Subversion-Projekte lars-tiefland.laravel_shop

Revision

Details | Letzte Änderung | Log anzeigen | RSS feed

Revision Autor Zeilennr. Zeile
148 lars 1
<?php
2
 
3
namespace Faker\Provider\pl_PL;
4
 
5
class Text extends \Faker\Provider\Text
6
{
7
    /**
8
     * The Project Gutenberg EBook of Sklepy cynamonowe, by Bruno Schulz
9
     *
10
     * Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the
11
     * copyright laws for your country before downloading or redistributing
12
     * this or any other Project Gutenberg eBook.
13
     *
14
     * This header should be the first thing seen when viewing this Project
15
     * Gutenberg file.  Please do not remove it.  Do not change or edit the
16
     * header without written permission.
17
     *
18
     * Please read the "legal small print," and other information about the
19
     * eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file.  Included is
20
     * important information about your specific rights and restrictions in
21
     * how the file may be used.  You can also find out about how to make a
22
     * donation to Project Gutenberg, and how to get involved.
23
     *
24
     *
25
     * **Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts**
26
     *
27
     * **eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971**
28
     *
29
     * *****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!*****
30
     *
31
     *
32
     * Title: Sklepy cynamonowe
33
     *
34
     * Author: Bruno Schulz
35
     *
36
     * Release Date: May, 2005 [EBook #8119]
37
     * [Yes, we are more than one year ahead of schedule]
38
     * [This file was first posted on June 16, 2003]
39
     *
40
     * Edition: 10
41
     *
42
     * Language: Polish
43
     *
44
     * Character set encoding: Codepage 1250
45
     *
46
     * *** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK SKLEPY CYNAMONOWE ***
47
     *
48
     *
49
     *
50
     *
51
     * Produced by Pawel Sobkowiak - Scanned and proofread by
52
     * Polska Biblioteka Internetowa
53
     *
54
     *
55
     *
56
     *
57
     * BRUNO SCHULZ SKLEPY CYNAMONOWE
58
     *
59
     *
60
     * Spis tresci:
61
     *
62
     * SIERPIEŃ NAWIEDZENIE PTAKI MANEKINY TRAKTAT O MANEKINACH ALBO WTÓRA
63
     * KSIĘGA RODZAJU TRAKTAT O MANEKINACH Ciąg dalszy TRAKTAT O MANEKINACH
64
     * Dokończenie NEMROD PAN PAN KAROL SKLEPY CYNAMONOWE ULICA KROKODYLI
65
     * KARAKONY WICHURA NOC WIELKIEGO SEZONU
66
     *
67
     * @see http://www.gutenberg.org/cache/epub/8119/pg8119.txt
68
     *
69
     * @var string
70
     */
71
    protected static $baseText = <<<'EOT'
72
SIERPIEŃ
73
 
74
1 W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i
75
starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszołamiających dni letnich.
76
Wertowaliśmy, odurzeni światłem, w tej wielkiej księdze wakacji, której
77
wszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia
78
miąższ złotych gruszek. Adela wracała w świetliste poranki, jak Pomona z
79
ognia dnia rozżagwionego, wysypując z koszyka barwną urodę słońca -
80
lśniące, pełne wody pod przejrzystą skórką czereśnie, tajemnicze, czarne
81
wiśnie, których woń przekraczała to, co ziszczało się w smaku; morele, w
82
których miąższu złotym był rdzeń długich popołudni; a obok tej czystej
83
poezji owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i pożywnością płaty mięsa z
84
klawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi i
85
meduzy - surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym i
86
jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim
87
i polnym. Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku
88
przechodziło co dzień na wskroś całe wielkie lato: cisza drgających
89
słojów powietrznych, kwadraty blasku śniące żarliwy swój sen na
90
podłodze; melodia katarynki, dobyta z najgłębszej złotej żyły dnia; dwa,
91
trzy takty refrenu, granego gdzieś na fortepianie, wciąż na nowo,
92
mdlejące w słońcu na białych trotuarach, zagubione w ogniu dnia
93
głębokiego. Po sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje, zasuwając
94
płócienne story. Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej, pokój napełniał
95
się cieniem, jakby pogrążony w światło głębi morskiej, jeszcze mętniej
96
odbity w zielonych zwierciadłach, a cały upał dnia oddychał na storach,
97
lekko falujących od marzeń południowej godziny. W sobotnie popołudnia
98
wychodziłem z matką na spacer. Z półmroku sieni wstępowało się od razu w
99
słoneczną kąpiel dnia. Przechodnie, brodząc w złocie, mieli oczy
100
zmrużone od żaru, jakby zalepione miodem, a podciągnięta górna warga
101
odsłaniała im dziąsła i zęby. I wszyscy brodzący w tym dniu złocistym
102
mieli ów grymas skwaru, jak gdyby słońce nałożyło swym wyznawcom jedną i
103
tę samą maskę - złotą maskę bractwa słonecznego; i wszyscy, którzy szli
104
dziś ulicami, spotykali się, mijali, starcy i młodzi, dzieci i kobiety,
105
pozdrawiali się w przejściu tą maską, namalowaną grubą, złotą farbą na
106
twarzy, szczerzyli do siebie ten grymas bakchiczny - barbarzyńską maskę
107
kultu pogańskiego. Rynek był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzu
108
gorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia. Cierniste akacje, wyrosłe z
109
pustki żółtego placu, kipiały nad nim jasnym listowiem, bukietami
110
szlachetnie uczłonkowanych filigranów zielonych, jak drzewa na starych
111
gobelinach. Zdawało się, że te drzewa afektują wicher, wzburzając
112
teatralnie swe korony, ażeby w patetycznych przegięciach ukazać
113
wytwomość wachlarzy listnych o srebrzystym podbrzuszu, jak futra
114
szlachetnych lisic. Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabawiały
115
się refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw,
116
rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generacje
117
dni letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijający stare fasady z pleśni
118
tynku) obtłukiwały kłamliwą glazurę, wydobywając z dnia na dzień
119
wyraźniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomię losu i życia, które
120
formowało je od wewnątrz. Teraz okna, oślepione blaskiem pustego placu,
121
spały; balkony wyznawały niebu swą pustkę; otwarte sienie pachniały
122
chłodem i winem. Kupka obdartusów, ocalała w kącie rynku przed płomienną
123
miotłą upału, oblegała kawałek muru, doświadczając go wciąż na nowo
124
rzutami guzików i monet, jak gdyby z horoskopu tych metalowych krążków
125
odczytać można było prawdziwą tajemnicę muru, porysowanego hieroglifami
126
rys i pęknięć. Zresztą rynek był pusty. Oczekiwało się, że przed tę sień
127
sklepioną z beczkami winiarza podjedzie w cieniu chwiejących się akacyj
128
osiołek Samarytanina, prowadzony za uzdę, a dwóch pachołków zwlecze
129
troskliwie chorego męża z rozpalonego siodła, ażeby go po chłodnych
130
schodach wnieść ostrożnie na pachnące szabasem piętro. Tak wędrowaliśmy
131
z matką przez dwie słoneczne strony rynku, wodząc nasze załamane cienie
132
po wszystkich domach, jak po klawiszach. Kwadraty bruku mijały powoli
133
pod naszymi miękkimi i płaskimi krokami - jedne bladoróżowe jak skóra
134
ludzka, inne złote i sine, wszystkie płaskie, ciepłe, aksamitne na
135
słońcu, jak jakieś twarze słoneczne, zadeptane stopami aż do niepoznaki,
136
do błogiej nicości. Aż wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w
137
cień apteki. Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym
138
symbolizowała chłód balsamów, którym każde cierpienie mogło się tam
139
ukoić. I po paru jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal
140
decorum miasta, jak chłop, który wracając do wsi rodzimej, rozdziewa się
141
po drodze z miejskiej swej elegancji, zamieniając się powoli, w miarę
142
zbliżania do wsi, w obdartusa wiejskiego. Przedmiejskie domki tonęły
143
wraz z oknami, zapadnięte w bujnym i zagmatwanym kwitnieniu małych
144
ogródków. Zapomniane przez wielki dzień, pleniły się bujnie i cicho
145
wszelkie ziela, kwiaty i chwasty, rade z tej pauzy, którą prześnić mogły
146
za marginesem czasu, na rubieżach nieskończonego dnia. Ogromny
147
słonecznik, wydźwignięty na potężnej łodydze i chory na elephantiasis,
148
czekał w żółtej żałobie ostatnich, smutnych dni żywota, uginając się pod
149
przerostem potwornej korpulencji. Ale naiwne przedmiejskie dzwonki i
150
perkalikowe, niewybredne kwiatuszki stały bezradne w swych
151
nakrochmalonych, różowych i białych koszulkach, bez zrozumienia dla
152
wielkiej tragedii słonecznika.
153
 
154
2 Splątany gąszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu
155
popołudnia. Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu. Złote
156
ściernisko krzyczy w słońcu, jak ruda szarańcza; w rzęsistym deszczu
157
ognia wrzeszczą świerszcze; strąki nasion eksplodują cicho, jak koniki
158
polne. A ku parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem-pagórem,
159
jak gdyby ogród obrócił się we śnie na drugą stronę i grube jego,
160
chłopskie bary oddychają ciszą ziemi. Na tych barach ogrodu niechlujna,
161
babska bujność sierpnia wyolbrzymiała w głuche zapadliska ogromnych
162
łopuchów, rozpanoszyła się płatami włochatych blach listnych, wybujałymi
163
ozorami mięsistej zieleni. Tam te wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły
164
się jak babska szeroko rozsiadłe, na wpół pożarte przez własne oszalałe
165
spódnice. Tam sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu,
166
śmierdzącą mydłem, grubą kaszę babek, dziką okowitę mięty i wszelką
167
najgorszą tandetę sierpniową. Ale po drugiej stronie parkanu, za tym
168
matecznikiem lata, w którym rozrosła się głupota zidiociałych chwastów,
169
było śmietnisko zarosło dziko bodiakiem. Nikt nie wiedział, że tam
170
właśnie odprawiał sierpień tego lata swoją wielką pogańską orgię. Na tym
171
śmietnisku, oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem, stało łóżko
172
skretyniałej dziewczyny Tłui. Tak nazywaliśmy ją wszyscy. Na kupie
173
śmieci i odpadków, starych garnków, pantofli, rumowiska i gruzu stało
174
zielono pomalowane łóżko, podparte zamiast brakującej nogi dwiema
175
starymi cegłami. Powietrze nad tym rumowiskiem, zdziczałe od żaru, cięte
176
błyskawicami lśniących much końskich, rozwścieczonych słońcem,
177
trzeszczało jak od nie widzianych grzechotek, podniecając do szału.
178
Tłuja siedzi przykucnięta wśród żółtej pościeli i szmat. Wielka jej
179
głowa jeży się wiechciem czarnych włosów. Twarz jej jest kurczliwa jak
180
miech harmonii. Co chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiąc
181
poprzecznych fałd, a zdziwienie rozciąga ją z powrotem, wygładza fałdy,
182
odsłania szparki drobnych oczu i wilgotne dziąsła z żółtymi zębami pod
183
ryjowatą, mięsistą wargą. Mijają godziny pełne żaru i nudy, podczas
184
których Tłuja gaworzy półgłosem, drzemie, zrzędzi z cicha i chrząka.
185
Muchy obsiadają nieruchomą gęstym rojem. Ale z nagła ta cała kupa
186
brudnych gałganów, szmat i strzępów zaczyna poruszać się, jakby ożywiona
187
chrobotem lęgnących się w niej szczurów. Muchy budzą się spłoszone i
188
podnoszą wielkim, huczącym rojem, pełnym wściekłego bzykania, błysków i
189
migotań. I podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają po
190
śmietnisku jak spłoszone szczury, wygrzebuje się z nich, odwija zwolna
191
jądro, wyłuszcza się rdzeń śmietniska: na wpół naga i ciemna kretynka
192
dźwiga się powoli i staje, podobna do bożka pogańskiego, na krótkich
193
dziecinnych nóżkach, a z napęczniałej napływem złości szyi, z
194
poczerwieniałej, ciemniejącej od gniewu twarzy, na której jak malowidła
195
barbarzyńskie wykwitają arabeski nabrzmiałych żył, wyrywa się wrzask
196
zwierzęcy, wrzask chrapliwy, dobyty ze wszystkich bronchij i piszczałek
197
tej półzwierzęcej-półboskiej piersi. Bodiaki, spalone słońcem, krzyczą,
198
łopuchy puchną i pysznią się bezwstydnym mięsem, chwasty ślinią się
199
błyszczącym jadem, a kretynka, ochrypła od krzyku, w konwulsji dzikiej
200
uderza mięsistym łonem z wściekłą zapalczywością w pień bzu dzikiego,
201
który skrzypi cicho pod natarczywością tej rozpustnej chuci, zaklinany
202
całym tym nędzarskim chórem do wynaturzonej, pogańskiej płodności. Matka
203
Tłui wynajmuje się gospodyniom do szorowania podłóg. Jest to mała, żółta
204
jak szafran kobieta i szafranem zaprawia też podłogi, jodłowe stoły,
205
ławy i szlabany, które w izbach ubogich ludzi zmywa. Raz zaprowadziła
206
mnie Adela do domu tej starej Maryśki. Była wczesna poranna godzina,
207
weszliśmy do małej izby niebiesko bielonej, z ubitą polepą glinianą na
208
podłodze, na której leżało wczesne słońce, jaskrawożółte w tej ciszy
209
porannej, odmierzanej przeraźliwym szczękiem chłopskiego zegara na
210
ścianie. W skrzyni na słomie leżała głupia Maryśka, blada jak opłatek i
211
cicha jak rękawiczka, z której wysunęła się dłoń. I jakby korzystając z
212
jej snu, gadała cisza, żółta, jaskrawa, zła cisza, monologowała, kłóciła
213
się, wygadywała głośno i ordynarnie swój maniacki monolog. Czas Maryśki
214
- czas więziony w jej duszy, wystąpił z niej straszliwie rzeczywisty i
215
szedł samopas przez izbę, hałaśliwy, huczący, piekielny, rosnący w
216
jaskrawym milczeniu poranka z głośnego młyna-zegara, jak zła mąka, sypka
217
mąka, głupia mąka wariatów.
218
 
219
3 W jednym z tych domków, otoczonym sztachetami brązowej barwy, tonącym
220
w bujnej zieleni ogródka, mieszkała ciotka Agata. Wchodząc do niej,
221
mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane kule, tkwiące na tyczkach, różowe,
222
zielone i fioletowe, w których zaklęte były całe świetlane i jasne
223
światy, jak te idealne i szczęśliwe obrazy zamknięte w niedościgłej
224
doskonałości baniek mydlanych. W półciemnej sieni ze starymi
225
oleodrukami, pożartymi przez pleśń i oślepłymi od starości,
226
odnajdowaliśmy znany nam zapach. W tej zaufanej starej woni mieściło się
227
w dziwnie prostej syntezie życie tych ludzi, alembik rasy, gatunek krwi
228
i sekret ich losu, zawarty niedostrzegalnie w codziennym mijaniu ich
229
własnego, odrębnego czasu. Stare, mądre drzwi, których ciemne
230
westchnienia wpuszczały i wypuszczały tych ludzi, milczący świadkowie
231
wchodzenia i wychodzenia matki, córek i synów - otworzyły się bezgłośnie
232
jak odrzwia szafy i weszliśmy w ich życie. Siedzieli jakby w cieniu
233
swego losu i nie bronili się - w pierwszych niezręcznych gestach
234
wydalinam swoją tajemnicę. Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni z
235
nimi? Pokój był ciemny i aksamitny od granatowych obić ze złotym
236
deseniem, lecz echo dnia płomiennego drgało i tutaj jeszcze mosiądzem na
237
ramach obrazów, na klamkach i listwach złotych, choć przepuszczone przez
238
gęstą zieleń ogrodu. Spod ściany podniosła się ciotka Agata, wielka i
239
bujna, o mięsie okrągłym i białym, centkowanym rudą rdzą piegów.
240
Przysiedliśmy się do nich, jakby na brzeg ich losu, zawstydzeni trochę
241
tą bezbronnością, z jaką wydali się nam bez zastrzeżeń, i piliśmy wodę z
242
sokiem różanym, napój przedziwny, w którym znalazłem jakby najgłębszą
243
esencję tej upalnej soboty. Ciotka narzekała. Był to zasadniczy ton jej
244
rozmów, głos tego mięsa białego i płodnego, bujającego już jakby poza
245
granicami osoby, zaledwie luźnie utrzymywanej w skupieniu, w więzach
246
formy indywidualnej, i nawet w tym skupieniu już zwielokrotnionej,
247
gotowej rozpaść się, rozgałęzić, rozsypać w rodzinę. Była to płodność
248
niemal samoródcza, kobiecość pozbawiona hamulców i chorobliwie wybujała.
249
Zdawało się, że sam aromat męskości, zapach dymu tytoniowego, dowcip
250
kawalerski mógł dać impuls tej zaognionej kobiecości do rozpustnego
251
dzieworództwa. I właściwie wszystkie jej skargi na męża, na służbę, jej
252
troski o dzieci były tylko kapryszeniem i dąsaniem się nie zaspokojonej
253
płodności, dalszym ciągiem tej opryskliwej, gniewnej i płaczliwej
254
kokieterii, którą nadaremnie doświadczała męża. Wuj Marek, mały,
255
zgarbiony, o twarzy wyjałowionej z płci, siedział w swym szarym
256
bankructwie, pogodzony z losem, w cieniu bezgranicznej pogardy, w którym
257
zdawał się wypoczywać. W jego szarych oczach tlił się daleki żar ogrodu,
258
rozpięty w oknie. Czasem próbował słabym ruchem robić jakieś
259
zastrzeżenia, stawiać opór, ale fala samowystarczalnej kobiecości
260
odrzucała na bok ten gest bez znaczenia, przechodziła triumfalnie mimo
261
niego, zalewała szerokim swym strumieniem słabe podrygi męskości. Było
262
coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej, była
263
nędza kreatury walczącej na granicy nicości i śmierci, był jakiś heroizm
264
kobiecości triumfującej urodzajnością nawet nad kalectwem natury, nad
265
insuficjencją mężczyzny. Ale potomstwo ukazywało rację tej paniki
266
macierzyńskiej, tego szału rodzenia, który wyczerpywał się w płodach
267
nieudanych, w efemerycznej generacji fantomów bez krwi i twarzy. Weszła
268
Łucja, średnia, z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą na dziecięcym i
269
pulchnym ciele o mięsie białym i delikatnym. Podała mi rączkę lalkowatą,
270
jakby dopiero pączkującą, i zakwitła od razu całą twarzą, jak piwonia
271
przelewająca się pełnią różową. Nieszczęśliwa z powodu swych rumieńców,
272
które bezwstydnie mówiły o sekretach menstruacji, przymykała oczy i
273
płoniła się jeszcze bardziej pod dotknięciem najobojętniejszego pytania,
274
gdyż każde zawierało tajną aluzję do jej nadwrażliwego panieństwa. Emil,
275
najstarszy z kuzynów, z jasnoblond wąsem, z twarzą, z której życie zmyło
276
jakby wszelki wyraz, spacerował tam i z powrotem po pokoju, z rękami w
277
kieszeniach fałdzistych spodni. Jego strój elegancki i drogocenny nosił
278
piętno egzotycznych krajów, z których powrócił. Jego twarz, zwiędła i
279
zmętniała, zdawała się z dnia na dzień zapominać o sobie, stawać się
280
białą pustą ścianą z bladą siecią żyłek, w których jak linie na zatartej
281
mapie plątały się gasnące wspomnienia tego burzliwego i zmarnowanego
282
życia. Był mistrzem sztuk karcianych, palił długie, szlachetne fajki i
283
pachniał dziwnie zapachem dalekich krajów. Z wzrokiem wędrującym po
284
dawnych wspomnieniach opowiadał dziwne anegdoty, które w pewnym punkcie
285
urywały się nagle, rozprzęgały i rozwiewały w nicość. Wodziłem za nim
286
tęsknym wzrokiem, pragnąc, by zwrócił na mnie uwagę i wybawił mnie z
287
udręki nudów. I w samej rzeczy zdawało mi się, że mrugnął na mnie
288
oczyma, wychodząc do drugiego pokoju. Podążyłem za nim. Siedział nisko
289
na małej kozetce, z kolanami krzyżującymi się niemal na wysokości głowy,
290
łysej jak kula bilardowa. Zdawało się, że to ubranie samo leży,
291
fałdziste, zmięte, przerzucone przez fotel. Twarz jego była jak
292
tchnienie twarzy - smuga, którą nieznany przechodzień zostawił w
293
powietrzu. Trzymał w bladych, emaliowanych błękitnie dłoniach portfel, w
294
którym coś oglądał. Z mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo
295
bladego oka, wabiąc mnie figlarnym mruganiem. Czułem doń nieprzepartą
296
sympatię. Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi
297
dłońmi fotografie, pokazywał wizerunki nagich kobiet i chłopców w
298
dziwnych pozycjach. Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te
299
delikatne ciała ludzkie dalekimi, niewidzącymi oczyma, gdy fluid
300
niejasnego wzburzenia, którym nagle zmętniało powietrze, doszedł do mnie
301
i zbiegł mię dreszczem niepokoju, falą nagłego zrozumienia. Ale
302
tymczasem ta mgiełka uśmiechu, która się zarysowała pod miękkim i
303
pięknym jego wąsem, zawiązek pożądania, który napiął się na jego
304
skroniach pulsującą żyłą, natężenie trzymające przez chwilę jego rysy w
305
skupieniu - upadły z powrotem w nicość i twarz odeszła w nieobecność,
306
zapomniała o sobie, rozwiała się,
307
 
