDITIONS of our eBooks get a new NUMBER, sklep11.txtVERSIONS based on separate sources get new LETTER, sklep10a.txtProduced by Pawel Sobkowiak - Scanned and proofread byPolska Biblioteka InternetowaProject Gutenberg eBooks are often created from several printededitions, all of which are confirmed as Public Domain in the USunless a copyright notice is included. Thus, we usually do notkeep eBooks in compliance with any particular paper edition.We are now trying to release all our eBooks one year in advanceof the official release dates, leaving time for better editing.Please be encouraged to tell us about any error or corrections,even years after the official publication date.Please note neither this listing nor its contents are final tilmidnight of the last day of the month of any such announcement.The official release date of all Project Gutenberg eBooks is atMidnight, Central Time, of the last day of the stated month. Apreliminary version may often be posted for suggestion, commentand editing by those who wish to do so.Most people start at our Web sites at:http://gutenberg.net orhttp://promo.net/pgThese Web sites include award-winning information about ProjectGutenberg, including how to donate, how to help produce our neweBooks, and how to subscribe to our email newsletter (free!).Those of you who want to download any eBook before announcementcan get to them as follows, and just download by date. This isalso a good way to get them instantly upon announcement, as theindexes our cataloguers produce obviously take a while after anannouncement goes out in the Project Gutenberg Newsletter.http://www.ibiblio.org/gutenberg/etext03 orftp://ftp.ibiblio.org/pub/docs/books/gutenberg/etext03Or /etext02, 01, 00, 99, 98, 97, 96, 95, 94, 93, 92, 92, 91 or 90Just search by the first five letters of the filename you want,as it appears in our Newsletters.Information about Project Gutenberg (one page)We produce about two million dollars for each hour we work. Thetime it takes us, a rather conservative estimate, is fifty hoursto get any eBook selected, entered, proofread, edited, copyrightsearched and analyzed, the copyright letters written, etc. Ourprojected audience is one hundred million readers. If the valueper text is nominally estimated at one dollar then we produce $2million dollars per hour in 2002 as we release over 100 new textfiles per month: 1240 more eBooks in 2001 for a total of 4000+We are already on our way to trying for 2000 more eBooks in 2002If they reach just 1-2% of the world's population then the totalwill reach over half a trillion eBooks given away by year's end.The Goal of Project Gutenberg is to Give Away 1 Trillion eBooks!This is ten thousand titles each to one hundred million readers,which is only about 4% of the present number of computer users.Here is the briefest record of our progress (* means estimated):eBooks Year Month1 1971 July10 1991 January100 1994 January1000 1997 August1500 1998 October2000 1999 December2500 2000 December3000 2001 November4000 2001 October/November6000 2002 December*9000 2003 November*10000 2004 January*The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been createdto secure a future for Project Gutenberg into the next millennium.We need your donations more than ever!As of February, 2002, contributions are being solicited from peopleand organizations in: Alabama, Alaska, Arkansas, Connecticut,Delaware, District of Columbia, Florida, Georgia, Hawaii, Illinois,Indiana, Iowa, Kansas, Kentucky, Louisiana, Maine, Massachusetts,Michigan, Mississippi, Missouri, Montana, Nebraska, Nevada, NewHampshire, New Jersey, New Mexico, New York, North Carolina, Ohio,Oklahoma, Oregon, Pennsylvania, Rhode Island, South Carolina, SouthDakota, Tennessee, Texas, Utah, Vermont, Virginia, Washington, WestVirginia, Wisconsin, and Wyoming.We have filed in all 50 states now, but these are the only onesthat have responded.As the requirements for other states are met, additions to this listwill be made and fund raising will begin in the additional states.Please feel free to ask to check the status of your state.In answer to various questions we have received on this:We are constantly working on finishing the paperwork to legallyrequest donations in all 50 states. If your state is not listed andyou would like to know if we have added it since the list you have,just ask.While we cannot solicit donations from people in states where we arenot yet registered, we know of no prohibition against acceptingdonations from donors in these states who approach us with an offer todonate.International donations are accepted, but we don't know ANYTHING abouthow to make them tax-deductible, or even if they CAN be madedeductible, and don't have the staff to handle it even if there areways.Donations by check or money order may be sent to:Project Gutenberg Literary Archive FoundationPMB 1131739 University Ave.Oxford, MS 38655-4109Contact us if you want to arrange for a wire transfer or paymentmethod other than by check or money order.The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been approved bythe US Internal Revenue Service as a 501(c)(3) organization with EIN[Employee Identification Number] 64-622154. Donations aretax-deductible to the maximum extent permitted by law. As fund-raisingrequirements for other states are met, additions to this list will bemade and fund-raising will begin in the additional states.We need your donations more than ever!You can get up to date donation information online at:http://www.gutenberg.net/donation.html***If you can't reach Project Gutenberg,you can always email directly to:Michael S. Hart <hart@pobox.com>Prof. Hart will answer or forward your message.We would prefer to send you information by email.**The Legal Small Print**(Three Pages)***START**THE SMALL PRINT!**FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS**START***Why is this "Small Print!" statement here? You know: lawyers.They tell us you might sue us if there is something wrong withyour copy of this eBook, even if you got it for free fromsomeone other than us, and even if what's wrong is not ourfault. So, among other things, this "Small Print!" statementdisclaims most of our liability to you. It also tells you howyou may distribute copies of this eBook if you want to.*BEFORE!