308
NAWIEDZENIE 1 Już wówczas miasto nasze popadało coraz bardziej w
309
chroniczną szarość zmierzchu, porastało na krawędziach liszajem cienia,
310
puszystą pleśnią i mchem koloru żelaza. Ledwo rozpowity z brunatnych
311
dymów i mgieł poranka - przechylał się dzień od razu w niskie
312
bursztynowe popołudnie, stawał się przez chwilę przezroczysty i złoty
313
jak ciemne piwo, ażeby potem zejść pod wielokrotnie rozczłonkowane,
314
fantastyczne sklepienia kolorowych i rozległych nocy. Mieszkaliśmy w
315
rynku, w jednym z tych ciemnych domów o pustych i ślepych fasadach,
316
które tak trudno od siebie odróżnić. Daje to powód do ciągłych omyłek.
317
Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe schody, dostawało
318
się zazwyczaj w prawdziwy labirynt obcych mieszkań, ganków,
319
niespodzianych wyjść na obce podwórza i zapominało się o początkowym
320
celu wyprawy, ażeby po wielu dniach, wracając z manowców dziwnych i
321
splątanych przygód, o jakimś szarym świcie przypomnieć sobie wśród
322
wyrzutów sumienia dom rodzinny. Pełne wielkich szaf, głębokich kanap,
323
bladych luster i tandetnych palm sztucznych mieszkanie nasze coraz
324
bardziej popadało w stan zaniedbania wskutek opieszałości matki,
325
przesiadującej w sklepie, i niedbalstwa smukłonogiej Adeli, która nie
326
nadzorowana przez nikogo, spędzała dnie przed lustrami na rozwlekłej
327
toalecie, zostawiając wszędzie ślady w postaci wyczesanych włosów,
328
grzebieni, porzuconych pantofelków i gorsetów. Mieszkanie to nie
329
posiadało określonej liczby pokojów, gdyż nie pamiętano, ile z nich
330
wynajęte było obcym lokatorom. Nieraz otwierano przypadkiem którąś z
331
tych izb zapomnianych i znajdowano ją pustą; lokator dawno się
332
wyprowadził, a w nietkniętych od miesięcy szufladach dokonywano
333
niespodzianych odkryć. W dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w
334
nocy budziły nas ich jęki, wydawane pod wpływem zmory sennej. W zimie
335
była jeszcze na dworze głucha noc, gdy ojciec schodził do tych zimnych i
336
ciemnych pokojów, płosząc przed sobą świecą stada cieni, ulatujących
337
bokami po podłodze i ścianach; szedł budzić ciężko chrapiących z
338
twardego jak kamień snu. W świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali
339
się leniwie z brudnej pościeli, wystawiali, siadając na łóżkach, bose i
340
brzydkie nogi i z skarpetką w ręce oddawali się jeszcze przez chwilę
341
rozkoszy ziewania - ziewania przeciągniętego aż do lubieżności, do
342
bolesnego skurczu podniebienia, jak przy tęgich wymiotach. W kątach
343
siedziały nieruchomo wielkie karakony, wyogromnione własnym cieniem,
344
którym obarczała każdego płonąca świeca i który nie odłączał się od nich
345
i wówczas, gdy któryś z tych płaskich, bezgłowych kadłubów z nagła
346
zaczynał biec niesamowitym, pajęczym biegiem. W tym czasie ojciec mój
347
zaczął zapadać na zdrowiu. Bywało już w pierwszych tygodniach tej
348
wczesnej zimy, że spędzał dnie całe w łóżku, otoczony flaszkami,
349
pigułkami i księgami handlowymi, które mu przynoszono z kontuaru. Gorzki
350
zapach choroby osiadał na dnie pokoju, którego tapety gęstwiały
351
ciemniejszym splotem arabesek. Wieczorami, gdy matka przychodziła ze
352
sklepu, bywał podniecony i skłonny do sprzeczek, zarzucał jej
353
niedokładności w prowadzeniu rachunków, dostawał wypieków i zapalał się
354
do niepoczytalności. Pamiętam, iż raz, obudziwszy się ze snu późno w
355
nocy, ujrzałem go, jak w koszuli i boso biegał tam i z powrotem po
356
skórzanej kanapie, dokumentując w ten sposób swą irytację przed bezradną
357
matką. W inne dni bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w
358
swych księgach, zabłąkany głęboko w labiryntach zawiłych obliczeń. Widzę
359
go w świetle kopcącej lampy, przykucniętego wśród poduszek, pod wielkim
360
rzeźbionym nadgłowiem łóżka, z ogromnym cieniem od głowy na ścianie,
361
kiwającego się w bezgłośnej medytacji. Chwilami wynurzał głowę z tych
362
rachunków, jakby dla zaczerpnięcia tchu, otwierał usta, mlaskał z
363
niesmakiem językiem, który był suchy i gorzki, i rozglądał się
364
bezradnie, jakby czegoś szukając. Wówczas bywało, że zbiegał po cichu z
365
łóżka w kąt pokoju, pod ścianę, na której wisiał zaufany instrument. Był
366
to rodzaj klepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej, podzielonej na
367
uncje i napełnionej ciemnym fluidem. Mój ojciec łączył się z tym
368
instrumentem długą kiszką gumową, jakby krętą, bolesną pępowiną, i tak
369
połączony z żałosnym przyrządem - nieruchomiał w skupieniu, a oczy jego
370
ciemniały, zaś na twarz przybladłą występował wyraz cierpienia czy
371
jakiejś występnej rozkoszy. Potem znów przychodziły dni cichej skupionej
372
pracy, przeplatanej samotnymi monologami. Gdy tak siedział w świetle
373
lampy stołowej, wśród poduszek wielkiego łoża, a pokój ogromniał górą w
374
cieniu umbry, który go łączył z wielkim żywiołem nocy miejskiej za oknem
375
- czuł, nie patrząc, że przestrzeń obrasta go pulsującą gęstwiną tapet,
376
pełną szeptów, syków i seplenień. Słyszał, nie patrząc, tę zmowę pełną
377
porozumiewawczych mrugnięć perskich oczu, rozwijających się wśród
378
kwiatów małżowin usznych, które słuchały, i ciemnych ust, które się
379
uśmiechały. Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę,
380
liczył i sumował, bojąc się zdradzić ten gniew, który w nim wzbierał, i
381
walcząc z pokusą, żeby z nagłym krzykiem nie rzucić się na oślep za
382
siebie i nie pochwycić pełnych garści tych kędzierzawych arabesek, tych
383
pęków oczu i uszu, które noc wyroiła ze siebie i które rosły i
384
zwielokrotniały się, wymajaczając coraz nowe pędy i odnogi z
385
macierzystego pępka ciemności. I uspokajał się dopiero, gdy z odpływem
386
nocy tapety więdły, zwijały się, gubiły liście i kwiaty i przerzedzały
387
się jesiennie, przepuszczając dalekie świtanie. Wtedy wśród świergotu
388
tapetowych ptaków, w żółtym zimowym świcie zasypiał na parę godzin
389
gęstym, czarnym snem. Od dni, od tygodni, gdy zdawał się być pogrążonym
390
w zawiłych konto-korrentach - myśl jego zapuszczała się tajnie w
391
labirynty własnych wnętrzności. Wstrzymywał oddech i nasłuchiwał. I gdy
392
wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin, uspokajał go
393
uśmiechem. Nie wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia, te
394
propozycje, które nań napierały. Za dnia były to jakby rozumowania i
395
perswazje, długie, monotonne rozważania prowadzone półgłosem i pełne
396
humorystycznych interiudiów, filuternych przekomarzań. Ale nocą
397
podnosiły się te głosy namiętniej. Żądanie wracało coraz wyraźniej i
398
doniosłej i słyszeliśmy, jak rozmawiał z Bogiem, prosząc się jak gdyby i
399
wzbraniając przed czymś, co natarczywie żądało i domagało się. Aż pewnej
400
nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie, żądając, aby mu dał
401
świadectwo usty i wnętrznościami swymi. I usłyszeliśmy, jak duch weń
402
wstąpił, jak podnosi się z łóżka, długi i rosnący gniewem proroczym,
403
dławiąc się hałaśliwymi słowy, które wyrzucał jak mitralieza.
404
Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca, jęk tytana ze złamanym biodrem,
405
który jeszcze urąga. Nie widziałem nigdy proroków Starego Testamentu,
406
ale na widok tego męża, którego gniew boży obalił, rozkraczonego szeroko
407
na ogromnym porcelanowym urynale, zakrytego wichrem ramion, chmurą
408
rozpaczliwych łamańców, nad którymi wyżej jeszcze unosił się głos jego,
409
obcy i twardy - zrozumiałem gniew boży świętych mężów. Był to dialog
410
groźny jak mowa piorunów. Łamańce rak jego rozrywały niebo na sztuki, a
411
w szczelinach ukazywała się twarz Jehowy, wzdęta gniewem i plująca
412
przekleństwa. Nie patrząc widziałem go, groźnego Demiurga, jak leżąc na
413
ciemnościach jak na Synaju, wsparłszy potężne dłonie na karniszu
414
firanek, przykładał ogromną twarz do górnych szyb okna, na których
415
płaszczył się potwornie mięsisty nos jego. Słyszałem jego głos w
416
przerwach proroczej tyrady mego ojca, słyszałem te potężne warknięcia
417
wzdętych warg, od których szyby brzęczały, mieszające się z wybuchami
418
zaklęć, lamentów, gróźb mego ojca. Czasami głosy przycichały i zżymały
419
się z cicha jak gaworzenie wiatru w nocnym kominie, to znowu wybuchały
420
wielkim zgiełkliwym hałasem, burzą zmieszanych szlochów i przekleństw. Z
421
nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności wionęła
422
przez pokój. W świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej
423
bieliźnie, jak ze straszliwym przekleństwem wylewał potężnym chlustem w
424
okno zawartość nocnika w noc szumiącą jak muszla. 2 Mój ojciec powoli
425
zanikał, wiądł w oczach. Przykucnięty pod wielkimi poduszkami, dziko
426
nastroszony kępami siwych włosów, rozmawiał z sobą półgłosem, pogrążony
427
cały w jakieś zawiłe wewnętrzne afery. Zdawać się mogło, że osobowość
428
jego rozpadła się na wiele pokłóconych i rozbieżnych jaźni, gdyż kłócił
429
się ze sobą głośno, pertraktował usilnie i namiętnie, przekonywał i
430
prosił, to znowu zdawał się przewodniczyć zgromadzeniu wielu
431
interesantów, których usiłował z całym nakładem żarliwości i swady
432
pogodzić. Ale za każdym razem te hałaśliwe zebrania, pełne gorących
433
temperamentów, rozpryskiwały się przy końcu, wśród klątw, złorzeczeń i
434
obelg. Potem przyszedł okres jakiegoś uciszenia, ukojenia wewnętrznego,
435
błogiej pogody ducha. Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku, na
436
stole, na podłodze i jakiś benedyktyński spokój pracy zalegał w świetle
437
lampy nad białą pościelą łóżka, nad pochyloną siwą głową mego ojca. Ale
438
gdy matka późnym wieczorem wracała ze sklepu, ojciec ożywiał się,
439
przywoływał ją do siebie i z dumą pokazywał jej świetne, kolorowe
440
odbijanki, którymi skrzętnie wylepił stronice księgi głównej.
441
Zauważyliśmy wówczas wszyscy, że ojciec zaczął z dnia na dzień maleć jak
442
orzech, który zsycha się wewnątrz łupiny. Zanikowi temu nie towarzyszył
443
bynajmniej upadek sił. Przeciwnie, stan jego zdrowia, humor, ruchliwość
444
zdawały się poprawiać. Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie,
445
zanosił się wprost od śmiechu, albo też pukał w łóżko i odpowiadał sobie
446
„proszę” w różnych tonacjach, całymi godzinami. Od czasu do czasu złaził
447
z łóżka, wspinał się na szafę i przykucnięty pod sufitem porządkował coś
448
w starych gratach, pełnych rdzy i kurzu. Niekiedy ustawiał sobie dwa
449
krzesła naprzeciw siebie i wspierając się rękami o poręcze, bujał się
450
nogami wstecz i naprzód, szukając rozpromienionymi oczyma w naszych
451
twarzach wyrazów podziwu i zachęty. Z Bogiem, zdaje się, pogodził się
452
zupełnie. Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie
453
sypialni, oblana ciemną purpurą bengalskiego światła, i patrzyła przez
454
chwilę dobrotliwie na uśpionego głęboko, którego śpiewne chrapanie
455
zdawało się wędrować daleko po nieznanych obszarach światów sennych.
456
Podczas długich, półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec mój
457
zapadał od czasu do czasu na całe godziny w gęsto zastawione gratami
458
zakamarki, szukając czegoś zawzięcie. I nieraz bywało podczas obiadu,
459
gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu, brakło ojca. Wówczas matka musiała
460
długo wołać „Jakubie!” i stukać łyżką w stół, zanim wylazł z jakiejś
461
szafy, oblepiony szmatami pajęczyny i kurzu, z wzrokiem nieprzytomnym i
462
pogrążonym w zawiłych, a jemu tylko wiadomych sprawach, które go
463
zaprzątały. Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę
464
symetrycznie do wielkiego wypchanego sępa, który po drugiej stronie okna
465
zawieszony był na ścianie. W tej nieruchomej, przykucniętej pozie, z
466
wzrokiem zamglonym i z miną chytrze uśmiechniętą trwał godzinami, ażeby
467
z nagła przy czyimś wejściu zatrzepotać rękoma jak skrzydłami i zapiać
468
jak kogut. Przestaliśmy zwracać uwagę na te dziwactwa, w które się z
469
dnia na dzień głębiej wplątywał. Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych
470
potrzeb, nie przyjmując tygodniami pokarmu, pogrążał się z dniem każdym
471
głębiej w zawiłe i dziwaczne afery, dla których nie mieliśmy
472
zrozumienia. Niedosięgły dla naszych perswazji i próśb, odpowiadał
473
urywkami swego wewnętrznego monologu, którego przebiegu nic z zewnątrz
474
zmącić nie mogło. Wiecznie zaaferowany, chorobliwie ożywiony, z
475
wypiekami na suchych policzkach nie zauważał nas i przeoczał.
476
Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności, do jego cichego
477
gaworzenia, do tego dziecinnego, w sobie zatopionego świegotu, którego
478
trele przebiegały niejako na marginesie naszego czasu. Wtedy już znikał
479
niekiedy na wiele dni, podziewał się gdzieś w zapadłych zakamarkach
480
mieszkania i nie można go było znaleźć. Stopniowo te zniknięcia
481
przestały sprawiać na nas wrażenie, przywykliśmy do nich i kiedy po
482
wielu dniach znów się pojawiał, o parę cali mniejszy i chudszy, nie
483
zatrzymywało to na dłużej naszej uwagi. Przestaliśmy po prostu brać go w
484
rachubę, tak bardzo oddalił się od wszystkiego, co ludzkie i co
485
rzeczywiste. Węzeł po węźle odluźniał się od nas, punkt po punkcie gubił
486
związki łączące go ze wspólnotą ludzką. To, co jeszcze z niego
487
pozostało, to trochę cielesnej powłoki i ta garść bezsensownych dziwactw
488
- mogły zniknąć pewnego dnia, tak samo nie zauważone jak szara kupka
489
śmieci, gromadząca się w kącie, którą Adela co dzień wynosiła na
490
śmietnik.
491
 
492
PTAKI Nadeszły żółte, pełne nudy dni zimowe. Zrudziałą ziemię pokrywał
493
dziurawy, przetarty, za krótki obrus śniegu. Na wiele dachów nie
494
starczyło go i stały czarne lub rdzawe, gontowe strzechy i arki kryjące
495
w sobie zakopcone przestrzenie strychów - czarne, zwęglone katedry,
496
najeżone żebrami krokwi, płatwi i bantów - ciemne płuca wichrów
497
zimowych. Każdy świt odkrywał nowe kominy i dymniki, wyrosłe w nocy,
498
wydęte przez wicher nocny, czarne piszczałki organów diabelskich.
499
Kominiarze nie mogli opędzić się od wron, które na kształt żywych
500
czarnych liści obsiadały wieczorem gałęzie drzew pod kościołem, odrywały
501
się znów, trzepocąc, by wreszcie przylgnąć, każda do właściwego miejsca
502
na właściwej gałęzi, a o świcie ulatywały wielkimi stadami - tumany
503
sadzy, płatki kopciu, falujące i fantastyczne, plamiąc migotliwym
504
krakaniem mętnożółte smugi świtu. Dni stwardniały od zimna i nudy, jak
505
zeszłoroczne bochenki chleba. Napoczynano je tępymi nożami, bez apetytu,
506
z leniwą sennością. Ojciec nie wychodził już z domu. Palił w piecach,
507
studiował nigdy niezgłębioną istotę ognia, wyczuwał słony, metaliczny
508
posmak i wędzony zapach zimowych płomieni, chłodną pieszczotę
509
salamander, liżących błyszczącą sadzę w gardzieli komina. Z zamiłowaniem
510
wykonywał w owych dniach wszystkie reparatury w górnych regionach
511
pokoju. O każdej porze dnia można go było widzieć, jak - przykucnięty na
512
szczycie drabiny - majstrował coś przy suficie, przy kamiszach wysokich
513
okien, przy kulach i łańcuchach lamp wiszących. Zwyczajem malarzy
514
posługiwał się drabiną jak ogromnymi szczudłami i czuł się dobrze w tej
515
ptasiej perspektywie, w pobliżu malowanego nieba, arabesek i ptaków
516
sufitu. Od spraw praktycznego życia oddalał się coraz bardziej. Gdy
517
matka, pełna troski i zmartwienia z powodu jego stanu, starała się go
518
wciągnąć w rozmowę o interesach, o płatnościach najbliższego „ultimo”,
519
słuchał jej z roztargnieniem, pełen niepokoju, z drgawkami w nieobecnej
520
twarzy. I bywało, że przerywał jej nagle zaklinającym gestem ręki, ażeby
521
pobiec w kąt pokoju, przylgnąć uchem do szpary w podłodze i z
522
podniesionymi palcami wskazującymi obu rąk, wyrażającymi najwyższą
523
ważność badania - nasłuchiwać. Nie rozumieliśmy wówczas jeszcze smutnego
524
tła tych ekstrawagancji, opłakanego kompleksu, który dojrzewał w głębi.
525
Matka nie miała nań żadnego wpływu, natomiast wielką czcią i uwagą
526
darzył Adelę. Sprzątanie pokoju było dlań wielką i ważną ceremonią,
527
której nie zaniedbywał nigdy być świadkiem, śledząc z mieszaniną strachu
528
i rozkosznego dreszczu wszystkie manipulacje Adeli. Wszystkim jej
529
czynnościom przypisywał głębsze, symboliczne znaczenie. Gdy dziewczyna
530
młodymi i śmiałymi ruchami posuwała szczotkę na długim drążku po
531
podłodze, było to niemal ponad jego siły. Z oczu jego lały się wówczas
532
łzy, twarz zanosiła się od cichego śmiechu, a ciałem wstrząsał rozkoszny
533
spazm orgazmu. Jego wrażliwość na łaskotki dochodziła do szaleństwa.
534
Wystarczyło, by Adela skierowała doń palec ruchem oznaczającym
535
łaskotanie, a już w dzikim popłochu uciekał przez wszystkie pokoje,
536
zatrzaskując za sobą drzwi, by wreszcie w ostatnim paść brzuchem na
537
łóżko i wić się w konwulsjach śmiechu pod wpływem samego obrazu
538
wewnętrznego, któremu nie mógł się oprzeć. Dzięki temu miała Adela nad
539
ojcem władzę niemal nieograniczoną. W tym to czasie zauważyliśmy u ojca
540
po raz pierwszy namiętne zainteresowanie dla zwierząt. Była to
541
początkowo namiętność myśliwego i artysty zarazem, była może także
542
głębsza, zoologiczna sympatia kreatury dla pokrewnych, a tak odmiennych
543
form życia, eksperymentowanie w nie wypróbowanych rejestrach bytu.
544
Dopiero w późniejszej fazie wzięła sprawa ten niesamowity, zaplątany,
545
głęboko grzeszny i przeciwny naturze obrót, którego lepiej nie wywlekać
546
na światło dzienne. Zaczęło się to od wylęgania jaj ptasich. Z wielkim
547
nakładem trudu i pieniędzy sprowadzał ojciec z Hamburga, z Holandii, z
548
afrykańskich stacji zoologicznych zapłodnione jaja ptasie, które dawał
549
do wylęgania ogromnym kurom belgijskim. Był to proceder nader zajmujący
550
i dla mnie - to wykluwanie się piskląt, prawdziwych dziwotworów w
551
kształcie i ubarwieniu. Nie podobna było dopatrzyć się w tych monstrach
552
o ogromnych, fantastycznych dziobach, które natychmiast po urodzeniu
553
rozdzierały się szeroko, sycząc żarłocznie czeluściami gardła, w tych
554
jaszczurach o wątłym, nagim ciele garbusów - przyszłych pawi, bażantów,
555
głuszców i kondorów. Umieszczony w koszykach, w wacie, smoczy ten pomiot
556
podnosił na cienkich szyjach ślepe, bielmem zarosle głowy, kwacząc
557
bezgłośnie z niemych gardzieli. Mój ojciec chodził wzdłuż półek w
558
zielonym fartuchu, jak ogrodnik wzdłuż inspektów z kaktusami, i wywabiał
559
z nicości te pęcherze ślepe, pulsujące życiem, te niedołężne brzuchy,
560
przyjmujące świat zewnętrzny tylko w formie jedzenia, te narośle życia,
561
pnące się omackiem ku światłu. W parę tygodni później, gdy te ślepe
562
pączki życia pękły do światła, napełniły się pokoje kolorowym pogwarem,
563
migotliwym świergotem swych nowych mieszkańców. Obsiadały one karnisze
564
firanek, gzymsy szaf, gnieździły się w gęstwinie cynowych gałęzi i
565
arabesek wieloramiennych lamp wiszących. Gdy ojciec studiował wielkie
566
ornitologiczne kompendia i wertował kolorowe tablice, zdawały się
567
ulatywać z nich te pierzaste fantazmaty i napełniać pokój kolorowym
568
trzepotem, płatami purpury, strzępami szafiru, grynszpanu i srebra.
569
Podczas karmienia tworzyły one na podłodze barwną, falującą grządkę,
570
dywan żywy, który za czyimś niebacznym wejściem rozpadał się, rozlatywał
571
w ruchome kwiaty, trzepocące w powietrzu, aby w końcu rozmieścić się w
572
górnych regionach pokoju. W pamięci pozostał mi szczególnie jeden
573
kondor, ogromny ptak o szyi nagiej, twarzy pomarszczonej i wybujałej
574
naroślami. Był to chudy asceta, lama buddyjski, pełen niewzruszonej
575
godności w całym zachowaniu, kierujący się żelaznym ceremoniałem swego
576
wielkiego rodu. Gdy siedział naprzeciw ojca, nieruchomy w swej
577
monumentalnej pozycji odwiecznych bóstw egipskich, z okiem zawleczonym
578
białawym bielmem, które zasuwał z boku na źrenice, ażeby zamknąć się
579
zupełnie w kontemplacji swej dostojnej samotności - wydawał się ze swym
580
kamiennym profilem starszym bratem mego ojca. Ta sama materia ciała,
581
ścięgien i pomarszczonej twardej skóry, ta sama twarz wyschła i
582
koścista, te same zrogowaciałe, głębokie oczodoły. Nawet ręce, silne w
583
węzłach, długie, chude dłonie ojca, z wypukłymi paznokciami, miały swój
584
analogon w szponach kondora. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, widząc go
585
tak uśpionego, że mam przed sobą mumię - wyschłą i dlatego pomniejszoną
586
mumię mego ojca. Sądzę, że i uwagi matki nie uszło to przedziwne
587
podobieństwo, chociaż nigdy nie poruszaliśmy tego tematu.
588
Charakterystyczne jest, że kondor używał wspólnego z moim ojcem naczynia
589
nocnego. Nie poprzestając na wylęganiu coraz nowych egzemplarzy, ojciec
590
mój urządzał na strychu wesela ptasie, wysyłał swatów, uwiązywał w
591
lukach i dziurach strychu ponętne, stęsknione narzeczone i osiągnął w
592
samej rzeczy to, że dach naszego domu, ogromny, dwuspadowy dach gontowy,
593
stał się prawdziwą gospodą ptasią, arką Noego, do której zlatywały się
594
wszelkiego rodzaju skrzydlacze z dalekich stron. Nawet długo po
595
zlikwidowaniu ptasiego gospodarstwa utrzymywała się w świecie ptasim ta
596
tradycja naszego domu i w okresie wiosennych wędrówek spadały nieraz na
597
nasz dach całe chmary żurawi, pelikanów, pawi i wszelkiego ptactwa.
598
Impreza ta wzięła jednak niebawem - po krótkiej świetności - smutny
599
obrót. Wkrótce okazała się bowiem konieczna translokacja ojca do dwóch
600
pokojów na poddaszu, które służyły za rupieciarnie. Stamtąd dochodził
601
już o wczesnym świcie zmieszany klangor głosów ptasich. Drewniane pudła
602
pokojów na strychu, wspomagane rezonansem przestrzeni dachowej,
603
dźwięczały całe od szumu, trzepotu, piania, tokowania i gulgotu. Tak
604
straciliśmy ojca z widoku na przeciąg kilku tygodni. Rzadko tylko
605
schodził do mieszkania i wtedy mogliśmy zauważyć, że zmniejszył się
606
jakoby, schudł i skurczył. Niekiedy przez zapomnienie zrywał się z
607
krzesła przy stole i trzepiąc rękoma jak skrzydłami, wydawał pianie
608
przeciągłe, a oczy zachodziły mu mgłą bielma. Potem, zawstydzony, śmiał
609
się razem z nami i starał się ten incydent obrócić w żart. Pewnego razu
610
w okresie generalnych porządków zjawiła się niespodzianie Adela w
611
państwie ptasim ojca. Stanąwszy we drzwiach, załamała ręce nad fetorem,
612
który się unosił w powietrzu, oraz nad kupami kału, zalegającego
613
podłogi, stoły i meble. Szybko zdecydowana otworzyła okno, po czym przy
614
pomocy długiej szczotki wprawiła całą masę ptasią w wirowanie. Wzbił się
615
piekielny tuman piór, skrzydeł i krzyku, w którym Adela, podobna do
616
szalejącej Menady, zakrytej młyńcem swego tyrsu, tańczyła taniec
617
zniszczenia. Razem z ptasią gromadą ojciec mój, trzepiąc rękoma, w
618
przerażeniu próbował wznieść się w powietrze. Zwolna przerzedzał się
619
tuman skrzydlaty, aż w końcu na pobojowisku została sama Adela,
620
wyczerpana, dysząca, oraz mój ojciec z miną zafrasowaną i zawstydzoną,
621
gotów do przyjęcia każdej kapitulacji. W chwilę później schodził mój
622
ojciec ze schodów swojego dominium - człowiek złamany, król-banita,
623
który stracił tron i królowanie.
624
 
625
MANEKINY Ta ptasia impreza mego ojca była ostatnim wybuchem kolorowości,
626
ostatnim i świetnym kontrmarszem fantazji, który ten niepoprawny
627
improwizator, ten fechtmistrz wyobraźni poprowadził na szańce i okopy
628
jałowej i pustej zimy. Dziś dopiero rozumiem samotne bohaterstwo, z
629
jakim sam jeden wydał on wojnę bezbrzeżnemu żywiołowi nudy drętwiącej
630
miasto. Pozbawiony wszelkiego poparcia, bez uznania z naszej strony
631
bronił ten mąż przedziwny straconej sprawy poezji. Był on cudownym
632
młynem, w którego leje sypały się otręby pustych godzin, ażeby w jego
633
trybach zakwitnąć wszystkimi kolorami i zapachami korzeni Wschodu. Ale
634
przywykli do świetnego kuglarstwa tego metafizycznego prestidigitatora,
635
byliśmy skłonni zapoznawać wartość jego suwerennej magii, która nas
636
ratowała od letargu pustych dni i nocy. Adeli nie spotkał żaden wyrzut
637
za jej bezmyślny i tępy wandalizm. Przeciwnie, czuliśmy jakieś niskie
638
zadowolenie, haniebną satysfakcję z ukrócenia tych wybujałości, których
639
kosztowaliśmy łakomie do syta, ażeby potem uchylić się perfidnie od
640
odpowiedzialności za nie. A może był w tej zdradzie i tajny pokłon w
641
stronę zwycięskiej Adeli, której przypisywaliśmy niejasno jakąś misje i
642
posłannictwo sił wyższego rzędu. Zdradzony przez wszystkich, wycofał się
643
ojciec bez walki z miejsc swej niedawnej chwały. Bez skrzyżowania szpad
644
oddał w ręce wroga domenę swej byłej świetności. Dobrowolny banita
645
usunął się do pustego pokoju na końcu sieni i oszańcował się tam
646
samotnością. Zapomnieliśmy o nim. Obiegła nas znowu ze wszech stron
647
żałobna szarość miasta, zakwitając w oknach ciemnym liszajem świtów,
648
pasożytniczym grzybem zmierzchów, rozrastającym się w puszyste futro
649
długich nocy zimowych. Tapety pokojów, rozluźnione błogo za tamtych dni
650
i otwarte dla kolorowych lotów owej skrzydlatej czeredy, zamknęły się
651
znów w sobie, zgęstniały plącząc się w monotonii gorzkich monologów.
652
Lampy poczerniały i zwiędły jak stare osty i bodiaki. Wisiały teraz
653
osowiałe i zgryźliwe, dzwoniąc cicho kryształkami szkiełek, gdy ktoś
654
przeprawiał się omackiem przez zmierzch pokoju. Na próżno wetknęła Adela
655
we wszystkie ramiona tych lamp kolorowe świece, nieudolny surogat, blade
656
wspomnienie świetnych iluminacji, którymi kwitły niedawno wiszące ich
657
ogrody. Ach! gdzie było to świegotliwe pączkowanie, to owocowanie
658
pośpieszne i fantastyczne w bukietach tych lamp, z których jak z
659
pękających czarodziejskich tortów ulatywały skrzydlate fantazmaty,
660
rozbijające powietrze na talie kart magicznych, rozsypując je w kolorowe
661
oklaski, sypiące się gęstymi łuskami lazuru, pawiej, papuziej zieleni,
662
metalicznych połysków, rysując w powietrzu linie i arabeski, migotliwe
663
ślady lotów i kołowań, rozwijając kolorowe wachlarze trzepotów,
664
utrzymujące się długo po przelocie w bogatej i błyskotliwej atmosferze,
665
Jeszcze teraz kryły się w głębi zszarzałej aury echa i możliwości
666
barwnych rozbłysków, lecz nikt nie nawiercał fletem, nie doświadczał
667
świdrem zmętniałych słojów powietrznych. Tygodnie te stały pod znakiem
668
dziwnej senności. Łóżka cały dzień nie zaścielone, zawalone pościelą
669
zmiętą i wytarzaną od ciężkich snów, stały jak głębokie łodzie gotowe do
670
odpływu w mokre i zawiłe labirynty jakiejś czarnej, bezgwiezdnej
671
Wenecji. O głuchym świcie Adela przynosiła nam kawę. Ubieraliśmy się
672
leniwie w zimnych pokojach, przy świetle świecy odbitej wielokrotnie w
673
czar-nych szybach okien. Poranki te były pełne bezładnego krzątania się,
674
rozwlekłego szukania w różnych szufladach i szafach. Po całym mieszkaniu
675
słychać było kłapanie pantofelków Adeli. Subiekci zapalali latarnie,
676
brali z rąk matki wielkie klucze sklepowe i wychodzili w gęstą, wirującą
677
ciemność. Matka nie mogła dojść do ładu z toaletą. Świece dogasały w
678
lichtarzu. Adela przepadała gdzieś w odległych pokojach lub na strychu,
679
gdzie rozwieszała bieliznę. Nie można jej się było dowołać. Młody
680
jeszcze, mętny i brudny ogień w piecu lizał zimne, błyszczące narośle
681
sadzy w gardzieli komina. Świeca gasła, pokój pogrążał się w ciemności.
682
Z głowami na obrusie stołu, wśród resztek śniadania zasypialiśmy na wpół
683
ubrani. Leżąc twarzami na futrzanym brzuchu ciemności, odpływaliśmy na
684
jego falistym oddechu w bezgwiezdną nicość. Budziło nas głośne
685
sprzątanie Adeli. Matka nie mogła uporać się z toaletą. Nim skończyła
686
czesanie, subiekci wracali na obiad. Mrok na rynku przybierał kolor
687
złotawego dymu. Przez chwilę z tych dymnych miodów, z tych mętnych
688
bursztynów mogły się rozpowić kolory najpiękniejszego popołudnia. Ale
689
szczęśliwy moment mijał, amalgamat świtu przekwitał, wezbrany ferment
690
dnia, już niemal dościgły, opadał z powrotem w bezsilną szarość.
691
Zasiadaliśmy do stołu, subiekci zacierali czerwone z zimna ręce i nagle
692
proza ich rozmów sprowadzała od razu pełny dzień, szary i pusty wtorek,
693
dzień bez tradycji i bez twarzy. Ale gdy pojawiał się na stole półmisek
694
z rybą w szklistej galarecie, dwie duże ryby leżące bok przy boku, głową
695
do ogona jak figura zodiakalna, odpoznawaliśmy w nich herb owego dnia,
696
emblemat kalendarzowy bezimiennego wtorku, i rozbieraliśmy go
697
pospiesznie między siebie, pełni ulgi, że dzień odzyskał w nim swą
698
fizjonomię. Subiekci spożywali go z namaszczeniem, z powagą
699
kalendarzowej ceremonii. Zapach pieprzu rozchodził się po pokoju. A gdy
700
wytarli bułką ostatek galarety ze swych talerzy, rozważając w myśli
701
heraldykę następnych dni tygodnia, i na półmisku zostawały tylko głowy z
702
wygotowanymi oczyma - czuliśmy wszyscy, że dzień został wspólnymi siłami
703
pokonany i że reszta nie wchodziła już w rachubę. W samej rzeczy z
704
resztą tą, wydaną na jej łaskę, Adela nie robiła sobie długich
705
ceregieli. Wśród brzęku garnków i chlustów zimnej wody likwidowała z
706
energią tych parę godzin do zmierzchu, które matka przesypiała na
707
otomanie. Tymczasem w jadalni przygotowywano już scenerię wieczoru.
708
Polda i Paulina, dziewczęta do szycia, rozgospodarowywały się w niej z
709
rekwizytami swego fachu. Na ich ramionach wniesiona wchodziła do pokoju
710
milcząca, nieruchoma pani, dama z kłaków i płótna, z czarną drewnianą
711
gałką zamiast głowy. Ale ustawiona w kącie, między drzwiami a piecem, ta
712
cicha dama stawała się panią sytuacji. Ze swego kąta, stojąc nieruchomo,
713
nadzorowała w milczeniu pracę dziewcząt. Pełna krytycyzmu i niełaski
714
przyjmowała ich starania i umizgi, z jakimi przyklękały przed nią,
715
przymierzając fragmenty sukni, znaczone białą fastrygą. Obsługiwały z
716
uwagą i cierpliwością milczący idol, którego nic zadowolić nie mogło.
717
Ten moloch był nieubłagany, jak tylko kobiece molochy być potrafią, i
718
odsyłał je wciąż na nowo do pracy, a one, wrzecionowate i smukłe,
719
podobne do szpuli drewnianych, z których odwijały się nici, i tak
720
ruchliwe jak one, manipulowały zgrabnymi ruchami nad tą kupą jedwabiu i
721
sukna, wcinały się szczękającymi nożycami w jej kolorową masę, furkotały
722
maszyną, depcąc pedał lakierkową, tanią nóżką, a dookoła nich rosła kupa
723
odpadków, różnokolorowych strzępów i szmatek, jak wyplute łuski i plewy
724
dookoła dwóch wybrednych i marnotrawnych papug. Krzywe szczęki nożyc
725
otwierały się ze skrzypieniem, jak dzioby tych kolorowych ptaków.
726
Dziewczęta deptały nieuważnie po barwnych obrzynkach, brodząc
727
nieświadomie niby w śmietniku możliwego jakiegoś karnawału, w rupieciami
728
jakiejś wielkiej nieurzeczywistnionej maskarady. Otrzepywały się ze
729
szmatek z nerwowym śmiechem, łaskotały oczyma zwierciadła. Ich dusze,
730
szybkie czarodziejstwo ich rąk było nie w nudnych sukniach, które
731
zostawały na stole, ale w tych setkach odstrzygnięć, w tych wiórach
732
lekkomyślnych i płochych, którymi zasypać mogły cale miasto, jak
733
kolorową fantastyczną śnieżycą. Nagle było im gorąco i otwierały okno,
734
ażeby w niecierpliwości swej samotni, w głodzie obcych twarzy,
735
przynajmniej bezimienną twarz zobaczyć, do okna przyciśniętą. Wachlowały
736
rozpalone swe policzki przed wzbierającą firankami nocą zimową -
737
odsłaniały płonące dekolty, pełne nienawiści do siebie i rywalizacji,
738
gotowe stanąć do walki o tego pierrota, którego by ciemny powiew nocy
739
przywiał na okno. Ach! jak mało wymagały one od rzeczywistości. Miały
740
wszystko w sobie, miały nadmiar wszystkiego w sobie. Ach! byłby im
741
wystarczył pierrot wypchany trocinami, jedno-dwa słowa, na które od
742
dawna czekały, by móc wpaść w swą rolę dawno przygotowaną, z dawna
743
tłoczącą się na usta, pełną słodkiej i strasznej goryczy, ponoszącą
744
dziko, jak stronice romansu połykane nocą wraz ze łzami ronionymi na
745
wypieki lic. Podczas jednej ze swych wędrówek wieczornych po mieszkaniu,
746
przedsiębranych pod nieobecność Adeli, natknął się mój ojciec na ten
747
cichy seans wieczorny. Przez chwilę stał w ciemnych drzwiach przyległego
748
pokoju, z lampą w ręku, oczarowany sceną pełną gorączki i wypieków, tą
749
idyllą z pudru, kolorowej bibułki i atropiny, której jako tło pełne
750
znaczenia podłożona była noc zimowa, oddychająca wśród wzdętych firanek
751
okna. Nakładając okulary, zbliżył się w paru krokach i obszedł dookoła
752
dziewczęta, oświecając je podniesioną w ręku lampą. Przeciąg z otwartych
753
drzwi podniósł firanki u okna, panienki dawały się oglądać, kręcąc się w
754
biodrach, polśniewając emalią oczu, lakiem skrzypiących pantofelków,
755
sprzączkami podwiązek pod wzdętą od wiatru sukienką; szmatki jęły umykać
756
po podłodze, jak szczury, ku uchylonym drzwiom ciemnego pokoju, a ojciec
757
mój przyglądał się uważnie prychającym osóbkom, szepcąc półgłosem: -
758
Genus avium... jeśli się nie mylę, scansores albo pistacci... w
759
najwyższym stopniu godne uwagi. Przypadkowe to spotkanie stało się
760
początkiem całej serii seansów, podczas których ojciec mój zdołał rychło
761
oczarować obie panienki urokiem swej przedziwnej osobistości. Odpłacając
762
się za pełną galanterii i dowcipu konwersację, którą zapełniał im pustkę
763
wieczorów - dziewczęta pozwalały zapalonemu badaczowi studiować
764
strukturę swych szczupłych i tandetnych ciałek. Działo się to w toku
765
konwersacji, z powagą i wytwornością, która najryzykowniejszym punktom
766
tych badań odbierała dwuznaczny ich pozór. Odsuwając pończoszkę z kolana
767
Pauliny i studiując rozmiłowanymi oczyma zwięzłą i szlachetną
768
konstrukcję przegubu, ojciec mój mówił: - Jakże pełna uroku i jak
769
szczęśliwa jest forma bytu, którą panie obrały. Jakże piękna i prosta
770
jest teza, którą dano wam swym życiem ujawnić. Lecz za to z jakim
771
mistrzostwem, z jaką finezją wywiązują się panie z tego zadania. Gdybym
772
odrzucając respekt przed Stwórcą, chciał się zabawić w krytykę
773
stworzenia, wołałbym: - mniej treści, więcej formy! Ach, jakby ulżył
774
światu ten ubytek treści. Więcej skromności w zamierzeniach, więcej
775
wstrzemięźliwości w pretensjach - panowie demiurdzy - a świat byłby
776
doskonalszy! - wołał mój ojciec akurat w momencie, gdy dłoń jego
777
wyłuskiwała białą łydkę Pauliny z uwięzi pończoszki. W tej chwili Adela
778
stanęła w otwartych drzwiach jadalni, niosąc tacę z podwieczorkiem. Było
779
to pierwsze spotkanie dwu tych wrogich potęg od czasu wielkiej rozprawy.
780
My wszyscy, którzy asystowaliśmy przy tym spotkaniu, przeżyliśmy chwilę
781
wielkiej trwogi. Było nam nadwyraz przykro być świadkami nowego
782
upokorzenia i tak już ciężko doświadczonego męża. Mój ojciec powstał z
783
klęczek bardzo zmieszany, falą po fali zabarwiała się jego twarz coraz
784
ciemniej napływem wstydu. Ale Adela znalazła się niespodzianie na
785
wysokości sytuacji. Podeszła z uśmiechem do ojca i dała mu prztyczka w
786
nos. Na to hasło Polda i Paulina klasnęły rado-śnie w dłonie, zatupotały
787
nóżkami i uwiesiwszy się z obu stron u ramion ojca, obtańczyły z nim
788
stół dookoła. W ten sposób, dzięki dobremu sercu dziewcząt, rozwiał się
789
zarodek przykrego konfliktu w ogólnej wesołości. Oto jest początek
790
wielce ciekawych i dziwnych prelekcji, które mój ojciec, natchniony
791
urokiem tego małego i niewinnego audytorium, odbywał w następnych
792
tygodniach owej wczesnej zimy. Jest godne uwagi, jak w zetknięciu z
793
niezwykłym tym człowiekiem rzeczy wszystkie cofały się niejako do
794
korzenia swego bytu, odbudowywały swe zjawisko aż do metafizycznego
795
jądra, wracały niejako do pierwotnej idei, ażeby w tym punkcie
796
sprzeniewierzyć się jej i przechylić w te wątpliwe, ryzykowne i
797
dwuznaczne regiony, które nazwiemy tu krótko regionami wielkiej herezji.
798
Nasz herezjarcha szedł wśród rzeczy jak magnetyzer, zarażając je i
799
uwodząc swym niebezpiecznym czarem. Czy mam nazwać i Paulinę jego
800
ofiarą? Stała się ona w owych dniach jego uczennicą, adeptką jego
801
teoryj, modelem jego eksperymentów. Tutaj postaram się wyłożyć z
802
należytą ostrożnością, i unikając zgorszenia, tę nader kacerską
803
doktrynę, która opętała wówczas na długie miesiące mego ojca i opanowała
804
wszystkie jego poczynania.
805
 
806
TRAKTAT O MANEKINACH ALBO WTÓRA KSIĘGA RODZAJU Demiurgos - mówił mój
807
ojciec - nie posiadł monopolu na tworzenie - tworzenie jest przywilejem
808
wszystkich duchów. Materii dana jest nieskończona płodność,
809
niewyczerpana moc życiowa i zarazem uwodna siła pokusy, która nas nęci
810
do formowania. W głębi materii kształtują się niewyraźne uśmiechy,
811
zawiązują się napięcia, zgęszczają się próby kształtów. Cała materia
812
faluje od nieskończonych możliwości, które przez nią przechodzą mdłymi
813
dreszczami. Czekając na ożywcze tchnienie ducha, przelewa się ona w
814
sobie bez końca, kusi tysiącem słodkich okrąglizn i miękkości, które z
815
siebie w ślepych rojeniach wymajacza. Pozbawiona własnej inicjatywy,
816
lubieżnie podatna, po kobiecemu plastyczna, uległa wobec wszystkich
817
impulsów - stanowi ona teren wyjęty spod prawa, otwarty dla wszelkiego
818
rodzaju szarlatanerii i dyletantyzmów, domenę wszelkich nadużyć i
819
wątpliwych manipulacji demiurgicznych. Materia jest najbierniejszą i
820
najbezbronniejszą istotą w kosmosie. Każdy może ją ugniatać, formować,
821
każdemu jest posłuszna. Wszystkie organizacje materii są nietrwałe i
822
luźne, łatwe do uwstecznienia i rozwiązania. Nie ma żadnego zła w
823
redukcji życia do form innych i nowych. Zabójstwo nie jest grzechem.
824
Jest ono nieraz koniecznym gwałtem wobec opornych i skostniałych form
825
bytu, które przestały być zajmujące. W interesie ciekawego i ważnego
826
eksperymentu może ono nawet stanowić zasługę. Tu jest punkt wyjścia dla
827
nowej apologii sadyzmu. Mój ojciec był niewyczerpany w gloryfikacji tego
828
przedziwnego elementu, jakim była materia. - Nie ma materii martwej -
829
nauczał - martwota jest jedynie pozorem, za którym ukrywają się nieznane
830
formy życia. Skala tych form jest nieskończona, a odcienie i niuanse
831
niewyczerpane. Demiurgos był w posiadaniu ważnych i ciekawych recept
832
twórczych. Dzięki nim stworzył on mnogość rodzajów, odnawiających się
833
własną siłą. Nie wiadomo, czy recepty te kiedykolwiek zostaną
834
zrekonstruowane. Ale jest to niepotrzebne, gdyż jeśliby nawet te
835
klasyczne metody kreacji okazały się raz na zawsze niedostępne,
836
pozostają pewne metody illegalne, cały bezmiar metod heretyckich i
837
występnych. W miarę jak ojciec od tych ogólnych zasad kosmogonii zbliżał
838
się do terenu swych ciaśniejszych zainteresowań, głos jego zniżał się do
839
wnikliwego szeptu, wykład stawał się coraz trudniejszy i zawilszy, a
840
wyniki, do których dochodził, gubiły się w coraz bardziej wątpliwych i
841
ryzykownych regionach. Gestykulacja jego nabierała ezoterycznej
842
solenności. Przymykał jedno oko, przykładał dwa palce do czoła, chytrość
843
jego spojrzenia stawała się wprost niesamowita. Wwiercał się tą
844
chytrością w swe interlokutorki, gwałcił cynizmem tego spojrzenia
845
najwstydliwsze, najintymniejsze w nich rezerwy i dosięgał wymykające się
846
w najgłębszym zakamarku, przypierał do ściany i łaskotał, drapał
847
ironicznym palcem, póki nie dołaskotał się błysku zrozumienia i śmiechu,
848
śmiechu przyznania i porozumienia się, którym w końcu musiało się
849
kapitulować. Dziewczęta siedziały nieruchomo, lampa kopciła, sukno pod
850
igłą maszyny dawno się zsunęło, a maszyna stukotała pusto, stębnując
851
czarne, bezgwiezdne sukno, odwijające się z postawu nocy zimowej za
852
oknem. - Zbyt długo żyliśmy pod terrorem niedościgłej doskonałości
853
Demiurga - mówił mój ojciec - zbyt długo doskonałość jego tworu
854
paraliżowała naszą własną twórczość. Nie chcemy z nim konkurować. Nie
855
mamy ambicji mu dorównać. Chcemy być twórcami we własnej, niższej
856
sferze, pragniemy dla siebie twórczości, pragniemy rozkoszy twórczej,
857
pragniemy - jednym słowem - demiurgii. - Nie wiem, w czyim imieniu
858
proklamował mój ojciec te postulaty, jaka zbiorowość, jaka korporacja,
859
sekta czy zakon, nadawała swą solidarnością patos jego słowom. Co do
860
nas, to byliśmy dalecy od wszelkich zakusów demłurgicznych. Lecz ojciec
861
mój rozwinął tymczasem program tej wtórej demiurgii, obraz tej drugiej
862
generacji stworzeń, która stanąć miała w otwartej opozycji do panującej
863
epoki. - Nie zależy nam - mówił on - na tworach o długim oddechu, na
864
istotach na daleką metę. Nasze kreatury nie będą bohaterami romansów w
865
wielu tomach. Ich role będą krótkie, lapidarne, ich charaktery - bez
866
dalszych planów. Często dla jednego gestu, dla jednego słowa podejmiemy
867
się trudu powołania ich do życia na tę jedną chwilę. Przyznajemy
868
otwarcie: nie będziemy kładli nacisku na trwałość ani solidność
869
wykonania, twory nasze będą jak gdyby prowizoryczne, na jeden raz
870
zrobione. Jeśli będą to ludzie, to damy im na przykład tylko jedną
871
stronę twarzy, jedną rękę, jedną nogę, tę mianowicie, która im będzie w
872
ich roli potrzebna. Byłoby pedanterią troszczyć się o ich drugą, nie
873
wchodzącą w grę nogę. Z tyłu mogą być po prostu zaszyte płótnem lub
874
pobielone. Naszą ambicję pokładać będziemy w tej dumnej dewizie: dla
875
każdego gestu inny aktor. Do obsługi każdego słowa, każdego czynu
876
powołamy do życia innego człowieka. Taki jest nasz smak, to będzie świat
877
według naszego gustu. Demiurgos kochał się w wytrawnych, doskonałych i
878
skomplikowanych materiałach, my dajemy pierwszeństwo tandecie. Po prostu
879
porywa nas, zachwyca taniość, lichota, tandetność materiału. Czy
880
rozumiecie - pytał mój ojciec - głęboki sens tej słabości, tej pasji do
881
pstrej bibułki, do papier mâ ché , do lakowej farby, do kłaków i
882
trociny? To jest - mówił z bolesnym uśmiechem - nasza miłość do materii
883
jako takiej, do jej puszystości i porowatości, do jej jedynej,
884
mistycznej konsystencji. Demiurgos, ten wielki mistrz i artysta, czyni
885
ją niewidzialną, każe jej zniknąć pod grą życia. My, przeciwnie, kochamy
886
jej zgrzyt, jej oporność, jej pałubiastą niezgrabność. Lubimy pod każdym
887
gestem, pod każdym ruchem widzieć jej ociężały wysiłek, jej bezwład, jej
888
słodką niedźwiedziowatość. Dziewczęta siedziały nieruchomo z szklanymi
889
oczyma. Twarze ich były wyciągnięte i zgłupiałe zasłuchaniem, policzki
890
podmalowane wypiekami, trudno było w tej chwili ocenić, czy należą do
891
pierwszej, czy do drugiej generacji stworzenia. - Słowem - konkludował
892
mój ojciec - chcemy stworzyć po raz wtóry człowieka, na obraz i
893
podobieństwo manekinu. Tu musimy dla wierności sprawozdawczej opisać
894
pewien drobny i błahy incydent, który zaszedł w tym punkcie prelekcji i
895
do którego nie przywiązujemy żadnej wagi. Incydent ten, całkowicie
896
niezrozumiały i bezsensowny w tym danym szeregu zdarzeń, da się chyba
897
wytłumaczyć jako pewnego rodzaju automatyzm szczątkowy, bez antecedensów
898
i bez ciągłości, jako pewnego rodzaju złośliwość obiektu, przeniesiona w
899
dziedzinę psychiczną. Radzimy czytelnikowi zignorować go z równą
900
lekkomyślnością, jak my to czynimy. Oto jego przebieg: W chwili gdy mój
901
ojciec wymawiał słowo „manekin”, Adela spojrzała na zegarek na
902
bransoletce, po czym porozumiała się spojrzeniem z Poldą. Teraz wysunęła
903
się wraz z krzesłem o piędź naprzód, podniosła brzeg sukni, wystawiła
904
powoli stopę, opiętą w czarny jedwab, i wyprężyła ją jak pyszczek węża.
905
Tak siedziała przez cały czas tej sceny, całkiem sztywno, z wielkimi,
906
trzepoczącymi oczyma, pogłębionymi lazurem atropiny, z Poldą i Paulina
907
po obu bokach. Wszystkie trzy patrzyły rozszerzonymi oczami na ojca. Mój
908
ojciec chrząknął, zamilkł, pochylił się i stał się nagle bardzo
909
czerwony. W jednej chwili lineatura jego twarzy, dopiero co tak
910
rozwichrzona i pełna wibracji, zamknęła się na spokorniałych rysach. On
911
- herezjarcha natchniony, ledwo wypuszczony z wichru uniesienia - złożył
912
się nagle w sobie, zapadł i zwinął. A może wymieniono go na innego. Ten
913
inny siedział sztywny, bardzo czerwony, ze spuszczonymi oczyma. Panna
914
Polda podeszła i pochyliła się nad nim. Klepiąc go lekko po plecach,
915
mówiła tonem łagodnej zachęty: - Jakub będzie rozsądny, Jakub posłucha,
916
Jakub nie będzie uparty. No, proszę... Jakub, Jakub... Wypięty
917
pantofelek Adeli drżał lekko i błyszczał jak języczek węża. Mój ojciec
918
podniósł się powoli ze spuszczonymi oczyma, postąpił krok naprzód, jak
919
automat, i osunął się na kolana. Lampa syczała w ciszy, w gęstwinie
920
tapet biegły tam i z powrotem wymowne spojrzenia, leciały szepty
921
jadowitych języków, gzygzaki myśli...
922
 
923
TRAKTAT O MANEKINACH Ciąg dalszy Następnego wieczora ojciec podjął z
924
odnowioną swadą ciemny i zawiły swój temat. Lineatura jego zmarszczek
925
rozwijała się i zawijała z wyrafinowaną chytrością. W każdej spirali
926
ukryty był pocisk ironii. Ale czasami inspiracja rozszerzała kręgi jego
927
zmarszczek, które rosły jakąś ogromną wirującą grozą, uchodząc w
928
milczących wolutach w głąb nocy zimowej. - Figury panopticum, moje panie
929
- zaczął on - kalwaryjskie parodie manekinów, ale nawet w tej postaci
930
strzeżcie się lekko je traktować. Materia nie zna żartów. Jest ona
931
zawsze pełna tragicznej powagi. Kto ośmiela się myśleć, że można igrać z
932
materią, że kształtować ją można dla żartu, że żart nie wrasta w nią,
933
nie wżera się natychmiast jak los, jak przeznaczenie? Czy przeczuwacie
934
ból, cierpienie głuche, nie wyzwolone, zakute w materię cierpienie tej
935
pałuby, która nie wie, czemu nią jest, czemu musi trwać w tej gwałtem
936
narzuconej formie, będącej parodią? Czy pojmujecie potęgę wyrazu, formy,
937
pozoru, tyrańską samowolę, z jaką rzuca się on na bezbronną kłodę i
938
opanowuje, jak własna, tyrańska, panosząca się dusza? Nadajecie jakiejś
939
głowie z kłaków i płótna wyraz gniewu i pozostawiacie ją z tym gniewem,
940
z tą konwulsją, z tym napięciem raz na zawsze, zamkniętą ze ślepą
941
złością, dla której nie ma odpływu. Tłum śmieje się z tej parodii.
942
Płaczcie, moje panie, nad losem własnym, widząc nędzę materii więzionej,
943
gnębionej materii, która nie wie, kim jest i po co jest, dokąd prowadzi
944
ten gest, który jej raz na zawsze nadano. Tłum śmieje się. Czy
945
rozumiecie straszny sadyzm, upajające, demiurgiczne okrucieństwo tego
946
śmiechu? Bo przecież płakać nam, moje panie, trzeba nad losem własnym na
947
widok tej nędzy materii, gwałconej materii, na której dopuszczono się
948
strasznego bezprawia. Stąd płynie, moje panie, straszny smutek
949
wszystkich błazeńskich golemów, wszystkich pałub, zadumanych tragicznie
950
nad śmiesznym swym grymasem. Oto jest anarchista Luccheni, morderca
951
cesarzowej Elżbiety, oto Draga, demoniczna i nieszczęśliwa królowa
952
Serbii, oto genialny młodzieniec, nadzieja i duma rodu, którego zgubił
953
nieszczęsny nałóg onanii. O, ironio tych nazw, tych pozorów! Czy jest w
954
tej pałubie naprawdę coś z królowej Dragi, jej sobowtór, najdalszy bodaj
955
cień jej istoty? To podobieństwo, ten pozór, ta nazwa uspokaja nas i nie
956
pozwala nam pytać, kim jest dla siebie samego ten twór nieszczęśliwy. A
957
jednak to musi być ktoś, moje panie, ktoś anonimowy, ktoś groźny, ktoś
958
nieszczęśliwy, ktoś, co nie słyszał nigdy w swym głuchym życiu o
959
królowej Dradze... Czy słyszeliście po nocach straszne wycie tych pałub
960
woskowych, zamkniętych w budach jarmarcznych, żałosny chór tych kadłubów
961
z drzewa i porcelany, walących pięściami w ściany swych więzień? W
962
twarzy mego ojca, rozwichrzonej grozą spraw, które wywołał z ciemności,
963
utworzył się wir zmarszczek, lej rosnący w głąb, na którego dnie gorzało
964
groźne oko prorocze. Broda jego zjeżyła się dziwnie, wiechcie i pędzle
965
włosów, strzelające z brodawek, z pieprzów, z dziurek od nosa,
966
nastroszyły się na swych korzonkach. Tak stał drętwy, z gorejącymi
967
oczyma, drżąc od wewnętrznego wzburzenia, jak automat, który zaciął się
968
i zatrzymał na martwym punkcie. Adela wstała z krzesła i poprosiła nas o
969
przymknięcie oczu na to, co się za chwilę stanie. Potem podeszła do ojca
970
i z rękoma na biodrach, przybierając pozór podkreślonej stanowczości,
971
zażądała bardzo dobitnie... Panienki siedziały sztywno, ze spuszczonymi
972
oczyma, w dziwnej drętwości...
973
 