* YOU USE OR READ THIS EBOOKBy using or reading any part of this PROJECT GUTENBERG-tmeBook, you indicate that you understand, agree to and acceptthis "Small Print!" statement. If you do not, you can receivea refund of the money (if any) you paid for this eBook bysending a request within 30 days of receiving it to the personyou got it from. If you received this eBook on a physicalmedium (such as a disk), you must return it with your request.ABOUT PROJECT GUTENBERG-TM EBOOKSThis PROJECT GUTENBERG-tm eBook, like most PROJECT GUTENBERG-tm eBooks,is a "public domain" work distributed by Professor Michael S. Hartthrough the Project Gutenberg Association (the "Project").Among other things, this means that no one owns a United States copyrighton or for this work, so the Project (and you!) can copy anddistribute it in the United States without permission andwithout paying copyright royalties. Special rules, set forthbelow, apply if you wish to copy and distribute this eBookunder the "PROJECT GUTENBERG" trademark.Please do not use the "PROJECT GUTENBERG" trademark to marketany commercial products without permission.To create these eBooks, the Project expends considerableefforts to identify, transcribe and proofread public domainworks. Despite these efforts, the Project's eBooks and anymedium they may be on may contain "Defects". Among otherthings, Defects may take the form of incomplete, inaccurate orcorrupt data, transcription errors, a copyright or otherintellectual property infringement, a defective or damageddisk or other eBook medium, a computer virus, or computercodes that damage or cannot be read by your equipment.LIMITED WARRANTY; DISCLAIMER OF DAMAGESBut for the "Right of Replacement or Refund" described below,[1] Michael Hart and the Foundation (and any other party you mayreceive this eBook from as a PROJECT GUTENBERG-tm eBook) disclaimsall liability to you for damages, costs and expenses, includinglegal fees, and [2] YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE ORUNDER STRICT LIABILITY, OR FOR BREACH OF WARRANTY OR CONTRACT,INCLUDING BUT NOT LIMITED TO INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVEOR INCIDENTAL DAMAGES, EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THEPOSSIBILITY OF SUCH DAMAGES.If you discover a Defect in this eBook within 90 days ofreceiving it, you can receive a refund of the money (if any)you paid for it by sending an explanatory note within thattime to the person you received it from. If you received iton a physical medium, you must return it with your note, andsuch person may choose to alternatively give you a replacementcopy. If you received it electronically, such person maychoose to alternatively give you a second opportunity toreceive it electronically.THIS EBOOK IS OTHERWISE PROVIDED TO YOU "AS-IS". NO OTHERWARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, ARE MADE TO YOU ASTO THE EBOOK OR ANY MEDIUM IT MAY BE ON, INCLUDING BUT NOTLIMITED TO WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR APARTICULAR PURPOSE.Some states do not allow disclaimers of implied warranties orthe exclusion or limitation of consequential damages, so theabove disclaimers and exclusions may not apply to you, and youmay have other legal rights.INDEMNITYYou will indemnify and hold Michael Hart, the Foundation,and its trustees and agents, and any volunteers associatedwith the production and distribution of Project Gutenberg-tmtexts harmless, from all liability, cost and expense, includinglegal fees, that arise directly or indirectly from any of thefollowing that you do or cause: [1] distribution of this eBook,[2] alteration, modification, or addition to the eBook,or [3] any Defect.DISTRIBUTION UNDER "PROJECT GUTENBERG-tm"You may distribute copies of this eBook electronically, or bydisk, book or any other medium if you either delete this"Small Print!" and all other references to Project Gutenberg,or:[1] Only give exact copies of it. Among other things, thisrequires that you do not remove, alter or modify theeBook or this "small print!" statement. You may however,if you wish, distribute this eBook in machine readablebinary, compressed, mark-up, or proprietary form,including any form resulting from conversion by wordprocessing or hypertext software, but only so long as*EITHER*:[*] The eBook, when displayed, is clearly readable, anddoes *not* contain characters other than thoseintended by the author of the work, although tilde(~), asterisk (*) and underline (_) characters maybe used to convey punctuation intended by theauthor, and additional characters may be used toindicate hypertext links; OR[*] The eBook may be readily converted by the reader atno expense into plain ASCII, EBCDIC or equivalentform by the program that displays the eBook (as isthe case, for instance, with most word processors);OR[*] You provide, or agree to also provide on request atno additional cost, fee or expense, a copy of theeBook in its original plain ASCII form (or in EBCDICor other equivalent proprietary form).[2] Honor the eBook refund and replacement provisions of this"Small Print!" statement.[3] Pay a trademark license fee to the Foundation of 20% of thegross profits you derive calculated using the method youalready use to calculate your applicable taxes. If youdon't derive profits, no royalty is due. Royalties arepayable to "Project Gutenberg Literary Archive Foundation"the 60 days following each date you prepare (or werelegally required to prepare) your annual (or equivalentperiodic) tax return. Please contact us beforehand tolet us know your plans and to work out the details.WHAT IF YOU *WANT* TO SEND MONEY EVEN IF YOU DON'T HAVE TO?Project Gutenberg is dedicated to increasing the number ofpublic domain and licensed works that can be freely distributedin machine readable form.The Project gratefully accepts contributions of money, time,public domain materials, or royalty free copyright licenses.Money should be paid to the:"Project Gutenberg Literary Archive Foundation."If you are interested in contributing scanning equipment orsoftware or other items, please contact Michael Hart at:hart@pobox.com[Portions of this eBook's header and trailer may be reprinted onlywhen distributed free of all fees. Copyright (C) 2001, 2002 byMichael S. Hart. Project Gutenberg is a TradeMark and may not beused in any sales of Project Gutenberg eBooks or other materials bethey hardware or software or any other related product withoutexpress permission.]*END THE SMALL PRINT! FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS*Ver.02/11/02*END**/}