974
TRAKTAT O MANEKINACH Dokończenie Któregoś z następnych wieczorów ojciec
975
mój w te słowa ciągnął dalej swą prelekcję: - Nie o tych
976
nieporozumieniach ucieleśnionych, nie o tych smutnych parodiach, moje
977
panie, owocach prostackiej i wulgarnej niepowściągliwości - chciałem
978
mówić zapowiadając mą rzecz o manekinach. Miałem na myśli coś innego. Tu
979
ojciec mój zaczął budować przed naszymi oczyma obraz tej wymarzonej
980
przez niego „generaiio aequivoca”, jakiegoś pokolenia istot na wpół
981
tylko organicznych, jakiejś pseudowegetacji i pseudofauny, rezultatów
982
fantastycznej fermentacji materii. Były to twory podobne z pozoru do
983
istot żywych, do kręgowców, skorupiaków, członkonogów, lecz pozór ten
984
mylił. Były to w istocie istoty amorfne, bez wewnętrznej struktury,
985
płody imitatywnej tendencji materii, która obdarzona pamięcią, powtarza
986
z przyzwyczajenia raz przyjęte kształty. Skala morfologii, której
987
podlega materia, jest w ogóle ograniczona i pewien zasób form powtarza
988
się wciąż na różnych kondygnacjach bytu. Istoty te - ruchliwe, wrażliwe
989
na bodźce, a jednak dalekie od prawdziwego życia - można było otrzymać
990
zawieszając pewne skomplikowane koloidy w roztworach soli kuchennej.
991
Koloidy te po kilku dniach formowały się, organizowały w pewne
992
zagęszczenia substancji przypominającej niższe formy fauny. U istot tak
993
powstałych można było stwierdzić proces oddychania, przemianę materii,
994
ale analiza chemiczna nie wykazywała w nich nawet śladu połączeń
995
białkowych ani w ogóle związków węgla. Wszelako prymitywne te formy były
996
niczym w porównaniu z bogactwem kształtów i wspaniałości pseudofauny i
997
flory, która pojawia się niekiedy w pewnych ściśle określonych
998
środowiskach. Środowiskami tymi są stare mieszkania, przesycone
999
emanacjami wielu żywotów i zdarzeń - zużyte atmosfery, bogate w
1000
specyficzne ingrediencje marzeń ludzkich - rumowiska, obfitujące w humus
1001
wspomnień, tęsknot, jałowej nudy. Na takiej glebie owa pseudowegetacja
1002
kiełkowała szybko i powierzchownie, pasożytowała obficie i efemerycznie,
1003
pędziła krótkotrwałe generacje, które rozkwitały raptownie i świetnie,
1004
ażeby wnet zgasnąć i zwiędnąć. Tapety muszą być w takich mieszkaniach
1005
już bardzo zużyte i znudzone nieustanną wędrówką po wszystkich
1006
kadencjach rytmów; nic dziwnego, że schodzą na manowce dalekich,
1007
ryzykownych rojeń. Rdzeń mebli, ich substancja musi już być rozluźniona,
1008
zdegenerowana i podległa występnym pokusom: wtedy na tej chorej,
1009
zmęczonej i zdziczałej glebie wykwita, jak piękna wysypka, nalot
1010
fantastyczny, kolorowa, bujająca pleśń. - Wiedzą panie - mówił ojciec
1011
mój - że w starych mieszkaniach bywają pokoje, o których się zapomina.
1012
Nie odwiedzane miesiącami, więdną w opuszczeniu między starymi murami i
1013
zdarza się, że zasklepiają się w sobie, zarastają cegłą i, raz na zawsze
1014
stracone dla naszej pamięci, powoli tracą też swą egzystencję. Drzwi,
1015
prowadzące do nich z jakiegoś podestu tylnych schodów, mogą być tak
1016
dhigo przeoczane przez domowników, aż wrastają, wchodzą w ścianę, która
1017
zaciera ich ślad w fantastycznym rysunku pęknięć i rys. - Wszedłem raz -
1018
mówił ojciec mój - wczesnym rankiem na schyłku zimy, po wielu miesiącach
1019
nieobecności, do takiego na wpół zapomnianego traktu i zdumiony byłem
1020
wyglądem tych pokojów. Z wszystkich szpar w podłodze, z wszystkich
1021
gzymsów i framug wystrzelały cienkie pędy i napełniały szare powietrze
1022
migotliwą koronką filigranowego listowia, ażurową gęstwiną jakiejś
1023
cieplarni, pełnej szeptów, lśnień, kołysań, jakiejś fałszywej i błogiej
1024
wiosny. Dookoła łóżka, pod wieloramienną lampą, wzdłuż szaf chwiały się
1025
kępy delikatnych drzew, rozpryskiwały w górze w świetliste korony, w
1026
fontanny koronkowego listowia, bijące aż pod malowane niebo sufitu
1027
rozpylonym chlorofilem. W przyspieszonym procesie kwitnienia kiełkowały
1028
w tym listowiu ogromne, białe i różowe kwiaty, pączkowały w oczach,
1029
bujały od środka różowym miąższem i przelewały się przez brzegi, gubiąc
1030
płatki i rozpadając się w prędkim przekwitaniu. - Byłem szczęśliwy -
1031
mówił mój ojciec - z tego niespodzianego rozkwitu, który napełnił
1032
powietrze migotliwym szelestem, łagodnym szumem, przesypującym się jak
1033
kolorowe confetti przez cienkie rózgi gałązek. Widziałem, jak z drgania
1034
powietrza, z fermentacji zbyt bogatej aury wydziela się i materializuje
1035
to pospieszne kwitnienie, przelewanie się i rozpadanie fantastycznych
1036
oleandrów, które napełniły pokój rzadką, leniwą śnieżycą wielkich,
1037
różowych kiści kwietnych. - Nim zapadł wieczór - kończył ojciec - nie
1038
było już śladu tego świetnego rozkwitu. Cała złudna ta fatamorgana była
1039
tylko mistyfikacją, wypadkiem dziwnej symulacji materii, która podszywa
1040
się pod pozór życia. Ojciec mój był dnia tego dziwnie ożywiony,
1041
spojrzenia jego, chytre, ironiczne spojrzenia, tryskały werwą i humorem.
1042
Potem, nagle poważniejąc, znów rozpatrywał nieskończoną skalę form i
1043
odcieni, jakie przybierała wielokształtna materia. Fascynowały go formy
1044
graniczne, wątpliwe i problematyczne, jak ektoplazma somnambulików,
1045
pseudomateria, emanacja kataleptyczna mózgu, która w pewnych wypadkach
1046
rozrastała się z ust uśpionego na cały stół, napełniała cały pokój, jako
1047
bujająca, rzadka tkanka, astralne ciasto, na pograniczu ciała i ducha. -
1048
Kto wie - mówił - ile jest cierpiących, okaleczonych, fragmentarycznych
1049
postaci życia, jak sztucznie sklecone, gwoździami na gwałt zbite życie
1050
szaf i stołów, ukrzyżowanego drzewa, cichych męczenników okrutnej
1051
pomysłowości ludzkiej. Straszliwe transplantacje obcych i nienawidzących
1052
się ras drzewa, skucie ich w jedną nieszczęśliwą osobowość. Ile starej,
1053
mądrej męki jest w bejcowanych słojach, żyłach i fladrach naszych
1054
starych, zaufanych szaf. Kto rozpozna w nich stare, zheblowane,
1055
wypolerowane do niepoznaki rysy, uśmiechy, spojrzenia! Twarz mego ojca,
1056
gdy to mówił, rozeszła się zamyśloną lineaturą zmarszczek, stała się
1057
podobna do sęków i słojów starej deski, z której zheblowano wszystkie
1058
wspomnienia. Przez chwilę myśleliśmy, że ojciec popadnie w stan
1059
drętwoty, który nawiedzał go czasem, ale ocknął się nagle, opamiętał i
1060
tak ciągnął dalej: - Dawne, mistyczne plemiona balsamowały swych
1061
umarłych. W ściany ich mieszkań były wprawione, wmurowane ciała, twarze:
1062
w salonie stał ojciec - wypchany, wygarbowana żona-nieboszczka była
1063
dywanem pod stołem. Znałem pewnego kapitana, który miał w swej kajucie
1064
lampę-meluzynę, zrobioną przez malajskich balsamistów z jego
1065
zamordowanej kochanki. Na głowie miała ogromne rogi jelenie. W ciszy
1066
kajuty głowa ta, rozpięta między gałęziami rogów u stropu, powoli
1067
otwierała rzęsy oczu; na rozchylonych ustach lśniła błonka śliny,
1068
pękająca od cichego szeptu. Głowonogi, żółwie i ogromne kraby,
1069
zawieszone na belkach sufitu jako kandelabry i pająki, przebierały w tej
1070
ciszy bez końca nogami, szły i szły na miejscu... Twarz mojego ojca
1071
przybrała naraz wyraz troski i smutku, gdy myśli jego na drogach nie
1072
wiedzieć jakich asocjacji przeszły do nowych przykładów: - Czy mam
1073
przemilczeć - mówił przyciszonym głosem - że brat mój na skutek długiej
1074
i nieuleczalnej choroby zamienił się stopniowo w zwój kiszek gumowych,
1075
że biedna moja kuzynka dniem i nocą nosiła go w poduszkach, nucąc
1076
nieszczęśliwemu stworzeniu nieskończone kołysanki nocy zimowych? Czy
1077
może być coś smutniejszego niż człowiek zamieniony w kiszkę hegarową? Co
1078
za rozczarowanie dla rodziców, co za dezorientacja dla ich uczuć, co za
1079
rozwianie wszystkich nadziei, wiązanych z obiecującym młodzieńcem! A
1080
jednak wierna miłość biednej kuzynki towarzyszyła mu i w tej przemianie.
1081
- Ach! nie mogę już dłużej, nie mogę tego słuchać! - jęknęła Polda
1082
przechylając się na krześle. - Ucisz go, Adelo... Dziewczęta wstały,
1083
Adela podeszła do ojca i wyciągniętym palcem uczyniła ruch zaznaczający
1084
łaskotanie. Ojciec stropił się, zamilkł i zaczął, pełen przerażenia,
1085
cofać się tyłem przed kiwającym się palcem Adeli. Ta szła za nim ciągle,
1086
grożąc mu jadowicie palcem, i wypierała go krok za krokiem z pokoju.
1087
Paulina ziewnęła przeciągając się. Obie z Poldą, wsparte o siebie
1088
ramionami, spojrzały sobie w oczy z uśmiechem.
1089
 
1090
NEMROD Cały sierpień owego roku przebawiłem się z małym, kapitalnym
1091
pieskiem, który pewnego dnia znalazł się na podłodze naszej kuchni,
1092
niedołężny i piszczący, pachnący jeszcze mlekiem i niemowlęctwem, z nie
1093
uformowanym, okrągławym, drżącym łebkiem, z łapkami jak u kreta
1094
rozkraczonymi na boki i z najdelikatniejszą, mięciutką sierścią. Od
1095
pierwszego wejrzenia zdobyła sobie ta kruszynka życia cały zachwyt, cały
1096
entuzjazm chłopięcej duszy. Z jakiego nieba spadł tak niespodzianie ten
1097
ulubieniec bogów, milszy sercu od najpiękniejszych zabawek? Że też
1098
stare, zgoła nieinteresujące pomywaczki wpadają niekiedy na tak świetne
1099
pomysły i przynoszą z przedmieścia - o całkiem wczesnej,
1100
transcendentalnej porannej godzinie - takiego oto pieska do naszej
1101
kuchni! Ach! było się jeszcze - niestety - nieobecnym, nieurodzonym z
1102
ciemnego łona snu, a już to szczęście ziściło się, już czekało na nas,
1103
niedołężnie leżące na chłodnej podłodze kuchni, nie docenione przez
1104
Adelę i domowników. Dlaczego nie obudzono mnie wcześniej! Talerzyk mleka
1105
na podłodze świadczył o macierzyńskich impulsach Adeli, świadczył
1106
niestety także i o chwilach przeszłości, dla mnie na zawsze straconej, o
1107
rozkoszach przybranego macierzyństwa, w których nie brałem udziału. Ale
1108
przede mną leżała jeszcze cała przyszłość. Jakiż bezmiar doświadczeń,
1109
eksperymentów, odkryć otwierał się teraz! Sekret życia, jego
1110
najistotniejsza tajemnica sprowadzona do tej prostszej, poręczniejszej i
1111
zabawkowej formy odsłaniała się tu nienasyconej ciekawości. Było to
1112
nadwyraz interesujące, mieć na własność taką odrobinkę życia, taką
1113
cząsteczkę wieczystej tajemnicy, w postaci tak zabawnej i nowej,
1114
budzącej nieskończoną ciekawość i respekt sekretny swą obcością,
1115
niespodzianą transpozycją tego samego wątku życia, który i w nas był, na
1116
formę od naszej odmienną, zwierzęcą. Zwierzęta! cel nienasyconej
1117
ciekawości, egzemplifikacje zagadki życia, jakby stworzone po to, by
1118
człowiekowi pokazać człowieka, rozkładając jego bogactwo i komplikację
1119
na tysiąc kalejdoskopowych możliwości, każdą doprowadzoną do jakiegoś
1120
paradoksalnego krańca, do jakiejś wybujałości pełnej charakteru.
1121
Nieobciążone splotem egzotycznych interesów, mącących stosunki
1122
międzyludzkie, otwierało się serce pełne sympatii dla obcych emanacji
1123
wiecznego życia, pełne miłosnej współpracującej ciekawości, która była
1124
zamaskowanym głosem samopoznania. Piesek był aksamitny, ciepły i
1125
pulsujący małym, pospiesznym sercem. Miał dwa miękkie płatki uszu,
1126
niebieskawe, mętne oczka, różowy pyszczek, do którego można było włożyć
1127
palec bez żadnego niebezpieczeństwa, łapki delikatne i niewinne, z
1128
wzruszającą, różową brodaweczką z tyłu, nad stopami przednich nóg.
1129
Właził nimi do miski z mlekiem, żarłoczny i niecierpliwy, chłepcący
1130
napój różowym języczkiem, ażeby po nasyceniu się podnieść żałośnie małą
1131
mordkę z kroplą mleka na brodzie i wycofać się niedołężnie z kąpieli
1132
mlecznej. Chód jego był niezgrabnym toczeniem się, bokiem na ukos w
1133
niezdecydowanym kierunku, po linii trochę pijanej i chwiejnej. Dominantą
1134
jego nastroju była jakaś nieokreślona i zasadnicza żałość, sieroctwo i
1135
bezradność - niezdolność do zapełnienia czymś pustki życia pomiędzy
1136
sensacjami posiłków. Objawiało się to bezplanowością i niekonsekwencją
1137
ruchów, irracjonalnymi napadami nostalgii z żałosnym skomleniem i
1138
niemożnością znalezienia sobie miejsca. Nawet jeszcze w głębi snu, w
1139
którym potrzebę oparcia się i przytulenia zaspokajać musiał używając do
1140
tego własnej swej osoby, zwiniętej w kłębek drżący - towarzyszyło mu
1141
poczucie osamotnienia i bezdomności. Ach, życie - młode i wątłe życie,
1142
wypuszczone z zaufanej ciemności, z przytulnego ciepła łona
1143
macierzystego w wielki i obcy, świetlany świat, jakże kurczy się ono i
1144
cofa, jak wzdraga się zaakceptować tę imprezę, którą mu proponują -
1145
pełne awersji i zniechęcenia! Lecz zwolna mały Nemrod (otrzymał był to
1146
dumne i wojownicze imię) zaczyna smakować w życiu. Wyłączne opanowanie
1147
obrazem macierzystej prajedni ustępuje urokowi wielości. Świat zaczyna
1148
nań nastawiać pułapki: nieznany a czarujący smak różnych pokarmów,
1149
czworobok porannego słońca na podłodze, na którym tak dobrze jest
1150
położyć się, ruchy własnych członków, własne łapki, ogonek, figlarnie
1151
wyzywający do zabawy z samym sobą, pieszczoty ręki ludzkiej, pod którymi
1152
zwolna dojrzewa pewna swawolność, wesołość rozpierająca ciało i rodząca
1153
potrzebę zgoła nowych, gwałtownych i ryzykownych ruchów - wszystko to
1154
przekupuje, przekonywa i zachęca do przyjęcia, do pogodzenia się z
1155
eksperymentem życia. I jeszcze jedno. Nemrod zaczyna rozumieć, że to, co
1156
mu się tu podsuwa, mimo pozorów nowości jest w gruncie rzeczy czymś, co
1157
już było - było wiele razy - nieskończenie wiele razy. Jego ciało
1158
poznaje sytuacje, wrażenia i przedmioty. W gruncie rzeczy to wszystko
1159
nie dziwi go zbytnio. W obliczu każdej nowej sytuacji daje nura w swoją
1160
pamięć, w głęboką pamięć ciała, i szuka omackiem, gorączkowo - i bywa,
1161
że znajduje w sobie odpowiednią reakcję już gotową: mądrość pokoleń,
1162
złożoną w jego plazmie, w jego nerwach. Znajduje jakieś czyny, decyzje,
1163
o których sam nie wiedział, że już w nim dojrzały, że czekały na to, by
1164
wyskoczyć. Sceneria jego młodego życia, kuchnia z wonnymi cebrami, ze
1165
ścierkami o skomplikowanej i intrygującej woni, z kłapaniem pantofli
1166
Adeli, z jej hałaśliwym krzątaniem się - nie straszy go więcej. Przywykł
1167
uważać ją za swoją domenę, zadomowił się w niej i począł rozwijać w
1168
stosunku do niej niejasne poczucie przynależności, ojczyzny. Chyba że
1169
niespodzianie spadał nań kataklizm w postaci szorowania podłogi -
1170
obalenie praw natury, chlusty ciepłego ługu, podmywające wszystkie
1171
meble, i groźny szurgot szczotek Adeli. Ale niebezpieczeństwo mija,
1172
szczotka uspokojona i nieruchoma leży cicho w kącie, schnąca podłoga
1173
pachnie miło mokrym drzewem. Nemrod, przywrócony znowu do swych
1174
normalnych praw i do swobody na terenie własnym, czuje żywą ochotę
1175
chwytać zębami stary koc na podłodze i targać nim z całej siły na prawo
1176
i lewo. Pacyfikacja żywiołów napełnia go niewymowną radością. Wtem staje
1177
jak wryty: przed nim, o jakie trzy kroki pieskie, posuwa się czarna
1178
maszkara, potwór sunący szybko na pręcikach wielu pogmatwanych nóg. Do
1179
głębi wstrząśnięty Nemrod posuwa wzrokiem za skośnym kursem błyszczącego
1180
owada, śledząc w napięciu ten płaski, bezgłowy i ślepy kadłub, niesiony
1181
niesamowitą ruchliwością pajęczych nóg. Coś w nim na ten widok wzbiera,
1182
coś dojrzewa, pęcznieje, czego sam jeszcze nie rozumie, niby jakiś gniew
1183
albo strach, lecz raczej przyjemny i połączony z dreszczem siły,
1184
samopoczucia, agresywności. I nagle opada na przednie łapki i wyrzuca z
1185
siebie głos, jeszcze jemu samemu nie znany, obcy, całkiem niepodobny do
1186
zwykłego kwilenia. Wyrzuca go z siebie raz, i jeszcze raz, i jeszcze,
1187
cienkim dyszkantem, który się co chwila wykoleja. Ale nadaremnie
1188
apostrofuje owada w tym nowym, z nagłego natchnienia zrodzonym języku. W
1189
kategoriach umysłu karakoniego nie ma miejsca na tę tyradę i owad odbywa
1190
dalej swą skośną turę ku kątowi pokoju, wśród ruchów uświęconych
1191
odwiecznym karakonim rytuałem. Wszelako uczucia nienawiści nie mają
1192
jeszcze trwałości i mocy w duszy pieska. Nowoobudzona radość życia
1193
przeistacza każde uczucie w wesołość. Nemrod szczeka jeszcze, lecz sens
1194
tego szczekania zmienił się niepostrzeżenie, stało się ono swoją własną
1195
parodią - pragnąc w gruncie rzeczy wysłowić niewymowną udatność tej
1196
świetnej imprezy życia, pełnej pikanterii, niespodzianych dreszczyków i
1197
point.
1198
 
1199
PAN W kącie między tylnymi ścianami szop i przybudówek był zaułek
1200
podwórza, najdalsza, ostatnia odnoga, zamknięta między komorę, wychodek
1201
i tylną ścianę kurnika - głucha zatoka, poza którą nie było już wyjścia.
1202
Był to najdalszy przylądek, Gibraltar tego podwórza, bijący rozpaczliwie
1203
głową w ślepy parkan z poziomych desek, zamykającą i ostateczną ścianę
1204
tego świata. Spod jego omszonych dyli wyciekała strużka czarnej,
1205
śmierdzącej wody, żyła gnijącego, tłustego błota, nigdy nie wysychająca
1206
- jedyna droga, która poprzez granice parkanu wyprowadzała w świat. Ale
1207
rozpacz smrodliwego zaułka tak długo biła głową w tę zaporę, aż
1208
rozluźniła jedną z poziomych, potężnych desek. My, chłopcy, dokonaliśmy
1209
reszty i wyważyli, wysunęli ciężką omszałą deskę z osady. Tak zrobiliśmy
1210
wyłom, otworzyliśmy okno na słońce. Stanąwszy nogą na desce, rzuconej
1211
jak most przez kałużę, mógł więzień podwórza w poziomej pozycji
1212
przecisnąć się przez szparę, która wypuszczała go w nowy, przewiewny i
1213
rozległy świat. Był tam wielki, zdziczały stary ogród. Wysokie grusze,
1214
rozłożyste jabłonie rosły tu z rzadka potężnymi grupami, obsypane
1215
srebrnym szelestem, kipiącą siatką białawych połysków. Bujna, zmieszana,
1216
nie koszona trawa pokrywała puszystym kożuchem falisty teren. Były tam
1217
zwykłe, trawiaste źdźbła łąkowe z pierzastymi kitami kłosów; były
1218
delikatne filigrany dzikich pietruszek i marchwi; pomarszczone i
1219
szorstkie listki bluszczyków i ślepych pokrzyw, pachnące miętą;
1220
łykowate, błyszczące babki, nakrapiane rdzą, wystrzelające kiśćmi
1221
grubej, czerwonej kaszy. Wszystko to, splątane i puszyste, przepojone
1222
było łagodnym powietrzem, podbite błękitnym wiatrem i napuszczone
1223
niebem. Gdy się leżało w trawie, było się przykrytym całą błękitną
1224
geografią obłoków i płynących kontynentów, oddychało się całą rozległą
1225
mapą niebios. Od tego obcowania z powietrzem liście i pędy pokryły się
1226
delikatnymi włoskami, miękkim nalotem puchu, szorstką szczeciną haczków,
1227
jak gdyby dla chwytania i zatrzymywania przepływów tlenu. Ten nalot
1228
delikatny i białawy spokrewniał liście z atmosferą, dawał im srebrzysty,
1229
szary połysk fal powietrznych, cienistych zadumań między dwoma błyskami
1230
słońca. A jedna z tych roślin, żółta i pełna mlecznego soku w bladych
1231
łodygach, nadęta powietrzem, pędziła ze swych pustych pędów już samo
1232
powietrze, sam puch w kształcie pierzastych kul mleczowych rozsypywanych
1233
przez powiew i wsiąkających bezgłośnie w błękitną ciszę. Ogród był
1234
rozległy i rozgałęziony kilku odnogami i miał różne strefy i klimaty. W
1235
jednej stronie był otwarty, pełen mleka niebios i powietrza, i tam
1236
podścielał niebu co najmiększą, najdelikatniejszą, najpuszystszą zieleń.
1237
Ale w miarę jak opadał w głąb długiej odnogi i zanurzał się w cień
1238
między tylną ścianę opuszczonej fabryki wody sodowej, wyraźnie
1239
pochmurniał, stawał się opryskliwy i niedbały, zapuszczał się dziko i
1240
niechlujnie, srożył się pokrzywami, zjeżał bodiakami, parszywiał
1241
chwastem wszelkim, aż w samym końcu między ścianami, w szerokiej
1242
prostokątnej zatoce tracił wszelką miarę i wpadał w szał. Tam to nie był
1243
już sad, tylko paroksyzm szaleństwa, wybuch wściekłości, cyniczny
1244
bezwstyd i rozpusta. Tam, rozbestwione, dając upust swej pasji,
1245
panoszyły się puste, zdziczałe kapusty łopuchów - ogromne wiedźmy,
1246
rozdziewające się w biały dzień ze swych szerokich spódnic, zrzucając je
1247
z siebie, spódnica za spódnicą, aż ich wzdęte, szelestne, dziurawe
1248
łachmany oszalałymi płatami grzebały pod sobą kłótliwe to plemię
1249
bękarcie. A żarłoczne spódnice puchły i rozpychały się, piętrzyły się
1250
jedne na drugich, rozpierały i nakrywały wzajem, rosnąc razem wzdętą
1251
masą blach listnych, aż pod niski okap stodoły. Tam to było, gdziem go
1252
ujrzał jedyny raz w życiu, o nieprzytomnej od żaru godzinie południa.
1253
Była to chwila, kiedy czas, oszalały i dziki, wyłamuje się z kieratu
1254
zdarzeń i jak zbiegły włóczęga pędzi z krzykiem na przełaj przez pola.
1255
Wtedy lato, pozbawione kontroli, rośnie bez miary i rachuby na całej
1256
przestrzeni, rośnie z dzikim impetem na wszystkich punktach, w
1257
dwójnasób, w trójnasób, w inny jakiś, wyrodny czas, w nieznaną dymensję,
1258
w obłęd. O tej godzinie opanowywał mnie szał łowienia motyli, pasja
1259
ścigania tych migocących plamek, tych błędnych, białych płatków,
1260
trzęsących się w rozognionym powietrzu niedołężnym gzygzakiem. I
1261
zdarzyło się wówczas, że któraś z tych jaskrawych plamek rozpadła się w
1262
locie na dwie, potem na trzy - i ten drgający, oślepiająco biały
1263
trójpunkt wiódł mnie, jak błędny ognik, przez szał bodiaków, palących
1264
się w słońcu. Dopiero na granicy łopuchów zatrzymałem się, nie śmiejąc
1265
się pogrążyć w to głuche zapadlisko. Wtedy nagle ujrzałem go. Zanurzony
1266
po pachy w łopuchach, kucał przede mną. Widziałem jego grube bary w
1267
brudnej koszuli i niechlujny strzęp surduta. Przyczajony jak do skoku,
1268
siedział tak - z barami jakby wielkim ciężarem zgarbionymi. Ciało jego
1269
dyszało z natężenia, a z miedzianej, błyszczącej w słońcu twarzy lał się
1270
pot. Nieruchomy, zdawał się ciężko pracować, mocować się bez ruchu z
1271
jakimś ogromnym brzemieniem. Stałem, przygwożdżony jego wzrokiem, który
1272
mnie ujął jakby w kleszcze. Była to twarz włóczęgi lub pijaka. Wiecheć
1273
brudnych kłaków wichrzył się nad czołem wysokim i wypukłym jak buła
1274
kamienna, utoczona przez rzekę. Ale czoło to było skręcone w głębokie
1275
bruzdy. Nie wiadomo, czy ból, czy palący żar słońca, czy nadludzkie
1276
natężenie wkręciło się tak w tę twarz i napięło rysy do pęknięcia.
1277
Czarne oczy wbiły się we mnie z natężeniem najwyższej rozpaczy czy bólu.
1278
Te oczy patrzyły na mnie i nie patrzyły, widziały mnie i nie widziały
1279
wcale. Były to pękające gałki, wytężone najwyższym uniesieniem bólu albo
1280
dziką rozkoszą natchnienia. I nagle z tych rysów, naciągniętych do
1281
pęknięcia, wyboczył się jakiś straszny, załamany cierpieniem grymas i
1282
ten grymas rósł, brał w siebie tamten obłęd i natchnienie, pęczniał nim,
1283
wybaczał się coraz bardziej, aż wyłamał się ryczącym, charczącym kaszlem
1284
śmiechu. Do głębi wstrząśnięty, widziałem, jak hucząc śmiechem z
1285
potężnych piersi, dźwignął się powoli z kucek i zgarbiony jak goryl, z
1286
rękoma w opadających łachmanach spodni, uciekał, człapiąc przez łopocące
1287
blachy łopuchów, wielkimi skokami - Pan bez fletu, cofający się w
1288
popłochu do swych ojczystych kniei.
1289
 
1290
PAN KAROL Po południu w sobotę mój wuj, Karol, wdowiec słomiany,
1291
wybierał się pieszo do letniska, oddalonego o godzinę drogi od miasta,
1292
do żony i dzieci, które tam na wywczasach bawiły. Od czasu wyjazdu żony
1293
mieszkanie było nie sprzątane, łóżko nie zaścielane nigdy. Pan Karol
1294
przychodził do mieszkania późną nocą, sponiewierany, spustoszony przez
1295
nocne pohulanki, przez które go wlokły te dni upalne i puste. Zmięta,
1296
chłodna, dziko rozrzucona pościel była dlań wówczas jakąś błogą
1297
przystanią, wyspą zbawczą, do której przypadał ostatkiem sił jak
1298
rozbitek, miotany wiele dni i nocy przez wzburzone morze. Omackiem, w
1299
ciemności zapadał się gdzieś między białawe chmury, pasma i zwały
1300
chłodnego pierza i spał tak w niewiadomym kierunku, na wspak, głową na
1301
dół, wbity ciemieniem w puszysty miąższ pościeli, jak gdyby chciał we
1302
śnie przewiercić, przewędrować na wskroś te rosnące nocą, potężne masywy
1303
pierzyn. Walczył we śnie z tą pościelą, jak pływak z wodą, ugniatał ją i
1304
miesił ciałem, jak ogromną dzieżę ciasta, w którą się zapadał, i budził
1305
się o szarym świcie zdyszany, oblany potem, wyrzucony na brzeg tego
1306
stosu pościeli, którego zmóc nie mógł w ciężkich zapasach nocnych. Tak
1307
na wpół wyrzucony z toni snu, wisiał przez chwilę nieprzytomny na
1308
krawędzi nocy, chwytając piersiami powietrze, a pościel rosła dokoła
1309
niego, puchła i nakisała - i zarastała go znowu zwałem ciężkiego,
1310
białawego ciasta. Spał tak do późnego przedpołudnia, podczas gdy
1311
poduszki układały się w wielką, białą, płaską równinę, po której
1312
wędrował uspokojony sen jego. Tymi białymi gościńcami powracał powoli do
1313
siebie, do dnia, do jawy - i wreszcie otwierał oczy, jak śpiący pasażer,
1314
gdy pociąg zatrzymuje się na stacji. W pokoju panował odstały półmrok z
1315
osadem wielu dni samotności i ciszy. Tylko okno kipiało od rannego
1316
rojowiska much i story płonęły jaskrawo. Pan Karol wyziewał ze swego
1317
ciała, z głębi jam cielesnych, resztki dnia wczorajszego. To ziewanie
1318
chwytało go tak konwulsyjnie, jak gdyby chciało go odwrócić na nice. Tak
1319
wyrzucał z siebie ten piasek, te ciężary - nie strawione restancje dnia
1320
wczorajszego. Ulżywszy sobie w ten sposób, i swobodniejszy, wciągał do
1321
notesu wydatki, kalkulował, obliczał i marzył. Potem leżał długo
1322
nieruchomy, z szklanymi oczyma, które były koloru wody, wypukłe i
1323
wilgotne. W wodnistym półmroku pokoju, rozjaśnionym refleksem dnia
1324
upalnego za storami, oczy jego jak maleńkie lusterka odbijały wszystkie
1325
błyszczące przedmioty: białe plamy słońca w szparach okna, złoty
1326
prostokąt stor, i powtarzały, jak kropla wody, cały pokój z ciszą
1327
dywanów i pustych krzeseł. Tymczasem dzień za storami huczał coraz
1328
płomienniej bzykaniem much oszalałych od słońca. Okno nie mogło
1329
pomieścić tego białego pożaru i story omdlewały od jasnych falowań.
1330
Wtedy wywlekał się z pościeli i siedział jeszcze jakiś czas na łóżku,
1331
stękając bezwiednie. Jego trzydziestokilkoletnie ciało zaczynało
1332
skłaniać się do korpulencji. W tym organizmie, nabrzmiewającym
1333
tłuszczem, znękanym od nadużyć płciowych, ale wciąż wzbierającym bujnymi
1334
sokami, zdawał się teraz zwolna dojrzewać w tej ciszy jego przyszły los.
1335
Gdy tak siedział w bezmyślnym, wegetatywnym osłupieniu, cały zamieniony
1336
w krążenie, w respirację, w głębokie pulsowanie soków, rosła w głębi
1337
jego ciała, spoconego i pokrytego włosem w rozlicznych miejscach, jakaś
1338
niewiadoma, nie sformułowana przyszłość, niby potworna narośl,
1339
wyrastająca fantastycznie w nieznaną dymensję. Nie przerażał się jej,
1340
gdyż czuł już swoją tożsamość z tym niewiadomym a ogromnym, które miało
1341
nadejść, i rósł razem z nim bez sprzeciwu, w dziwnej zgodzie, zdrętwiały
1342
spokojną grozą, odpoznając przyszłego siebie w tych kolosalnych
1343
wykwitach, w tych fantastycznych spiętrzeniach, które przed jego
1344
wzrokiem wewnętrznym dojrzewały. Jedno jego oko lekko wtedy zbaczało na
1345
zewnątrz, jak gdyby odchodziło w inny wymiar. Potem z tych bezmyślnych
1346
otumanieni z tych zatraconych dali powracał znów do siebie i do chwili;
1347
widział swe stopy na dywanie, tłuste i delikatne jak u kobiety, i powoli
1348
wyjmował złote spinki z mankietów dziennej koszuli. Potem szedł do
1349
kuchni i znajdował tam w cienistym kącie wiaderko z wodą, krążek
1350
cichego, czujnego zwierciadła, które nań tam czekało - jedyna żywa i
1351
wiedząca istota w tym pustym mieszkaniu. Nalewał do miednicy wody i
1352
kosztował skórą jej młodej i odstałej, słodkawej mokrości. Długo i
1353
starannie robił toaletę, nie spiesząc się i włączając pauzy między
1354
poszczególne manipulacje. To mieszkanie, puste i zapuszczone, nie
1355
uznawało go, te meble i ściany śledziły za nim z milczącą krytyką. Czuł
1356
się, wchodząc w ich ciszę, jak intruz w tym podwodnym, zatopionym
1357
królestwie, w którym płynął inny, odrębny czas. Otwierając własne
1358
szuflady, miał uczucie złodzieja i chodził mimo woli na palcach, bojąc
1359
się obudzić hałaśliwe i nadmierne echo, czekające drażliwie na
1360
najlżejszą przyczynę, by wybuchnąć. A gdy wreszcie, idąc cicho od szafy
1361
do szafy, znajdował kawałek po kawałku wszystko potrzebne i kończył
1362
toaletę wśród tych mebli, które tolerowały go w milczeniu, z nieobecną
1363
miną, i wreszcie był gotów, to stojąc na odejściu z kapeluszem w ręku,
1364
czuł się zażenowany, że i w ostatniej chwili nie mógł znaleźć słowa,
1365
które by rozwiązało to wrogie milczenie, i odchodził ku drzwiom
1366
zrezygnowany, zwolna, ze spuszczoną głową - gdy w przeciwną stronę
1367
oddalał się tymczasem bez pośpiechu - w głąb zwierciadła - ktoś
1368
odwrócony na zawsze plecami - przez pustą amfiladę pokojów, które nie
1369
istniały.
1370
 
1371
SKLEPY CYNAMONOWE W okresie najkrótszych, sennych dni zimowych, ujętych
1372
z obu stron, od poranku i od wieczora, w futrzane krawędzie zmierzchów,
1373
gdy miasto rozgałęziało się coraz głębiej w labirynty zimowych nocy, z
1374
trudem przywoływane przez krótki świt do opamiętania, do powrotu -
1375
ojciec mój był już zatracony, zaprzedany, zaprzysiężony tamtej sferze.
1376
Twarz jego i głowa zarastały wówczas bujnie i dziko siwym włosem,
1377
sterczącym nieregularnie wiechciami, szczecinami, długimi pędzlami,
1378
strzelającymi z brodawek, z brwi, z dziurek od nosa - co nadawało jego
1379
fizjonomii wygląd starego, nastroszonego lisa. Węch jego i słuch
1380
zaostrzał się niepomiernie i znać było po grze jego milczącej i napiętej
1381
twarzy, że za pośrednictwem tych zmysłów pozostaje on w ciągłym
1382
kontakcie z niewidzialnym światem ciemnych zakamarków, dziur mysich,
1383
zmurszałych przestrzeni pustych pod podłogą i kanałów kominowych.
1384
Wszystkie chroboty, trzaski nocne, tajne, skrzypiące życie podłogi miały
1385
w nim nieomylnego i czujnego dostrzegacza, szpiega i współspiskowca.
1386
Absorbowało go to w tym stopniu, że pogrążał się zupełnie w tej
1387
niedostępnej dla nas sferze, z której nie próbował zdawać nam sprawy.
1388
Nieraz musiał strzepywać palcami i śmiać się cicho do siebie samego, gdy
1389
te wybryki niewidzialnej sfery stawały się zbyt absurdalne; porozumiewał
1390
się wówczas spojrzeniem z naszym kotem, który również wtajemniczony w
1391
ten świat, podnosił swą cyniczną, zimną, porysowaną pręgami twarz,
1392
mrużąc z nudów i obojętności skośne szparki oczu. Zdarzało się podczas
1393
obiadu, że wśród jedzenia odkładał nagle nóż i widelec i z serwetą
1394
zawiązaną pod szyją podnosił się kocim ruchem, skradał na brzuścach
1395
palców do drzwi sąsiedniego, pustego pokoju i z największą ostrożnością
1396
zaglądał przez dziurkę od klucza. Potem wracał do stołu, jakby
1397
zawstydzony, z zakłopotanym uśmiechem, wśród mruknięć i niewyraźnych
1398
mamrotań, odnoszących się do wewnętrznego monologu, w którym był
1399
pogrążony. Ażeby mu sprawić pewną dystrakcję i oderwać go od
1400
chorobliwych dociekań, wyciągała go matka na wieczorne spacery, na które
1401
szedł, milcząc, bez oporu, ale i bez przekonania, roztargniony i
1402
nieobecny duchem. Raz nawet poszliśmy do teatru. Znaleźliśmy się znowu w
1403
tej wielkiej, źle oświetlonej i brudnej sali, pełnej sennego gwaru
1404
ludzkiego i bezładnego zamętu. Ale gdy przebrnęliśmy przez ciżbę ludzką,
1405
wynurzyła się przed nami olbrzymia bladomebieska kurtyna, jak niebo
1406
jakiegoś innego firmamentu. Wielkie, malowane maski różowe, z wydętymi
1407
policzkami, nurzały się w ogromnym płóciennym przestworzu. To sztuczne
1408
niebo szerzyło się i płynęło wzdłuż i w poprzek, wzbierając ogromnym
1409
tchem patosu i wielkich gestów, atmosferą tego świata sztucznego i
1410
pełnego blasku, który budował się tam, na dudniących rusztowaniach
1411
sceny. Dreszcz płynący przez wielkie oblicze tego nieba, oddech
1412
ogromnego płótna, od którego rosły i ożywały maski, zdradzał
1413
iluzoryczność tego firmamentu, sprawiał to drganie rzeczywistości, które
1414
w chwilach metafizycznych odczuwamy jako migotanie tajemnicy. Maski
1415
trzepotały czerwonymi powiekami, kolorowe wargi szeptały coś bezgłośnie
1416
i wiedziałem, że przyjdzie chwila, kiedy napięcie tajemnicy dojdzie do
1417
zenitu i wtedy wezbrane niebo kurtyny pęknie naprawdę, uniesie się i
1418
ukaże rzeczy niesłychane i olśniewające. Lecz nie było mi dane doczekać
1419
tej chwili, albowiem tymczasem ojciec zaczął zdradzać pewne oznaki
1420
zaniepokojenia, chwytał się za kieszenie i wreszcie oświadczył, że
1421
zapomniał portfelu z pieniędzmi i ważnymi dokumentami. Po krótkiej
1422
naradzie z matką, w której uczciwość Adeli została poddana pospiesznej,
1423
ryczałtowej ocenie, zaproponowano mi, żebym wyruszył do domu na
1424
poszukiwanie portfelu. Zdaniem matki do rozpoczęcia widowiska było
1425
jeszcze wiele czasu i przy mojej zwinności mogłem na czas powrócić.
1426
Wyszedłem w noc zimową, kolorową od iluminacji nieba. Była to jedna z
1427
tych jasnych nocy, w których firmament gwiezdny jest tak rozległy i
1428
rozgałęziony, jakby rozpadł się, rozłamał i podzielił na labirynt
1429
odrębnych niebios, wystarczających do obdzielenia całego miesiąca nocy
1430
zimowych i do nakrycia swymi srebrnymi i malowanymi kloszami wszystkich
1431
ich nocnych zjawisk, przygód, awantur i karnawałów. Jest lekkomyślnością
1432
nie do darowania wysyłać w taką noc młodego chłopca z misją ważną i
1433
pilną, albowiem w jej półświetle zwielokrotniają się, plączą i
1434
wymieniają jedne z drugimi ulice. Otwierają się w głębi miasta, żeby tak
1435
rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne.
1436
Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo
1437
dawno znane i wiadome, w których te ulice mają swe miejsce i nazwę, a
1438
noc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego do roboty, jak
1439
dostarczać wciąż nowych i urojonych konfiguracji. Te kuszenia nocy
1440
zimowych zaczynają się zazwyczaj niewinnie od chętki skrócenia sobie
1441
drogi, użycia niezwykłego lub prędszego przejścia. Powstają ponętne
1442
kombinacje przecięcia zawiłej wędrówki jakąś nie wypróbowaną przecznicą.
1443
Ale tym razem zaczęło się inaczej. Uszedłszy parę kroków, spostrzegłem,
1444
że jestem bez płaszcza. Chciałem zawrócić, lecz po chwili wydało mi się
1445
to niepotrzebną stratą czasu, gdyż noc nie była wcale zimna, przeciwnie
1446
- pożyłkowana strugami dziwnego ciepła, tchnieniami jakiejś fałszywej
1447
wiosny. Śnieg skurczył się w baranki białe, w niewinne i słodkie runo,
1448
które pachniało fiołkami. W takie same baranki rozpuściło się niebo, w
1449
którym księżyc dwoił się i troił, demonstrując w tym zwielokrotnieniu
1450
wszystkie swe fazy i pozycje. Niebo obnażało tego dnia wewnętrzną swą
1451
konstrukcję w wielu jakby anatomicznych preparatach, pokazujących
1452
spirale i słoje światła, przekroje seledynowych brył nocy, plazmę
1453
przestworzy, tkankę rojeń nocnych. W taką noc nie podobna iść Podwalem
1454
ani żadną inną z ciemnych ulic, które są odwrotną stroną, niejako
1455
podszewką czterech linij rynku, i nie przypomnieć sobie, że o tej późnej
1456
porze bywają czasem jeszcze otwarte niektóre z owych osobliwych a tyle
1457
nęcących sklepów, o których zapomina się w dnie zwyczajne. Nazywam je
1458
sklepami cynamonowymi dla ciemnych boazeryj tej barwy, którymi są
1459
wyłożone. Te prawdziwie szlachetne handle, w późną noc otwarte, były
1460
zawsze przedmiotem moich gorących marzeń. Słabo oświetlone, ciemne i
1461
uroczyste ich wnętrza pachniały głębokim zapachem farb, laku, kadzidła,
1462
aromatem dalekich krajów i rzadkich materiałów. Mogłeś tam znaleźć ognie
1463
bengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajów dawno zaginionych,
1464
chińskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owadów
1465
egzotycznych, papug, tukanów, żywe salamandry i bazyliszki, korzeń
1466
Mandragory, norymberskie mechanizmy, homunculusy w doniczkach,
1467
mikroskopy i lunety, a nade wszystko rzadkie i osobliwe książki, stare
1468
folianty pełne przedziwnych rycin i oszołamiających historyj. Pamiętam
1469
tych starych i pełnych godności kupców, którzy obsługiwali klientów ze
1470
spuszczonymi oczyma, w dyskretnym milczeniu, i pełni byli mądrości i
1471
wyrozumienia dla ich najtajniejszych życzeń. Ale nade wszystko była tam
1472
jedna księgarnia, w której raz oglądałem rzadkie i zakazane druki,
1473
publikacje tajnych klubów, zdejmując zasłonę z tajemnic dręczących i
1474
upojnych. Tak rzadko zdarzała się sposobność odwiedzania tych sklepów -
1475
i w dodatku z małą, lecz wystarczającą sumą pieniędzy w kieszeni. Nie
1476
można było pominąć tej okazji mimo ważności misji powierzonej naszej
1477
gorliwości. Trzeba się było zapuścić według mego obliczenia w boczną
1478
uliczkę, minąć dwie albo trzy przecznice, ażeby osiągnąć ulicę nocnych
1479
sklepów. To oddalało mnie od celu, ale można było nadrobić spóźnienie,
1480
wracając drogą na Żupy Solne. Uskrzydlony pragnieniem zwiedzenia sklepów
1481
cynamonowych, skręciłem w wiadomą mi ulicę i leciałem więcej, aniżeli
1482
szedłem, bacząc, by nie zmylić drogi. Tak minąłem już trzecią czy
1483
czwartą przecznicę, a upragnionej ulicy wciąż nie było. W dodatku nawet
1484
konfiguracja ulic nie odpowiadała oczekiwanemu obrazowi. Sklepów ani
1485
śladu. Szedłem ulicą, której domy nie miały nigdzie bramy wchodowej,
1486
tylko okna szczelnie zamknięte, ślepe odblaskiem księżyca. Po drugiej
1487
stronie tych domów musi prowadzić właściwa ulica, od której te domy są
1488
dostępne - myślałem sobie. Z niepokojem przyspieszałem kroku, rezygnując
1489
w duchu z myśli zwiedzenia sklepów. Byle tylko wydostać się stąd prędko
1490
w znane okolice miasta. Zbliżałem się do wylotu, pełen niepokoju, gdzie
1491
też ona mnie wyprowadzi. Wyszedłem na szeroki, rzadko zabudowany
1492
gościniec, bardzo długi i prosty. Owiał mnie od razu oddech szerokiej
1493
przestrzeni. Stały tam przy ulicy albo w głębi ogrodów malownicze wille,
1494
ozdobne budynki bogaczy. W przerwach między nimi widniały parki i mury
1495
sadów. Obraz przypominał z daleka ulicę Leszniańską w jej dolnych i
1496
rzadko zwiedzanych okolicach. Światło księżyca, rozpuszczone w
1497
tysiącznych barankach, w łuskach srebrnych na niebie, było blade i tak
1498
jasne jak w dzień - tylko parki i ogrody czerniały w tym srebrnym
1499
krajobrazie. Przyjrzawszy się bacznie jednemu z budynków, doszedłem do
1500
przekonania, że mam przed sobą tylną i nigdy nie widzianą stronę gmachu
1501
gimnazjalnego. Właśnie dochodziłem do bramy, która ku memu zdziwieniu
1502
była otwarta, sień oświetlona. Wszedłem i znalazłem się na czerwonym
1503
chodniku korytarza. Miałem nadzieję, że zdołam nie spostrzeżony
1504
przekraść się przez budynek i wyjść przednią bramą, skracając sobie
1505
znakomicie drogę. Przypomniałem sobie, że o tej późnej godzinie musi się
1506
w sali profesora Arendta odbywać jedna z lekcyj nadobowiązkowych,
1507
prowadzona w późną noc, na które zbieraliśmy się zimową porą, płonąc
1508
szlachetnym zapałem do ćwiczeń rysunkowych, jakim natchnął nas ten
1509
znakomity nauczyciel. Mała gromadka pilnych gubiła się prawie w wielkiej
1510
ciemnej sali, na której ścianach ogromniały i łamały się cienie naszych
1511
głów, rzucane od dwóch małych świeczek płonących w szyjkach butelek.
1512
Prawdę mówiąc, niewieleśmy podczas tych godzin rysowali i profesor nie
1513
stawiał zbyt ścisłych wymagań. Niektórzy przynosili sobie z domu
1514
poduszki i układali się na ławkach do powierzchownej drzemki. I tylko
1515
najpilniejsi rysowali pod samą świecą, w złotym kręgu jej blasku.
1516
Czekaliśmy zazwyczaj długo na przyjście profesora, nudząc się wśród
1517
sennych rozmów. Wreszcie otwierały się drzwi jego pokoju i wchodził -
1518
mały, z piękną brodą, pełen ezoterycznych uśmiechów, dyskretnych
1519
przemilczeń i aromatu tajemnicy. Szybko zaciskał za sobą drzwi gabinetu,
1520
przez które w momencie otworzenia tłoczyła się za jego głową ciżba
1521
gipsowych cieni, fragmentów klasycznych, bolesnych Niobid, Danaid i
1522
Tantalidów, cały smutny i jałowy Olimp, więdnący od lat w tym muzeum
1523
gipsów. Zmierzch tego pokoju mętniał i za dnia i przelewał się sennie od
1524
gipsowych marzeń, pustych spojrzeń, blednących owali i zamyśleń
1525
odchodzących w nicość. Lubiliśmy nieraz podsłuchiwać pod drzwiami -
1526
ciszy, pełnej westchnień i szeptów tego kruszejącego w pajęczynach
1527
rumowiska, tego rozkładającego się w nudzie i monotonii zmierzchu bogów.
1528
Profesor przechadzał się dostojnie, pełen namaszczenia, wzdłuż pustych
1529
ławek, wśród których rozrzuceni małymi grupkami, rysowaliśmy coś w
1530
szarym odblasku nocy zimowej. Było zacisznie i sennie. Gdzieniegdzie
1531
koledzy moi układali się do snu. Świeczki powoli dogasały w butelkach.
1532
Profesor pogrążał się w głęboką witrynę, pełną starych foliałów,
1533
staromodnych ilustracyj, sztychów i druków. Pokazywał nam wśród
1534
ezoterycznych gestów stare litografie wieczornych pejzaży, gęstwiny
1535
nocne, aleje zimowych parków, czerniejące na białych drogach
1536
księżycowych. Wśród sennych rozmów upływał niespostrzeżenie czas i biegł
1537
nierównomiernie, robiąc niejako węzły w upływie godzin, połykając kędyś
1538
całe puste interwały trwania, Niespostrzeżenie, bez przejścia,
1539
odnajdywaliśmy naszą czeredę już w drodze powrotnej na białej od śniegu
1540
ścieżce szpaleru, flankowanej czarną, suchą gęstwiną krzaków. Szliśmy
1541
wzdłuż tego włochatego brzegu ciemności, ocierając się o niedźwiedzie
1542
futro krzaków, trzaskających pod naszymi nogami w jasną noc
1543
bezksiężycową, w mleczny, fałszywy dzień, daleko po północy. Rozprószona
1544
biel tego światła, mżąca ze śniegu, z bladego powietrza, z mlecznych
1545
przestworzy, była jak szary papier sztychu, na którym głęboką czernią
1546
plątały się kreski i szrafirunki gęstych zarośli. Noc powtarzała teraz
1547
głęboko po północy te serie nokturnów, sztychów nocnych profesora
1548
Arendta, kontynuowała jego fantazje. W tej czarnej gęstwinie parku, we
1549
włochatej sierści zarośli, w masie kruchego chrustu były miejscami
1550
nisze, gniazda najgłębszej puszystej czarności, pełne plątaniny,
1551
sekretnych gestów, bezładnej rozmowy na migi. Było w tych gniazdach
1552
zacisznie i ciepło. Siadaliśmy tam na letnim miękkim śniegu w naszych
1553
włochatych płaszczach, zajadając orzechy, których pełna była leszczynowa
1554
ta gęstwina w ową wiosenną zimę. Przez zarośla przewijały się bezgłośnie
1555
kuny, łasice i ichneumony, futrzane, węszące zwierzątka, śmierdzące
1556
kożuchem, wydłużone, na niskich łapkach. Podejrzewaliśmy, że były między
1557
nimi okazy gabinetu szkolnego, które choć wypatroszone i łysiejące,
1558
uczuwały w tę białą noc w swym pustym wnętrzu głos starego instynktu,
1559
głos rui, i wracały do matecznika na krótki, złudny żywot. Ale powoli
1560
fosforescencja wiosennego śniegu mętniała i gasła i nadchodziła czarna i
1561
gęsta oćma przed świtem. Niektórzy z nas zasypiali w ciepłym śniegu,
1562
inni domacywali się w gęstwinie bram swych domów, wchodzili omackiem do
1563
ciemnych wnętrzy, w sen rodziców i braci, w dalszy ciąg głębokiego
1564
chrapania, które doganiali na swych spóźnionych drogach. Te nocne seanse
1565
pełne były dla mnie tajemnego uroku, nie mogłem i teraz pominąć
1566
sposobności, by nie zaglądnąć na moment do sali rysunkowej,
1567
postanawiając, że nie pozwolę się tam zatrzymać dłużej nad krótką
1568
chwilkę. Ale wstępując po tylnych, cedrowych schodach, pełnych
1569
dźwięcznego rezonansu, poznałem, że znajduję się w obcej, nigdy nie
1570
widzianej stronie gmachu. Najlżejszy szmer nie przerywał tu solennej
1571
ciszy. Korytarze były w tym skrzydle obszerniejsze, wysłane pluszowym
1572
dywanem i pełne wytworności. Małe, ciemno płonące lampy świeciły na ich
1573
zagięciach. Minąwszy jedno takie kolano, znalazłem się na korytarzu
1574
jeszcze większym, strojnym w przepych pałacowy. Jedna jego ściana
1575
otwierała się szerokimi, szklanymi arkadami do wnętrza mieszkania.
1576
Zaczynała się tu przed oczyma długa amfilada pokojów, biegnących w głąb
1577
i urządzonych z olśniewającą wspaniałością. Szpalerem obić jedwabnych,
1578
luster złoconych, kosztownych mebli i kryształowych pająków biegł wzrok
1579
w puszysty miąższ tych zbytkownych wnętrzy, pełnych kolorowego wirowania
1580
i migotliwych arabesek, plączących się girland i pączkujących kwiatów.
1581
Głęboka cisza tych pustych salonów pełna była tylko tajnych spojrzeń,
1582
które oddawały sobie zwierciadła, i popłochu arabesek, biegnących wysoko
1583
fryzami wzdłuż ścian i gubiących się w sztukateriach białych sufitów. Z
1584
podziwem i czcią stałem przed tym przepychem, domyślałem się, że nocna
1585
moja eskapada zaprowadziła mnie niespodzianie w skrzydło dyrektora,
1586
przed jego prywatne mieszkanie. Stałem przygwożdżony ciekawością, z
1587
bijącym sercem, gotów do ucieczki za najlżejszym szmerem. Jakże mógłbym,
1588
przyłapany, usprawiedliwić to moje nocne szpiegowanie, moje zuchwałe
1589
wścibstwo? W którymś z głębokich pluszowych foteli mogła, nie
1590
dostrzeżona i cicha, siedzieć córeczka dyrektora i podnieść nagle na
1591
mnie oczy znad książki - czarne, sybilińskie, spokojne oczy, których
1592
spojrzenia nikt z nas wytrzymać nie umiał. Ale cofnąć się w połowie
1593
drogi, nie dokonawszy powziętego planu, poczytałbym był sobie za
1594
tchórzostwo. Zresztą głęboka cisza panowała dookoła w pełnych przepychu
1595
wnętrzach, oświetlonych przyćmionym światłem nie określonej pory. Przez
1596
arkady korytarza widziałem na drugim końcu wielkiego salonu duże,
1597
oszklone drzwi, prowadzące na taras. Było tak cicho wokoło, że nabrałem
1598
odwagi. Nie wydawało mi się to połączone ze zbyt wielkim ryzykiem, zejść
1599
z paru stopni, prowadzących do poziomu sali, w kilku susach przebiegnąć
1600
wielki, kosztowny dywan i znaleźć się na tarasie, z którego bez trudu
1601
dostać się mogłem na dobrze mi znaną ulicę. Uczyniłem tak. Zeszedłszy na
1602
parkiety salonu, pod wielkie palmy, wystrzelające tam z wazonów aż do
1603
arabesek sufitu, spostrzegłem, że znajduję się już właściwie na gruncie
1604
neutralnym, gdyż salon nie miał wcale przedniej ściany. Był on rodzajem
1605
wielkiej loggii, łączącej się przy pomocy paru stopni z placem miejskim.
1606
Była to niejako odnoga tego placu i niektóre meble stały już na bruku.
1607
Zbiegłem z kilku kamiennych schodów i znalazłem się znów na ulicy.
1608
Konstelacje stały już stromo na głowie, wszystkie gwiazdy przekręciły
1609
się na drugą stronę, ale księżyc, zagrzebany w pierzyny obłoczków, które
1610
rozświetlał swą niewidzialną obecnością, zdawał się mieć przed sobą
1611
jeszcze nieskończoną drogę i, zatopiony w swych zawiłych procederach
1612
niebieskich, nie myślał o świcie. Na ulicy czerniało kilka dorożek,
1613
rozjechanych i rozklekotanych jak kalekie, drzemiące kraby czy karakony.
1614
Woźnica nachylił się z wysokiego kozła. Miał twarz drobną, czerwoną i
1615
dobroduszną. - Pojedziemy, paniczu? - zapytał. Powóz zadygotał we
1616
wszystkich stawach i przegubach swego wieloczłonkowego ciała i ruszył na
1617
lekkich obręczach. Ale kto w taką noc powierza się kaprysom
1618
nieobliczalnego dorożkarza? Wśród klekotu szprych, wśród dudnienia pudła
1619
i budy nie mogłem porozumieć się z nim co do celu drogi. Kiwał na
1620
wszystko niedbale i pobłażliwie głową i podśpiewywał sobie, jadąc drogą
1621
okrężną przez miasto. Przed jakimś szynkiem stała grupa dorożkarzy,
1622
kiwając nań przyjaźnie rękami. Odpowiedział im coś radośnie, po czym nie
1623
zatrzymując pojazdu, rzucił mi lejce na kolana, spuścił się z kozła i
1624
przyłączył do gromady kolegów. Koń, stary mądry koń dorożkarski,
1625
oglądnął się pobieżnie i pojechał dalej jednostajnym, dorożkarskim
1626
kłusem. Właściwie koń ten budził zaufanie - wydawał się mądrzejszy od
1627
woźnicy. Ale powozić nie umiałem - trzeba się było zdać na jego wolę.
1628
Wjechaliśmy na podmiejską ulicę ujętą z obu stron w ogrody. Ogrody te
1629
przechodziły zwolna, w miarę posuwania się, w parki wielkodrzewne, a te
1630
w lasy. Nie zapomnę nigdy tej jazdy świetlistej w najjaśniejszą noc
1631
zimową. Kolorowa mapa niebios wyogromniała w kopułę niezmierną, na
1632
której spiętrzyły się fantastyczne lądy, oceany i morza, porysowane
1633
liniami wirów i prądów gwiezdnych, świetlistymi liniami geografii
1634
niebieskiej. Powietrze stało się lekkie do oddychania i świetlane jak
1635
gaza srebrna. Pachniało fiołkami. Spod wełnianego jak białe karakuły
1636
śniegu wychylały się anemony drżące, z iskrą światła księżycowego w
1637
delikatnym kielichu. Las cały zdawał się iluminować tysiącznymi
1638
światłami, gwiazdami, które rzęsiście ronił grudniowy firmament.
1639
Powietrze dyszało jakąś tajną wiosną, niewypowiedzianą czystością śniegu
1640
i fiołków. Wjechaliśmy w teren pagórkowaty. Linie wzgórzy, włochatych
1641
nagimi rózgami drzew, podnosiły się jak błogie westchnienia w niebo.
1642
Ujrzałem na tych szczęśliwych zboczach całe grupy wędrowców,
1643
zbierających wśród mchu i krzaków opadłe i mokre od śniegu gwiazdy.
1644
Droga stała się stroma, koń poślizgiwał się i z trudem ciągnął pojazd,
1645
grający wszystkimi przegubami. Byłem szczęśliwy. Pierś moja wchłaniała
1646
tę błogą wiosnę powietrza, świeżość gwiazd i śniegu. Przed piersią konia
1647
zbierał się wał białej piany śnieżnej, coraz wyższy i wyższy. Z trudem
1648
przekopywał się koń przez czystą i świeżą jego masę. Wreszcie ustał.
1649
Wyszedłem z dorożki. Dyszał ciężko ze zwieszoną głową. Przytuliłem jego
1650
łeb do piersi, w jego wielkich czarnych oczach lśniły łzy. Wtedy
1651
ujrzałem na jego brzuchu okrągłą czarną ranę. - -Dlaczego mi nie
1652
powiedziałeś? - szepnąłem ze łzami. - Drogi mój - to dla ciebie - rzekł
1653
i stał się bardzo mały, jak konik z drzewa. Opuściłem go. Czułem się
1654
dziwnie lekki i szczęśliwy. Zastanawiałem się, czy czekać na małą
1655
kolejkę lokalną, która tu zajeżdżała, czy też pieszo wrócić do miasta.
1656
Zacząłem schodzić stromą serpentyną wśród lasu, początkowo idąc krokiem
1657
lekkim, elastycznym, potem, nabierając rozpędu, przeszedłem w posuwisty
1658
szczęśliwy bieg, który zmienił się wnet w jazdę jak na nartach. Mogłem
1659
dowoli regulować szybkość, kierować jazdą przy pomocy lekkich zwrotów
1660
ciała. W pobliżu miasta zahamowałem ten bieg tryumfalny, zmieniając go
1661
na przyzwoity krok spacerowy. Księżyc stał jeszcze ciągle wysoko.
1662
Transformacje nieba, metamorfozy jego wielokrotnych sklepień w coraz to
1663
kunsztowniejsze konfiguracje nie miały końca. Jak srebrne astrolabium
1664
otwierało niebo w tę noc czarodziejską mechanizm wnętrza i ukazywało w
1665
nieskończonych ewolucjach złocistą matematykę swych kół i trybów. Na
1666
rynku spotkałem ludzi zażywających przechadzki. Wszyscy, oczarowani
1667
widowiskiem tej nocy, mieli twarze wzniesione i srebrne od magii nieba.
1668
Troska o portfel opuściła mnie zupełnie. Ojciec, pogrążony w swych
1669
dziwactwach, zapewne zapomniał już o zgubie, o matkę nie dbałem. W taką
1670
noc, jedyną w roku, przychodzą szczęśliwe myśli, natchnienia, wieszcze
1671
tknięcia palca bożego. Pełen pomysłów i inspiracji, chciałem skierować
1672
się do domu, gdy zaszli mi drogę koledzy z książkami pod pachą. Zbyt
1673
wcześnie wyszli do szkoły, obudzeni jasnością tej nocy, która nie
1674
chciała się skończyć. Poszliśmy gromadą na spacer stromo spadającą
1675
ulicą, z której wiał powiew fiołków, niepewni, czy to jeszcze magia nocy
1676
srebrzyła się na śniegu, czy też świt już wstawał...
1677
 
1678
ULICA KROKODYLI Mój ojciec przechowywał w dolnej szufladzie swego
1679
głębokiego biurka starą i piękną mapę naszego miasta. Był to cały
1680
wolumen in folio pergaminowych kart, które pierwotnie spojone skrawkami
1681
płótna, tworzyły ogromną mapę ścienną w kształcie panoramy z ptasiej
1682
perspektywy. Zawieszona na ścianie, zajmowała niemal przestrzeń całego
1683
pokoju i otwierała daleki widok na całą dolinę Tyśmienicy, wijącej się
1684
falisto bladozłotą wstęgą, na całe pojezierze szeroko rozlanych moczarów
1685
i stawów, na pofałdowane przedgórza, ciągnące się ku południowi, naprzód
1686
z rzadka, potem coraz tłumniejszymi pasmami, szachownicą okrągławych
1687
wzgórzy, coraz mniejszych i coraz bledszych, w miarę jak odchodziły ku
1688
złotawej i dymnej mgle horyzontu. Z tej zwiędłej dali peryferii
1689
wynurzało się miasto i rosło ku przodowi, naprzód jeszcze w nie
1690
zróżnicowanych kompleksach, w zwartych blokach i masach domów,
1691
poprzecinanych głębokimi parowami ulic, by bliżej jeszcze wyodrębnić się
1692
w pojedyncze kamienice, sztychowane z ostrą wyrazistością widoków
1693
oglądanych przez lunetę. Na tych bliższych planach wydobył sztycharz
1694
cały zawikłany i wieloraki zgiełk ulic i zaułków, ostrą wyrazistość
1695
gzymsów, architrawów, archiwolt i pilastrów, świecących w późnym i
1696
ciemnym złocie pochmurnego popołudnia, które pogrąża wszystkie załomy i
1697
framugi w głębokiej sepii cienia. Bryły i pryzmy tego cienia wcinały
1698
się, jak plastry ciemnego miodu, w wąwozy ulic, zatapiały w swej
1699
ciepłej, soczystej masie tu całą połowę ulicy, tam wyłom między domami,
1700
dramatyzowały i orkiestrowały ponurą romantyką cieni tę wieloraką
1701
polifonię architektoniczną. Na tym planie, wykonanym w stylu barokowych
1702
prospektów, okolica Ulicy Krokodylej świeciła pustą bielą, jaką na
1703
kartach geograficznych zwykło się oznaczać okolice podbiegunowe, krainy
1704
niezbadane i niepewnej egzystencji. Tylko linie kilku ulic wrysowane tam
1705
były czarnymi kreskami i opatrzone nazwami w prostym, nieozdobnym
1706
piśmie, w odróżnieniu od szlachetnej antykwy innych napisów. Widocznie
1707
kartograf wzbraniał się uznać przynależność tej dzielnicy do zespołu
1708
miasta i zastrzeżenie swe wyraził w tym odrębnym i postponującym
1709
wykonaniu. Aby zrozumieć tę rezerwę, musimy już teraz zwrócić uwagę na
1710
dwuznaczny i wątpliwy charakter tej dzielnicy, tak bardzo odbiegający od
1711
zasadniczego tonu całego miasta. Był to dystrykt przemysłowo-handlowy z
1712
podkreślonym jaskrawo charakterem trzeźwej użytkowości. Duch czasu,
1713
mechanizm ekonomiki, nie oszczędził i naszego miasta i zapuścił korzenie
1714
na skrawku jego peryferii, gdzie rozwinął się w pasożytniczą dzielnicę.
1715
Kiedy w starym mieście panował wciąż jeszcze nocny, pokątny handel,
1716
pełen solennej ceremonialności, w tej nowej dzielnicy rozwinęły się od
1717
razu nowoczesne, trzeźwe formy komercjalizmu. Pseudoamerykanizm,
1718
zaszczepiony na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujną,
1719
lecz pustą i bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności.
1720
Widziało się tam tanie, marnie budowane kamienice o karykaturalnych
1721
fasadach, oblepione monstrualnymi sztukateriami z popękanego gipsu.
1722
Stare, krzywe domki podmiejskie otrzymały szybko sklecone portale, które
1723
dopiero bliższe przyjrzenie demaskowało jako nędzne imitacje
1724
wielkomiejskich urządzeń. Wadliwe, mętne i brudne szyby, łamiące w
1725
falistych refleksach ciemne odbicie ulicy, nie heblowane drzewo portali,
1726
szara atmosfera jałowych tych wnętrzy, osiadających pajęczyną i kłakami
1727
kurzu na wysokich półkach i wzdłuż odartych i kruszących się ścian,
1728
wyciskały tu, na sklepach, piętno dzikiego Klondike'u. Tak ciągnęły się
1729
jeden za drugim, magazyny krawców, konfekcje, składy porcelany,
1730
drogerie, zakłady fryzjerskie. Szare ich, wielkie szyby wystawowe nosiły
1731
ukośnie lub w półkolu biegnące napisy ze złoconych plastycznych liter:
1732
CONFISERIE, MANUCURE, KING OF ENGLAND. Rdzenni mieszkańcy miasta
1733
trzymali się z dala od tej okolicy, zamieszkiwanej przez szumowiny,
1734
przez gmin, przez kreatury bez charakteru, bez gęstości, przez istną
1735
lichotę moralną, tę tandetną odmianę człowieka, która rodzi się w takich
1736
efemerycznych środowiskach. Ale w dniach upadku, w godzinach niskiej
1737
pokusy zdarzało się, że ten lub ów z mieszkańców miasta zabłąkiwał się
1738
na wpół przypadkiem w tę wątpliwą dzielnicę. Najlepsi nie byli czasem
1739
wolni od pokusy dobrowolnej degradacji, zniwelowania granic i
1740
hierarchii, pławienia się w tym płytkim błocie wspólnoty, łatwej
1741
intymności, brudnego zmieszania. Dzielnica ta była eldoradem takich
1742
dezerterów moralnych, takich zbiegów spod sztandaru godności własnej.
1743
Wszystko zdawało się tam podejrzane i dwuznaczne, wszystko zapraszało
1744
sekretnym mrugnięciem, cynicznie artykułowanym gestem, wyraźnie
1745
przymrużonym perskim okiem - do nieczystych nadziei, wszystko wyzwalało
1746
z pęt niską naturę. Mało kto, nie uprzedzony, spostrzegał dziwną
1747
osobliwość tej dzielnicy: brak barw, jak gdyby w tym tandetnym, w
1748
pośpiechu wyrosłym mieście nie można było sobie pozwolić na luksus
1749
kolorów. Wszystko tam było szare jak na jednobarwnych fotografiach, jak
1750
w ilustrowanych prospektach. Podobieństwo to wychodziło poza zwykłą
1751
metaforę, gdyż chwilami, wędrując po tej części miasta, miało się w
1752
istocie wrażenie, że wertuje się w jakimś prospekcie, w nudnych
1753
rubrykach komercjalnych ogłoszeń, wśród których zagnieździły się
1754
pasożytniczo podejrzane anonse, drażliwe notatki, wątpliwe ilustracje; i
1755
wędrówki te były równie jałowe i bez rezultatu jak ekscytacje fantazji,
1756
pędzonej przez szpalty i kolumny pornograficznych druków. Wchodziło się
1757
do jakiegoś krawca, żeby zamówić ubranie - ubranie o taniej elegancji,
1758
tak charakterystycznej dla tej dzielnicy. Lokal był wielki i pusty,
1759
bardzo wysoki i bezbarwny. Ogromne wielopiętrowe półki wznoszą się jedne
1760
nad drugimi w nie określoną wysokość tej hali. Kondygnacje pustych półek
1761
wyprowadzają wzrok w górę aż pod sufit, który może być niebem - lichym,
1762
bezbarwnym, odrapanym niebem tej dzielnicy. Natomiast dalsze magazyny,
1763
które widać przez otwarte drzwi, pełne są aż pod sufit pudeł i kartonów,
1764
piętrzących się ogromną kartoteką, która rozpada się w górze, pod
1765
zagmatwanym niebem strychu w kubaturę pustki, w jałowy budulec nicości.
1766
Przez wielkie szare okna, kratkowane wielokrotnie jak arkusze papieru
1767
kancelaryjnego, nie wchodzi światło, gdyż przestrzeń sklepu już
1768
napełniona jest, jak wodą, indyferentną szarą poświatą, która nie rzuca
1769
cienia i nie akcentuje niczego. Wnet nawija się jakiś smukły
1770
młodzieniec, zadziwiająco usłużny, giętki i nieodporny, ażeby dogodzić
1771
naszym życzeniom i zalać nas tanią i łatwą wymową subiekta. Ale gdy,
1772
gadając, rozwija ogromne postawy sukna, przymierza, fałduje i drapuje
1773
niekończącą się strugę materiału, przepływającą przez jego ręce,
1774
formując z jego fal iluzoryczne surduty i spodnie, cała ta manipulacja
1775
wydaje się czymś nieistotnym, pozorem, komedią, ironicznie zarzuconą
1776
zasłoną na prawdziwy sens sprawy. Panienki sklepowe, smukłe i czarne,
1777
każda z jakąś skazą piękności (charakterystyczną dla tej dzielnicy
1778
wybrakowanych artykułów), wchodzą i wychodzą, stają w drzwiach
1779
magazynów, sondując oczyma, czy rzecz wiadoma (powierzona doświadczonym
1780
rękom subiekta) dojrzewa do punktu właściwego. Subiekt przymila się i
1781
kryguje i chwilami robi wrażenie transwestyty. Chciałoby się go ująć pod
1782
miękko zarysowaną brodę lub uszczyp-nąć w upudrowany blady policzek, gdy
1783
z porozumiewawczym półspojrzeniem dyskretnie zwraca uwagę na markę
1784
ochronną towaru, markę o przejrzystej symbolice. Zwolna sprawa wyboru
1785
ubrania schodzi na plan dalszy. Ten miękki do efeminacji i zepsuty
1786
młodzieniec, pełen zrozumienia dla najintymniejszych poruszeń klienta,
1787
przesuwa teraz przed jego oczyma osobliwe marki ochronne, całą
1788
bibliotekę znaków ochronnych, gabinet kolekcjonerski wyrafinowanego
1789
zbieracza. Pokazywało się wówczas, że magazyn konfekcji był tylko
1790
fasadą, za którą kryła się antykwarnia, zbiór wysoce dwuznacznych
1791
wydawnictw i druków prywatnych. Usłużny subiekt otwiera dalsze składy,
1792
wypełnione aż pod sufit książkami, rycinami, fotografiami. Te winiety,
1793
te ryciny przechodzą stokrotnie najśmielsze nasze marzenia. Takich
1794
kulminacyj zepsucia, takich wymyślności wyuzdania nie przeczuwaliśmy
1795
nigdy. Panienki sklepowe przesuwają się coraz częściej pomiędzy
1796
szeregami książek, szare i papierowe, ale pełne pigmentu w zepsutych
1797
twarzach, ciemnego pigmentu brunetek o lśniącej i tłustej czarności,
1798
która zaczajona w oczach, z nagła wybiegała z nich zygzakiem lśniącego
1799
karakoniego biegu. Ale i w spalonych rumieńcach, w pikantnych stygmatach
1800
pieprzyków, we wstydliwych znamionach ciemnego puszku zdradzała się rasa
1801
zapiekłej, czarnej krwi. Ten barwik o nazbyt intensywnej mocy, ta mokka
1802
gęsta i aromatyczna zdawała się plamić książki, które brały one do
1803
oliwkowej dłoni, ich dotknięcia zdawały się je farbować i zostawiać w
1804
powietrzu ciemny deszcz piegów, smugę tabaki, jak purchawka o
1805
podniecającej, animalnej woni. Tymczasem powszechna rozwiązłość zrzucała
1806
coraz bardziej hamulce pozorów. Subiekt, wyczerpawszy swą natarczywą
1807
aktywność, przechodził powoli do kobiecej bierności. Leży teraz na
1808
jednej z wielu kanap, porozstawianych wśród rejonów książek, w jedwabnej
1809
pidżamie, odsłaniającej kobiecy dekolt. Panienki demonstrują, jedna
1810
przed drugą, figury i pozycje rycin okładkowych, inne zasypiają już na
1811
prowizorycznych posłaniach. Nacisk na klienta rozluźniał się.
1812
Wypuszczano go z kręgu natarczywego zainteresowania, pozostawiano sobie
1813
samemu. Subiektki, zajęte rozmową, nie zwracały nań więcej uwagi.
1814
Odwrócone do niego tyłem lub bokiem, przystawały w aroganckim kontra
1815
poście, przestępowały z nogi na nogę, grając kokieteryjnym obuwiem,
1816
przepuszczały z góry na dół po smukłym ciele wężową grę członków,
1817
atakując nią spoza swej niedbałej nieodpowiedzialności podnieconego
1818
widza, którego ignorowały. Tak cofano się, wsuwano w głąb z
1819
wyrachowaniem, otwierając wolną przestrzeń dla aktywności gościa.
1820
Skorzystajmy z tego momentu nieuwagi, ażeby wymknąć się nieprzewidzianym
1821
konsekwencjom tej niewinnej wizyty i wydostać się na ulicę. Nikt nas nie
1822
zatrzymuje. Przez korytarze książek, pomiędzy długimi regałami czasopism
1823
i druków wydostajemy się ze sklepu i oto jesteśmy w tym miejscu Ulicy
1824
Krokodylej, gdzie z wyniesionego jej punktu widać niemal całą długość
1825
tego szerokiego traktu aż do dalekich, nie wykończonych zabudowań dworca
1826
kolejowego. Jest to szary dzień, jak zawsze w tej okolicy, i cała
1827
sceneria wydaje się chwilami fotografią z ilustrowanej gazety, tak
1828
szare, tak płaskie są domy, ludzie i pojazdy. Ta rzeczywistość jest
1829
cienka jak papier i wszystkimi szparami zdradza swą imitatywność.
1830
Chwilami ma się wrażenie, że tylko na małym skrawku przed nami układa
1831
się wszystko przykładnie w ten pointowany obraz bulwaru
1832
wielkomiejskiego, gdy tymczasem już na bokach rozwiązuje się i rozprzęga
1833
ta zaimprowizowana maskarada i, niezdolna wytrwać w swej roli, rozpada
1834
się za nami w gips i pakuły, w rupieciarnię jakiegoś ogromnego pustego
1835
teatru. Napięcie pozy, sztuczna powaga maski, ironiczny patos drży na
1836
tym naskórku. Ale dalecy jesteśmy od chęci demaskowania widowiska. Wbrew
1837
lepszej wiedzy czujemy się wciągnięci w tandetny czar dzielnicy. Zresztą
1838
nie brak w obrazie miasta i pewnych cech autoparodii. Rzędy małych,
1839
parterowych domków podmiejskich zmieniają się z wielopiętrowymi
1840
kamienicami, które zbudowane jak z kartonu, są konglomeratem szyldów,
1841
ślepych okien biurowych, szklistoszarych wystaw, reklam i numerów. Pod
1842
domami płynie rzeka tłumu. Ulica jest szeroka jak bulwar wielkomiejski,
1843
ale jezdnia, jak place wiejskie, zrobiona jest z ubitej gliny, pełna
1844
wybojów, kałuży i trawy. Ruch uliczny dzielnicy służy do porównań w tym
1845
mieście, mieszkańcy mówią o nim z dumą i porozumiewawczym błyskiem w
1846
oku. Szary, bezosobisty ten tłum jest nader przejęty swą rolą i pełen
1847
gorliwości w demonstrowaniu wielkomiejskiego pozoru. Wszelako, mimo
1848
zaaferowania i interesowności, ma się wrażenie błędnej, monotonnej,
1849
bezcelowej wędrówki, jakiegoś sennego korowodu marionetek. Atmosfera
1850
dziwnej błahości przenika tę całą scenerię. Tłum płynie monotonnie i,
1851
rzecz dziwna, widzi się go zawsze jakby niewyraźnie, figury przepływają
1852
w splątanym, łagodnym zgiełku, nie dochodząc do zupełnej wyrazistości.
1853
Czasem tylko wyławiamy z tego gwaru wielu głów jakieś ciemne, żywe
1854
spojrzenie, jakiś czarny melonik nasunięty głęboko na głowę, jakieś pół
1855
twarzy rozdarte uśmiechem, z ustami, które właśnie coś powiedziały,
1856
jakąś nogę wysuniętą w kroku i tak już zastygłą na zawsze. Osobliwością
1857
dzielnicy są dorożki bez woźniców, biegnące samopas po ulicach. Nie
1858
jakoby nie było tu dorożkarzy, ale wmieszani w tłum i zajęci tysiącem
1859
spraw, nie troszczą się o swe dorożki. W tej dzielnicy pozoru i pustego
1860
gestu nie przywiązuje się zbytniej wagi do ścisłego celu jazdy i
1861
pasażerowie powierzają się tym błędnym pojazdom z lekkomyślnością, która
1862
cechuje tu wszystko. Nieraz można ich widzieć na niebezpiecznych
1863
zakrętach, wychylonych daleko z połamanej budy, jak z lejcami w dłoniach
1864
przeprowadzają z natężeniem trudny manewr wymijania. Mamy w tej
1865
dzielnicy także tramwaje. Ambicja rajców miejskich święci tu najwyższy
1866
swój triumf. Ale pożałowania godny jest widok tych wozów, zrobionych z
1867
papier mâché, o ścianach powyginanych i zmiętych od wieloletniego
1868
użytku. Często brak im zupełnie przedniej ściany tak, że widzieć można w
1869
przejeździe pasażerów, siedzących sztywnie i zachowujących się z wielką
1870
godnością. Tramwaje te popychane są przez tragarzy miejskich.
1871
Najdziwniejszą atoli rzeczą jest komunikacja kolejowa na Ulicy
1872
Krokodylej. Czasami, w nieregularnych porach dnia, gdzieś ku końcowi
1873
tygodnia można zauważyć tłum ludzi czekających na zakręcie ulicy na
1874
pociąg. Nie jest się nigdy pewnym, czy przyjedzie i gdzie stanie, i
1875
zdarza się często, że ludzie ustawiają się w dwóch różnych punktach, nie
1876
mogąc uzgodnić swych poglądów na miejsce przystanku. Czekają długo i
1877
stoją czarnym milczącym tłumem wzdłuż ledwo zarysowanych śladów toru, z
1878
twarzami w profilu, jak szereg bladych masek z papieru, wyciętych w
1879
fantastyczną linię zapatrzenia. I wreszcie niespodzianie zajeżdża, już
1880
wjechał z bocznej uliczki, skąd go oczekiwano, niski jak wąż,
1881
miniaturowy, z małą, sapiącą, krępą lokomotywą. Wjechał w ten czarny
1882
szpaler i ulica staje się ciemna od tego ciągu wozów, siejących pył
1883
węglowy. Ciemne sapanie parowozu i powiew dziwnej powagi, pełnej smutku,
1884
tłumiony pośpiech i zdenerwowanie zamieniają ulicę na chwilę w halę
1885
dworca kolejowego w szybko zapadającym zmierzchu zimowym. Plagą naszego
1886
miasta jest ażiotaż biletów kolejowych i przekupstwo. W ostatniej
1887
chwili, gdy pociąg już stoi na stacji, toczą się w nerwowym pośpiechu
1888
pertraktacje z przekupnymi urzędnikami linii żelaznej. Zanim te
1889
negocjacje się kończą, pociąg rusza, odprowadzany przez wolno sunący,
1890
rozczarowany tłum, który odprowadza go daleko, ażeby się wreszcie
1891
rozproszyć. Ulica, zacieśniona na chwilę do tego zaimprowizowanego
1892
dworca, pełnego zmierzchu i tchnienia dalekich dróg - rozwidnia się
1893
znowu, rozszerza i przepuszcza znów swym korytem beztroski monotonny
1894
tłum spacerowiczów, który wędruje wśród gwaru rozmów wzdłuż wystaw
1895
sklepowych, tych brudnych, szarych czworoboków, pełnych tandetnych
1896
towarów, wielkich woskowych manekinów i lalek fryzjerskich. Wyzywająco
1897
ubrane, w długich koronkowych sukniach przechodzą prostytutki. Mogą to
1898
być zresztą żony fryzjerów lub kapelmistrzów kawiarnianych. Idą
1899
drapieżnym, posuwistym krokiem i mają w niedobrych, zepsutych twarzach
1900
nieznaczną skazę, która je przekreśla: zezują czarnym, krzywym zezem lub
1901
mają usta rozdarte, lub brak im koniuszka nosa. Mieszkańcy miasta dumni
1902
są z tego odoru zepsucia, którym tchnie Ulica Krokodyli. Nie mamy
1903
potrzeby niczego sobie odmawiać - myślą z dumą - stać nas i na prawdziwą
1904
wielkomiejską rozpustę. Twierdzą oni, że każda kobieta w tej dzielnicy
1905
jest kokotą. W istocie wystarczy zwrócić uwagę na którąś - a natychmiast
1906
spotyka się to uporczywe, lepkie spojrzenie, które nas zmraża rozkoszną
1907
pewnością. Nawet dziewczęta szkolne noszą tu w pewien charakterystyczny
1908
sposób kokardy, stawiają swoistą manierą smukłe nogi i mają tę nieczystą
1909
skazę w spojrzeniu, w której leży preformowane przyszłe zepsucie. A
1910
jednak - a jednak czy mamy zdradzić ostatnią tajemnicę tej dzielnicy,
1911
troskliwie ukrywany sekret Ulicy Krokodyli? Kilkakrotnie w trakcie
1912
naszego sprawozdania stawialiśmy pewne znaki ostrzegawcze, dawaliśmy w
1913
delikatny sposób wyraz naszym zastrzeżeniom. Uważny czytelnik nie będzie
1914
nie przygotowany na ten ostateczny obrót sprawy. Mówiliśmy o
1915
imitatywnym, iluzorycznym charakterze tej dzielnicy, ale słowa te mają
1916
zbyt ostateczne i stanowcze znaczenie, by określić połowiczny i
1917
niezdecydowany charakter jej rzeczywistości. Język nasz nie posiada
1918
określeń, które by dozowały niejako stopień realności, definiowały jej
1919
giętkość. Powiedzmy bez ogródek: fatalnością tej dzielnicy jest, że nic
1920
w niej nie dochodzi do skutku, nic nie odbiega od swego definitivum,
1921
wszystkie ruchy rozpoczęte zawisają w powietrzu, wszystkie gesty
1922
wyczerpują się przedwcześnie i nie mogą przekroczyć pewnego martwego
1923
punktu. Mogliśmy już zauważyć wielką bujność i rozrzutność - w
1924
intencjach, w projektach i antycypacjach, która cechuje tę dzielnicę.
1925
Cała ona nie jest niczym innym jak fermentacją pragnień, przedwcześnie
1926
wybujałą i dlatego bezsilną i pustą. W atmosferze nadmiernej łatwości
1927
kiełkuje tutaj każda najlżejsza zachcianka, przelotne napięcie puchnie i
1928
rośnie w pustą, wydętą narośl, wystrzela szara i lekka wegetacja
1929
puszystych chwastów, bezbarwnych włochatych maków, zrobiona z nieważkiej
1930
tkanki majaku i haszyszu. Nad całą dzielnicą unosi się leniwy i
1931
rozwiązły fluid grzechu i domy, sklepy, ludzie wydają się niekiedy
1932
dreszczem na jej gorączkującym ciele, gęsią skórką na jej febrycznych
1933
marzeniach. Nigdzie, jak tu, nie czujemy się tak zagrożeni
1934
możliwościami, wstrząśnięci bliskością spełnienia, pobladli i bezwładni
1935
rozkosznym truchleniem ziszczenia. Lecz na tym się też kończy.
1936
Przekroczywszy pewien punkt napięcia, przypływ zatrzymuje się i cofa,
1937
atmosfera gaśnie i przekwita, możliwości więdną i rozpadają się w
1938
nicość, oszalałe szare maki ekscytacji rozsypują się w popiół. Będziemy
1939
wiecznie żałowali, żeśmy wtedy wyszli na chwilę z magazynu konfekcji
1940
podejrzanej konduity. Nigdy nie trafimy już doń z powrotem. Będziemy
1941
błądzili od szyldu do szyldu i mylili się setki razy. Zwiedzimy
1942
dziesiątki magazynów, trafimy do całkiem podobnych, będziemy wędrowali
1943
przez szpalery książek, wertowali czasopisma i druki, konferowali długo
1944
i zawile z panienkami o nadmiernym pigmencie i skażonej piękności, które
1945
nie potrafią zrozumieć naszych życzeń. Będziemy się wikłali w
1946
nieporozumieniach, aż cała nasza gorączka i podniecenie ulotni się w
1947
niepotrzebnym wysiłku, w straconej na próżno gonitwie. Nasze nadzieje
1948
były nieporozumieniem, dwuznaczny wygląd lokalu i służby- pozorem,
1949
konfekcja była prawdziwą konfekcją, a subiekt nie miał żadnych ukrytych
1950
intencyj. Świat kobiecy Ulicy Krokodylej odznacza się całkiem miernym
1951
zepsuciem, zagłuszonym grubymi warstwami przesądów moralnych i banalnej
1952
pospolitości. W tym mieście taniego materiału ludzkiego brak także
1953
wybujałości instynktu, brak niezwykłych i ciemnych namiętności. Ulica
1954
Krokodyli była koncesją naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsucia
1955
wielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego jak na
1956
papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych,
1957
zeszłorocznych gazet.
1958
 
1959
KARAKONY Było to w okresie szarych dni, które nastąpiły po świetnej
1960
kolorowości genialnej epoki mego ojca. Były to długie tygodnie depresji,
1961
ciężkie tygodnie bez niedziel i świąt, przy zamkniętym niebie i w
1962
zubożałym krajobrazie. Ojca już wówczas nie było. Górne pokoje
1963
wysprzątano i wynajęto pewnej telefonistce. Z całego ptasiego
1964
gospodarstwa pozostał nam jedyny egzemplarz, wypchany kondor, stojący na
1965
półce w salonie. W chłodnym półmroku zamkniętych firanek stał on tam,
1966
jak za życia, na jednej nodze, w pozie buddyjskiego mędrca, a gorzka
1967
jego, wyschła twarz ascety skamieniała w wyraz ostatecznej obojętności i
1968
abnegacji. Oczy wypadły, a przez wypłakane, łzawe orbity sypały się
1969
trociny. Tylko rogowate egipskie narośle na nagim potężnym dziobie i na
1970
łysej szyi, narośle i gruzły spłowiałobłękitnej barwy nadawały tej
1971
starczej głowie coś dostojnie hieratycznego. Pierzasty habit jego był
1972
już w wielu miejscach przeżarty przez mole i gubił miękkie, szare
1973
pierze, które Adela raz w tygodniu wymiatała wraz z bezimiennym kurzem
1974
pokoju. W wyłysiałych miejscach widać było workowe, grube płótno, z
1975
którego wyłaziły kłaki konopne. Miałem ukryty żal do matki za łatwość, z
1976
jaką przeszła do porządku dziennego nad stratą ojca. Nigdy go nie
1977
kochała - myślałem - a ponieważ ojciec nie był zakorzeniony w sercu
1978
żadnej kobiety, przeto nie mógł też wróść w żadną realność i unosił się
1979
wiecznie na peryferii życia, w półrealnych regionach, na krawędziach
1980
rzeczywistosci. Nawet na uczciwą obywatelską śmierć nie zasłużył sobie -
1981
myślałem - wszystko u niego musiało, być dziwaczne i wątpliwe.
1982
Postanowiłem w stosownej chwili zaskoczyć matkę otwartą rozmową. Owego
1983
dnia (był ciężki dzień zimowy i od rana już sypał się miękki puch
1984
zmierzchu) matka miała migrenę i leżała na sofie samotnie w salonie. W
1985
tym rzadko odwiedzanym, paradnym pokoju panował od czasu zniknięcia ojca
1986
wzorowy porządek, pielęgnowany woskiem i szczotkami przez Adelę. Meble
1987
przykryte były pokrowcami; wszystkie sprzęty poddały się żelaznej
1988
dyscyplinie, jaką Adela roztoczyła nad tym pokojem. Tylko pęk piór
1989
pawich, stojących w wazie na komodzie, nie dał się utrzymać w ryzach.
1990
Był to element swawolny, niebezpieczny, o nieuchwytnej rewolucyjności,
1991
jak rozhukana klasa gimnazjastek, pełna dewocji w oczy, a rozpustnej
1992
swawoli poza oczyma. Świdrowały te oczy dzień cały i wierciły dziury w
1993
ścianach, mrugały, tłoczyły się, trzepocąc rzęsami, z palcem przy
1994
ustach, jedne przez drugie, pełne chichotu i psoty. Napełniały pokój
1995
świergotem i szeptem, rozsypywały się, jak motyle, dookoła
1996
wieloramiennej lampy, uderzały tłumem barwnym w matowe, starcze dziurki
1997
od kluczy. Nawet w obecności matki, leżącej z zawiązaną głową na sofie,
1998
nie mogły się powstrzymać, robiły perskie oczko, dawały sobie znaki,
1999
mówiły niemym, kolorowym alfabetem, pełnym sekretnych znaczeń. Irytowało
2000
mnie to szydercze porozumienie, ta migotliwa zmowa poza mymi plecami. Z
2001
kolanami przyciśniętymi do sofy matki, badając dwoma palcami, jakby w
2002
zamyśleniu, delikatną materię jej szlafroka, rzekłem niby mimochodem: -
2003
Chciałem cię już od dawna zapytać: prawda, że to jest on? - I chociaż
2004
nie wskazałem nawet spojrzeniem na kondora, matka odgadła od razu,
2005
zmieszała się bardzo i spuściła oczy. Dałem umyślnie upłynąć chwili,
2006
żeby wykosztować jej zmieszanie, po czym z całym spokojem, opanowując
2007
wzbierający gniew, spytałem: - Jaki sens mają w takim razie te wszystkie
2008
plotki i kłamstwa, które rozsiewasz o ojcu? Lecz jej rysy, które w
2009
pierwszej chwili rozpadły się były w panice, zaczęły się znowu
2010
porządkować. - Jakie kłamstwa? - spytała mrugając oczyma, które były
2011
puste, nalane ciemnym błękitem, bez białka. - Znam je od Adeli - rzekłem
2012
- ale wiem, że pochodzą od ciebie; chcę wiedzieć prawdę. Usta jej drżały
2013
lekko, źrenice, unikając mego wzroku, powędrowały w kąt oka. - Nie
2014
kłamałam - rzekła, a usta- jej napęczniały i stały się małe zarazem.
2015
Uczułem, że mnie kokietuje jak kobieta mężczyznę. - Z tymi karakonami to
2016
prawda - sam przecież pamiętasz... - Zmieszałem się. Pamiętałem w
2017
istocie tę inwazję karakonów, ten zalew czarnego rojowiska, które
2018
napełniało ciemność nocną, pajęczą bieganiną. Wszystkie szpary pełne
2019
były drgających wąsów, każda szczelina mogła wystrzelić z nagła
2020
karakonem, z każdego pęknięcia podłogi mogła zlęgnąć się ta czarna
2021
błyskawica, lecąca oszalałym zygzakiem po podłodze. Ach, ten dziki obłęd
2022
popłochu, pisany błyszczącą, czarną linią na tablicy podłogi. Ach, te
2023
krzyki grozy ojca, skaczącego z krzesła na krzesło z dzirytem w ręku.
2024
Nie przyjmując jadła ani napoju, z wypiekami gorączki na twarzy, z
2025
konwulsją wstrętu wrytą dookoła ust, ojciec mój zdziczał zupełnie. Jasne
2026
było, że tego napięcia nienawiści żaden organizm długo wytrzymać nie
2027
może. Straszliwa odraza zamieniała jego twarz w stężałą maskę tragiczną,
2028
w której tylko źrenice, ukryte za dolną powieką, leżały na czatach,
2029
napięte jak cięciwy, w wiecznej podejrzliwości. Z dzikim wrzaskiem
2030
zrywał się nagle z siedzenia, leciał na oślep w kąt pokoju i już
2031
podnosił dziryt, na którym utkwiony ogromny karakon przebierał
2032
rozpaczliwie gmatwaniną swych nóg. Adela przychodziła wówczas blademu ze
2033
zgrozy z pomocą i odbierała lancę wraz z utkwionym trofeum, ażeby ją
2034
utopić w cebrzyku. Już wówczas jednak nie umiałbym był powiedzieć, czy
2035
obrazy te zaszczepiły mi opowiadania Adeli, czy też sam byłem ich
2036
świadkiem. Ojciec mój nie posiadał już wtedy tej siły odpornej, która
2037
zdrowych ludzi broni od fascynacji wstrętu. Zamiast odgraniczyć się do
2038
straszliwej siły atrakcyjnej tej fascynacji, ojciec mój, wydany na łup
2039
szału, wplątywał się w nią coraz bardziej. Smutne skutki nie dały długo
2040
na siebie czekać. Wnet pojawiły się pierwsze podejrzane znaki, które
2041
napełniły nas przerażeniem i smutkiem. Zachowanie ojca zmieniło się.
2042
Szał jego, euforia jego podniecenia przygasła. W ruchach i mimice jęły
2043
się zdradzać znaki złego sumienia. Zaczął nas unikać. Krył się dzień
2044
cały po kątach, w szafach, pod pierzyną. .Widziałem go nieraz, jak w
2045
zamyśleniu oglądał własne ręce, badał konsystencję skóry, paznokci, na
2046
których występować zaczęły czarne plamy, jak łuski karakona. W dzień
2047
opierał się jeszcze ostatkami sił, walczył, ale w nocy fascynacja
2048
uderzała nań potężnymi arakami. Widziałem go późną nocą, w świetle
2049
świecy stojącej na podłodze. Mój ojciec leżał na ziemi nagi, popstrzony
2050
czarnymi plamami totemu, pokreślony liniami żeber, fantastycznym
2051
rysunkiem przeświecającej na zewnątrz anatomii, leżał na czworakach,
2052
opętany fascynacją awersji, która go wciągała w głąb swych zawiłych
2053
dróg. Mój ojciec poruszał się wieloczłonkowym, skomplikowanym ruchem
2054
dziwnego rytuału, w którym ze zgrozą poznałem imitację ceremoniału
2055
karakoniego. Od tego czasu wyrzekliśmy się ojca. Podobieństwo do
2056
karakona występowało z dniem każdym wyraźniej - mój ojciec zamieniał się
2057
w karakona. Zaczęliśmy się przyzwyczajać do tego. Widywaliśmy go coraz
2058
rzadziej, całymi tygodniami znikał gdzieś na swych karakonich drogach -
2059
przestaliśmy go odróżniać, zlał się w zupełności z tym czarnym
2060
niesamowitym plemieniem. Kto mógł powiedzieć, czy żył gdzieś jeszcze w
2061
jakiejś szparze podłogi, czy przebiegał nocami pokoje, zaplątany w afery
2062
karakonie, czy też był może między tymi martwymi owadami, które Adela co
2063
rana znaj-dowała brzuchem do góry leżące i najeżone nogami i które ze
2064
wstrętem brała na śmietniczkę i wyrzucała? - A jednak - powiedziałem
2065
zdetonowany - jestem pewny, że ten kondor to on. - Matka spojrzała na
2066
mnie spod rzęs: - Nie dręcz mnie, drogi - mówiłam ci już przecież, że
2067
ojciec podróżuje jako komiwojażer po kraju - przecież wiesz, że czasem w
2068
nocy przyjeżdża do domu, ażeby przed świtem jeszcze dalej odjechać.
2069
 
2070
WICHURA Tej długiej i pustej zimy obrodziła ciemność w naszym mieście
2071
ogromnym, stokrotnym urodzajem. Zbyt długo snadź nie sprzątano na
2072
strychach i w rupieciarniach, stłaczano garnki na garnkach i flaszki na
2073
flaszkach, pozwalano narastać bez końca pustym bateriom butelek. Tam, w
2074
tych spalonych, wielkobelkowych lasach strychów i dachów ciemność
2075
zaczęła się wyradzać i dziko fermentować. Tam zaczęły się te czarne
2076
sejmy garnków, te wiecowania gadatliwe i puste, te bełkotliwe
2077
flaszkowania, bulgoty butli i baniek. Aż pewnej nocy wezbrały pod
2078
gontowymi przestworami falangi garnków i flaszek i popłynęły wielkim
2079
stłoczonym ludem na miasto. Strychy, wystrychnięte ze strychów,
2080
rozprzestrzeniały się jedne z drugich i wystrzelały czarnymi szpalerami,
2081
a przez przestronne ich echa przebiegały kawalkady tramów i belek,
2082
lansady drewnianych kozłów, klękających na jodłowe kolana, ażeby
2083
wypadłszy na wolność, napełnić przestwory nocy galopem krokwi i
2084
zgiełkiem płatwi i bantów. Wtedy to wylały się te czarne rzeki, wędrówki
2085
beczek i konwi, i płynęły przez noce. Czarne ich, połyskliwe, gwarne
2086
zbiegowiska oblegały miasto. Nocami mrowił się ten ciemny zgiełk naczyń
2087
i napierał jak armie rozgadanych ryb, niepowstrzymany najazd pyskujących
2088
skopców i bredzących cebrów. Dudniąc dnami, piętrzyły się wiadra, beczki
2089
i konwie, dyndały się gliniane stągwie zdunów, stare kapeluchy i
2090
cylindry dandysów gramoliły się jedna na drugie, rosnąc w niebo
2091
kolumnami, które się rozpadały. I wszystkie kołatały niezgrabnie kołkami
2092
drewnianych języków, mełły nieudolnie w drewnianych gębach bełkot klątw
2093
i obelg, bluźniąc błotem na całej przestrzeni nocy. Aż dobluźniły się,
2094
doklęły swego. Przywołane rechotem naczyń, rozplotkowanym od brzegu do
2095
brzegu, nadeszły wreszcie karawany, nadciągnęły potężne tabory wichru i
2096
stanęły nad nocą. Ogromne obozowisko, czarny ruchomy amfiteatr zstępować
2097
zaczął w potężnych kręgach ku miastu. I wybuchła ciemność ogromną
2098
wzburzoną wichurą i szalała przez trzy dni i trzy noce... - Nie
2099
pójdziesz dziś do szkoły - rzekła rano matka - jest straszna wichura na
2100
dworze. - W pokoju unosił się delikatny welon dymu, pachnący żywicą. Piec
2101
wył i gwizdał, jak gdyby uwiązana w nim była cała sfora psów czy
2102
demonów. Wielki bohomaz, wymalowany na jego pękatym brzuchu, wykrzywiał
2103
się kolorowym grymasem i fantastyczniał wzdętymi policzkami. Pobiegłem
2104
boso do okna. Niebo wydmuchane było wzdłuż i wszerz wiatrami.
2105
Srebrzystobiałe i przestronne, porysowane było w linie sił, natężone do
2106
pęknięcia, w srogie bruzdy, jakby zastygłe żyły cyny i ołowiu.
2107
Podzielone na pola energetyczne i drżące od napięć, pełne było utajonej
2108
dynamiki. Rysowały się w nim diagramy wichury, która sama niewidoczna i
2109
nieuchwytna, ładowała krajobraz potęgą. Nie widziało się jej. Poznawało
2110
się ją po domach, po dachach, w które wjeżdżała jej furia. Jeden po
2111
drugim strychy zdawały się rosnąć i wybuchać szaleństwem, gdy wstępowała
2112
w nie jej siła. Ogałacała place, zostawiała za sobą na ulicach białą
2113
pustkę, zamiatała całe połacie rynku do czysta. Ledwie tu i ówdzie giął
2114
się pod nią i trzepotał, uczepiony węgła domu, samotny człowiek. Cały
2115
plac rynkowy zdawał się wybrzuszać i lśnić pustą łysiną pod jej
2116
potężnymi przelotami. Na niebie wydmuchał wiatr zimne i martwe kolory,
2117
grynszpanowe, żółte i liliowe smugi, dalekie sklepienia i arkady swego
2118
labiryntu. Dachy stały pod tymi niebami czarne i krzywe, pełne
2119
niecierpliwości i oczekiwania. Te, w które wstąpił wicher, wstawały w
2120
natchnieniu, przerastały sąsiednie domy i prorokowały pod rozwichrzonym
2121
niebem. Potem opadały i gasły nie mogąc dłużej zatrzymać potężnego tchu,
2122
który leciał dalej i napełniał cały przestwór zgiełkiem i przerażeniem.
2123
I znów inne domy wstawały z krzykiem, w paroksyzmie jasnowidzenia, i
2124
zwiastowały. Ogromne buki koło kościoła stały z wniesionymi rękami, jak
2125
świadkowie wstrząsających objawień, i krzyczały, krzyczały. Dalej, za
2126
dachami rynku, widziałem dalekie mury ogniowe, nagie ściany szczytowe
2127
przedmieścia. Wspinały się jeden nad drugi i rosły, zesztywniałe z
2128
przerażenia i osłupiałe. Daleki, zimny, czerwony odblask zabarwiał je
2129
późnymi kolorami. Nie jedliśmy tego dnia obiadu, bo ogień w kuchni
2130
wracał kłębami dymu do izby. W pokojach było zimno i pachniało wiatrem.
2131
Około drugiej po południu wybuchł na przedmieściu pożar i rozszerzał się
2132
gwałtownie. Matka z Adelą zaczęły pakować pościel, futra i kosztowności.
2133
Nadeszła noc. Wicher wzmógł się na sile i gwałtowności, rozrósł się
2134
niepomiernie i objął cały przestwór. Już teraz nie nawiedzał domów i
2135
dachów, ale wybudował nad miastem wielopiętrowy, wielokrotny przestwór,
2136
czarny labirynt, rosnący w nieskończonych kondygnacjach. Z tego
2137
labiryntu wystrzelał całymi galeriami pokojów, wyprowadzał piorunem
2138
skrzydła i trakty, toczył z hukiem długie amfilady, a potem dawał się
2139
zapadać tym wyimaginowanym piętrom, sklepieniom i kazamatom i wzbijał
2140
się jeszcze wyżej, kształtując sam bezforemny bezmiar swym natchnieniem.
2141
Pokój drżał z lekka, obrazy na ścianach brzęczały. Szyby lśniły się
2142
tłustym odblaskiem lampy. Firanki na oknie wisiały wzdęte i pełne
2143
tchnienia tej burzliwej nocy. Przypomnieliśmy sobie, że ojca od rana nie
2144
widziano. Wczesnym rankiem, domyślaliśmy się, musiał udać się do sklepu,
2145
gdzie go zaskóczyła wichura, odcinając mu powrót. - Cały dzień nic nie
2146
jadł - biadała matka. Starszy subiekt Teodor podjął się wyprawić w noc i
2147
wichurę, żeby zanieść mu posiłek. Brat mój przyłączył się do wyprawy.
2148
Okutani w wielkie niedźwiedzie futra, obciążyli kieszenie żelazkami i
2149
moździerzami, balastem, który miał zapobiec porwaniu ich przez wichurę.
2150
Ostrożnie otworzono drzwi prowadzące w noc. Zaledwie subiekt i brat mój
2151
z wzdętymi płaszczami wkroczyli jedną nogą w ciemność, noc ich połknęła
2152
zaraz na progu domu. Wicher zmył momentalnie ślad ich wyjścia. Nie widać
2153
było przez okno nawet latarki, którą ze sobą zabrali. Pochłonąwszy ich,
2154
wicher na chwilę przycichł. Adela z matką próbowały na nowo rozpalić
2155
ogień pod kuchnią. Zapałki gasły, przez drzwiczki dmuchało popiołem i
2156
sadzą. Staliśmy pod drzwiami i nasłuchiwali. W lamentach wichru dawały
2157
się słyszeć wszelkie głosy, perswazje, nawoływania i gawędy. Zdawało się
2158
nam, że słyszymy wołanie o pomoc ojca zabłąkanego w wichurze, to znowu,
2159
że brat z Teodorem gwarzą beztrosko pod drzwiami. Wrażenie było tak
2160
łudzące, że Adela otworzyła drzwi i w samej rzeczy ujrzała Teodora i
2161
brata mego, wynurzających się z trudem z wichury, w której tkwili po
2162
pachy. Weszli zdyszani do sieni, zaciskając z wysiłkiem drzwi za sobą.
2163
Przez chwilę musieli wesprzeć się o odrzwia, tak silnie szturmował
2164
wicher do bramy. Wreszcie zasunęli rygiel i wiatr pognał dalej.
2165
Opowiadali bezładnie o nocy, o wichurze. Ich futra, nasiąkłe wiatrem,
2166
pachniały teraz powietrzem. Trzepotali powiekami w świetle; ich oczy,
2167
pełne jeszcze nocy, broczyły ciemnością za każdym uderzeniem powiek. Nie
2168
mogli dojść do sklepu, zgubili drogę i ledwo trafili z powrotem. Nie
2169
poznawali miasta, wszystkie ulice były jak przestawione. Matka
2170
podejrzewała, że kłamali. W istocie cała ta scena sprawiała wrażenie,
2171
jakby przez ten kwadrans stali w ciemności pod oknem, nie oddalając się
2172
wcale. A może naprawdę nie było już miasta i rynku, a wicher i noc
2173
otaczały nasz dom tylko ciemnymi kulisami, pełnymi wycia, świstu i
2174
jęków. Może nie było wcale tych ogromnych i żałosnych przestrzeni, które
2175
nam wicher sugerował, może nie było wcale tych opłakanych labiryntów,
2176
tych wielookiennych traktów i korytarzy, na których grał wicher, jak na
2177
długich czarnych fletach. Coraz bardziej umacniało się w nas
2178
przekonanie, że cała ta burza była tylko donkiszoterią nocną, imitującą
2179
na wąskiej przestrzeni kulis tragiczne bezmiary, kosmiczną bezdomność i
2180
sieroctwo wichury. Coraz częściej otwierały się teraz drzwi sieni i
2181
wpuszczały okutanego w opończe i szale gościa. Zziajany sąsiad lub
2182
znajomy wywijał się powoli z chustek, płaszczy i wyrzucał z siebie
2183
zdyszanym głosem opowiadania, urywane bezładne słowa, które
2184
fantastycznie powiększały, kłamliwie przesadzały bezmiar nocy.
2185
Siedzieliśmy wszyscy w jasno oświetlonej kuchni. Za ogniskiem kuchennym
2186
i czarnym, szerokim okapem komina prowadziło parę stopni do drzwi
2187
strychu. Na tych schodkach siedział starszy subiekt Teodor i
2188
nasłuchiwał, jak strych grał od wichru. Słyszał, jak w pauzach wichury
2189
miechy żeber strychowych składały się w fałdy i dach wiotczał i zwisał
2190
jak ogromne płuca, z których uciekł oddech, to znowu nabierał tchu,
2191
nastawiał się palisadami krokwi, rósł jak sklepienia gotyckie,
2192
rozprzestrzeniał się lasem belek, pełnym stokrotnego echa, i huczał jak
2193
pudło ogromnych basów. Ale potem zapominaliśmy o wichurze, Adela tłukła
2194
cynamon w dźwięcznym moździerzu. Ciotka Perazja przyszła w odwiedziny.
2195
Drobna, ruchliwa i pełna zabiegliwości, z koronką czarnego szala na
2196
głowie, zaczęła krzątać się po kuchni, pomagając Adeli. Adela oskubała
2197
koguta. Ciotka Perazja zapaliła pod okapem komina garść papierów i
2198
szerokie płaty płomienia wzlatywały z nich w czarną czeluść. Adela,
2199
trzymając koguta za szyję, uniosła go nad płomień, ażeby opalić na nim
2200
resztę pierza. Kogut zatrzepotał nagle w ogniu skrzydłami, zapiał i
2201
spłonął. Wtedy ciotka Perazja zaczęła się kłócić, kląć i złorzeczyć.
2202
Trzęsąc się ze złości, wygrażała rękami Adeli i matce. Nie rozumiałem, o
2203
co jej chodzi, a ona zacietrzewiała się coraz bardziej w gniewie i stała
2204
się jednym pękiem gestykulacji i złorzeczeń. Zdawało się, że w
2205
paroksyzmie złości rozgestykuluje się na części, że rozpadnie się,
2206
podzieli, rozbiegnie w sto pająków, rozgałęzi się po podłodze czarnym,
2207
migotliwym pękiem oszalałych karakonach biegów. Zamiast tego zaczęła
2208
raptownie maleć, kurczyć się, wciąż roztrzęsiona i rozsypująca się
2209
przekleństwami. Z nagła podreptała, zgarbiona i mała, w kąt kuchni,
2210
gdzie leżały drwa na opał i, klnąc i kaszląc, zaczęła gorączkowo
2211
przebierać wśród dźwięcznych drewien, aż znalazła dwie cienkie, żółte
2212
drzazgi. Pochwyciła je latającymi ze wzburzenia rękami, przymierzyła do
2213
nóg, po czym wspięła się na nie, jak na szczudła, i zaczęła na tych
2214
żółtych kulach chodzić, stukocąc po deskach, biegać tam i z powrotem
2215
wzdłuż skośnej linii podłogi, coraz szybciej i szybciej, potem wbiegła
2216
na ławkę jodłową, kuśtykając na dudniących deskach, a stamtąd na półkę z
2217
talerzami, dźwięczną, drewnianą półkę obiegającą ściany kuchni, i biegła
2218
po niej, kolankując na szczudłowych kulach, by wreszcie gdzieś w kącie,
2219
malejąc coraz bardziej, sczernieć, zwinąć się jak zwiędły, spalony
2220
papier, zetlić się w płatek popiołu, skruszyć w proch i w nicość.
2221
Staliśmy wszyscy bezradni wobec tej szalejącej furii złości, która sama
2222
siebie trawiła i pożerała. Z ubolewaniem patrzyliśmy na smutny przebieg
2223
tego paroksyzmu i z pewną ulgą wróciliśmy do naszych zajęć, gdy żałosny
2224
ten proces dobiegł swego naturalnego końca. Adela zadzwoniła znowu
2225
moździerzem, tłukąc cynamon, matka ciągnęła dalej przerwaną rozmowę, a
2226
subiekt Teodor, nasłuchując proroctw strychowych, stroił śmieszne
2227
grymasy, podnosił wysoko brwi i śmiał się do siebie.
2228
 
2229
NOC WIELKIEGO SEZONU Każdy wie, że w szeregu zwykłych, normalnych lat
2230
rodzi niekiedy zdziwaczały czas ze swego łona lata inne, lata osobliwe,
2231
lata wyrodne, którym - jak szósty, mały palec u ręki - wyrasta kędyś
2232
trzynasty, fałszywy miesiąc. Mówimy fałszywy, gdyż rzadko dochodzi on do
2233
pełnego rozwoju. Jak dzieci późno spłodzone, pozostaje on w tyle ze
2234
wzrostem, miesiąc garbusek, odrośl w połowie uwiędła i raczej domyślna
2235
niż rzeczywista. Winna jest temu starcza niepowściągliwość lata, jego
2236
rozpustna i późna żywotność. Bywa czasem, że sierpień minie, a stary
2237
gruby pień lata rodzi z przyzwyczajenia jeszcze dalej, pędzi ze swego
2238
próchna te dni-dziczki, dni-chwasty, jałowe i idiotyczne, dorzuca na
2239
dokładkę, za darmo, dni-kaczany, puste i niejadalne - dni białe,
2240
zdziwione i niepotrzebne. Wyrastają one, nieregularne i nierówne, nie
2241
wykształcone i zrośnięte z sobą, jak palce potworkowatej ręki,
2242
pączkujące i zwinięte w figę. Inni porównywają te dni do apokryfów,
2243
wsuniętych potajemnie między rozdziały wielkiej księgi roku, do
2244
palimpsestów, skrycie włączonych pomiędzy jej stronice, albo do tych
2245
białych nie zadrukowanych kartek, na których oczy, naczytane do syta i
2246
pełne treści, broczyć mogą obrazami i gubić kolory na tych pustych
2247
stronicach, coraz bladziej i bladziej, ażeby wypocząć na ich nicości,
2248
zanim wciągnięte zostaną w labirynty nowych przygód i rozdziałów. Ach,
2249
ten stary, pożółkły romans roku, ta wielka, rozpadająca się księga
2250
kalendarza! Leży ona sobie zapomniana gdzieś w archiwach czasu, a treść
2251
jej rośnie dalej między okładkami, pęcznieje bez ustanku od gadulstwa
2252
miesięcy, od szybkiego samorództwa blagi, od bajania i marzeń, które się
2253
w niej mnożą. Ach, i spisując te nasze opowiadania, szeregując te
2254
historie o moim ojcu na zużytym marginesie jej tekstu, czy nie oddaję
2255
się tajnej nadziei, że wrosną one kiedyś niepostrzeżenie między zżółkłe
2256
kartki tej najwspanialszej, rozsypującej się księgi, że wejdą w wielki
2257
szelest jej stronic, który je pochłonie? To, o czym tu mówić będziemy,
2258
działo się tedy w owym trzynastym, nadliczbowym i niejako fałszywym
2259
miesiącu tego roku, na tych kilkunastu pustych kartkach wielkiej kroniki
2260
kalendarza. Ranki były podówczas dziwnie cierpkie i orzeźwiające. Po
2261
uspokojonym i chłodniejszym tempie czasu, po nowym całkiem zapachu
2262
powietrza, po odmiennej konsystencji światła poznać było, że weszło się
2263
w inną serię dni, w nową okolicę Bożego Roku. Głos drżał pod tymi nowymi
2264
niebami dźwięcznie i świeżo jak w nowym jeszcze i pustym mieszkaniu,
2265
pełnym zapachu lakieru, farb, rzeczy zaczętych i nie wypróbowanych. Z
2266
dziwnym wzruszeniem próbowało się nowego echa, napoczynało się je z
2267
ciekawością, jak w chłodny i trzeźwy poranek babkę do kawy w przeddzień
2268
podróży. Ojciec mój siedział znowu w tylnym kontuarze sklepu, w małej,
2269
sklepionej izbie, pokratkowanej jak ul w wielokomórkowe registratury i
2270
łuszczącej się bez końca warstwami papieru, listów i faktur. Z szelestu
2271
arkuszy, z nieskończonego kartkowania papierów wyrastała kratkowana i
2272
pusta egzystencja tego pokoju, z nieustannego przekładania plików
2273
odnawiała się w powietrzu z niezliczonych nagłówków firmowych apoteoza w
2274
formie miasta fabrycznego, widzianego z lotu ptaka, najeżonego dymiącymi
2275
kominami, otoczonego rzędami medali i ujętego w wywijasy i zakręty
2276
pompatycznych et i Comp. Tam siedział ojciec, jak w ptaszarni, na
2277
wysokim stołku, a gołębniki registratur szeleściły plikami papierów i
2278
wszystkie gniazda i dziuple pełne były świergotu cyfr. Głąb wielkiego
2279
sklepu ciemniała i wzbogacała się z dnia na dzień zapasami sukna,
2280
szewiotów, aksamitów i kortów. W ciemnych półkach, tych spichrzach i
2281
lamusach chłodnej, pilśniowej barwności, procentowała stokrotnie ciemna,
2282
odstała korowość rzeczy, mnożył się i sycił potężny kapitał jesieni. Tam
2283
rósł i ciemniał ten kapitał i rozsiadał się coraz szerzej na półkach,
2284
jak na galeriach jakiegoś wielkiego teatru, uzupełniając się jeszcze i
2285
pomnażając każdego rana nowymi ładunkami towaru, który w skrzyniach i
2286
pakach wraz z rannym chłodem wnosili na niedźwiedzich barach stękający,
2287
brodaci tragarze w oparach świeżości jesiennej i wódki. Subiekci
2288
wyładowywali te nowe zapasy sycących bławatnych kolorów i wypełniali
2289
nimi, kitowali starannie wszystkie szpary i luki wysokich szaf. Był to
2290
rejestr olbrzymi wszelakich kolorów jesieni, ułożony warstwami,
2291
usortowany odcieniami, idący w dół i w górę, jak po dźwięcznych
2292
schodach, po gamach wszystkich oktaw barwnych. Zaczynał się u dołu i
2293
próbował jękliwie i nieśmiało altowych spełzłości i półtonów,
2294
przechodził potem do spłowiałych popiołów dali, do gobelinowych błękitów
2295
i rosnąc ku górze coraz szerszymi akordami, dochodził do ciemnych
2296
granatów, do indyga lasów dalekich i do pluszu parków szumiących, ażeby
2297
potem poprzez wszystkie ochry, sangwiny, rudości i sepie wejść w
2298
szelestny cień więdnących ogrodów i dojść do ciemnego zapachu grzybów,
2299
do tchnienia próchna w głębiach nocy jesiennej i do głuchego
2300
akompaniamentu najciemniejszych basów. Ojciec mój szedł wzdłuż tych
2301
arsenałów sukiennej jesieni i uspokajał i uciszał te masy, ich
2302
wzbierającą moc, spokojną potęgę Pory. Chciał jak najdłużej utrzymać w
2303
całości te rezerwy zamagazynowanej barwności. Bał się łamać, wymieniać
2304
na gotówkę ten fundusz żelazny jesieni. Ale wiedział, czuł, że przyjdzie
2305
czas i wicher jesienny, pustoszący i ciepły wicher, powieje nad tymi
2306
szafami i wtedy puszczą one i nic nie zdoła powstrzymać ich wylewu, tych
2307
strumieni kolorowości, którymi wybuchną na miasto całe. Przychodziła
2308
pora Wielkiego Sezonu. Ożywiały się ulice. O szóstej godzinie po
2309
południu miasto zakwitało gorączką, domy dostawały wypieków, a ludzie
2310
wędrowali ożywieni jakimś wewnętrznym ogniem, naszminkowani i ubarwieni
2311
jaskrawo, z oczyma błyszczącymi jakąś odświętną, piękną i złą febrą. Na
2312
bocznych uliczkach, w cichych zaułkach, uchodzących już w wieczorną
2313
dzielnicę, miasto było puste. Tylko dzieci bawiły się na placykach pod
2314
balkonami, bawiły się bez tchu, hałaśliwie i niedorzecznie. Przykładały
2315
małe pęcherzyki do ust, ażeby wydmuchać je i naindyczyć się nagle
2316
jaskrawo w wielkie, gulgocące, rozpluskane narośle albo wykogucić się w
2317
głupią kogucią maskę, czerwoną i piejącą, w kolorowe jesienne maszkary
2318
fantastyczne i absurdalne. Zdawało się, że tak nadęte i piejące wzniosą
2319
się w powietrze długimi kolorowymi łańcuchami i jak jesienne klucze
2320
ptaków przeciągać będą nad miastem - fantastyczne flotylle z bibułki i
2321
pogody jesiennej. Albo woziły się wśród krzyków na małych zgiełkliwych
2322
wózkach, grających kolorowym turkotem kółek, szprych i dyszli. Wózki
2323
zjeżdżały naładowane ich krzykiem i staczały się w dół ulicy aż do nisko
2324
rozlanej, żółtej rzeczki wieczornej, gdzie rozpadały się na gruz
2325
krążków, kołków i patyczków. I podczas gdy zabawy dzieci stawały się
2326
coraz bardziej hałaśliwe i splątane, wypieki miasta ciemniały i
2327
zakwitały purpurą, nagle świat cały zaczynał więdnąć i czernieć i szybko
2328
wydzielał się zeń majaczliwy zmierzch, którym zarażały się wszystkie
2329
rzeczy. Zdradliwie i jadowicie szerzyła się ta zaraza zmierzchu wokoło,
2330
szła od rzeczy do rzeczy, a czego dotknęła, to wnet butwiało, czerniało,
2331
rozpadało się w próchno. Ludzie uciekali przed zmierzchem w cichym
2332
popłochu i naraz dosięgał ich ten trąd, i wysypywał się ciemną wysypką
2333
na czole, i tracili twarze, które odpadały wielkimi, bezkształtnymi
2334
plamami, i szli dalej, już bez rysów, bez oczu, gubiąc po drodze maskę
2335
po masce, tak że zmierzch roił się od tych larw porzuconych, sypiących
2336
się za ich ucieczką. Potem zaczynało wszystko zarastać czarną,
2337
próchniejącą korą, łuszczącą się wielkimi płatami, chorymi strupami
2338
ciemności. A gdy w dole wszystko rozprzęgło się i szło wniwecz w tej
2339
cichej zamieszce, w panice prędkiego rozkładu, w górze utrzymywał się i
2340
rósł coraz wyżej milczący alarm zorzy, drgający świergotem miliona
2341
cichych dzwonków, wzbierających wzlotem miliona cichych skowronków
2342
lecących razem w jedną wielką, srebrną nieskończoność. Potem była już
2343
nagle noc - wielka noc, rosnąca jeszcze podmuchami wiatru, które ją
2344
rozszerzały. W jej wielokrotnym labiryncie wyłupane były gniazda jasne:
2345
sklepy - wielkie, kolorowe latarnie, pełne spiętrzonego towaru i zgiełku
2346
kupujących. Przez jasne szyby tych latani można było śledzić zgiełkliwy
2347
i pełen dziwacznego ceremoniału obrzęd zakupów jesiennych. Ta wielka,
2348
fałdzista noc jesienna, rosnąca cieniami, roszerzona wiatrami, kryła w
2349
swych ciemnych fałdach jasne kieszenie, woreczki z kolorowym
2350
drobiazgiem, z pstrym towarem czekoladek, keksów, kolonialnej
2351
pstrokacizny. Te budki i kramiki, sklecone z pudełek po cukrach,
2352
wytapetowane jaskrawo reklamami czekolad, pełne mydełek, wesołej
2353
tandety, złoconych błahostek, cynfolii, trąbek, andrutów i kolorowych
2354
miętówek, były stacjami lekkomyślności, grzechotkami beztroski,
2355
rozsianymi na wiszarach ogromnej, labiryntowej, rozłopotanej wiatrami
2356
nocy. Wielkie i ciemne tłumy płynęły w ciemności, w hałaśliwym
2357
zmieszaniu, w szurgocie tysięcy nóg, w gwarze tysięcy ust - rojna,
2358
splątana wędrówka, ciągnąca arteriami jesiennego miasta. Tak płynęła ta
2359
rzeka, pełna gwaru, ciemnych spojrzeń, chytrych łypnięć, pokawałkowana
2360
rozmową, posiekana gawędą, wielka miazga plotek, śmiechów i zgiełku.
2361
Zdawało się, że to ruszyły tłumami jesienne, suche makówki sypiące
2362
makiem - głowygrzechotki, ludzie-kołatki. Mój ojciec chodził
2363
zdenerwowany i kolorowy od wypieków, z błyszczącymi oczyma, w jasno
2364
oświetlonym sklepie, i nasłuchiwał. Przez szyby wystawy i portalu
2365
dochodził tu z daleka szum miasta, stłumiony gwar płynącej ciżby. Nad
2366
ciszą sklepu płonęła jasno lampa naftowa, zwisająca z wielkiego
2367
sklepienia, i wypierała najmniejszy ślad cienia z wszystkich szpar i
2368
zakamarków. Pusta, wielka podłoga trzaskała w ciszy i liczyła w tym
2369
świetle wzdłuż i wszerz swe błyszczące kwadraty, szachownicę wielkich
2370
tafli, które rozmawiały ze sobą w ciszy trzaskami, odpowiadały sobie to
2371
tu, to tam głośnym pęknięciem. Za to sukna leżały ciche, bez głosu, w
2372
swej pilśniowej puszystości i podawały sobie wzdłuż ścian spojrzenia za
2373
plecami ojca, wymieniały od szafy do szafy ciche znaki porozumiewawcze.
2374
Ojciec nasłuchiwał. Jego ucho zdawało się w tej ciszy nocnej wydłużać i
2375
rozgałęziać poza okno: fantastyczny koralowiec, czerwony polip falujący
2376
w mętach nocy. Nasłuchiwał i słyszał. Słyszał z rosnącym niepokojem
2377
daleki przypływ tłumów, które nadciągały. Rozglądał się z przerażeniem
2378
po pustym sklepie. Szukał subiektów. Ale ci ciemni i rudzi aniołowie
2379
dokądś odlecieli. Pozostał on sam tylko, w trwodze przed tłuma-mi, które
2380
wnet miały zalać ciszę sklepu plądrującą hałaśliwą rzeszą i rozebrać
2381
między siebie, rozlicytować całą tę bogatą jesień, od lat zbieraną w
2382
wielkim zacisznym spichlerzu. Gdzie byli subiekci? Gdzie były te
2383
urodziwe cheruby, mające bronić ciemnych, sukiennych szańców? Ojciec
2384
podejrzewał bolesną myślą, że oto grzeszą gdzieś w głębi domu z córami
2385
ludzi. Stojąc nieruchomy i pełen troski, z błyszczącymi oczyma w jasnej
2386
ciszy sklepu, czuł wewnętrznym słuchem, co działo się w głębi domu, w
2387
tylnych komorach wielkiej kolorowej tej latarni. Dom otwierał się przed
2388
nim, izba za izbą, komora za komorą, jak dom z kart, i widział gonitwę
2389
subiektów za Adelą przez wszystkie puste i jasno oświetlone pokoje,
2390
schodami na dół, schodami do góry, aż wymknęła się im i wpadła do jasnej
2391
kuchni, gdzie zabarykadowała się kuchennym kredensem. Tam stała
2392
zdyszana, błyszcząca i rozbawiona, trzepocąca z uśmiechem wielkimi
2393
rzęsami. Subiekci chichotali, przykucnięci pode drzwiami. Okno kuchni
2394
otwarte było na wielką, czarną noc, pełną rojeń i splątania. Czarne,
2395
uchylone szyby płonęły refleksem dalekiej iluminacji. Błyszczące garnki
2396
i butle stały nieruchomo dokoła i lśniły w ciszy tłustą polewą. Adela
2397
wychylała ostrożnie przez okno swą kolorową, uszminkowaną twarz z
2398
trzepoczącymi oczyma. Szukała subiektów na ciemnym podwórzu, pewna ich
2399
zasadzki. I oto ujrzała ich, jak wędrowali ostrożnie, gęsiego, po wąskim
2400
gzymsie podokiennym wzdłuż ściany piętra, czerwonej odblaskiem dalekiej
2401
iluminacji, i skradali się do okna. Ojciec krzyknął z gniewu i rozpaczy,
2402
ale w tej chwili gwar głosów stał się całkiem bliski i nagle jasne okna
2403
sklepu zaludniły się bliskimi twarzami, wykrzywionymi śmiechem,
2404
rozgadanymi twarzami, które płaszczyły nosy na lśniących szybach. Ojciec
2405
stał się purpurowy ze wzburzenia i wskoczył na ladę. I kiedy tłum
2406
szturmem zdobywał tę twierdzę i wkraczał hałaśliwą ciżbą do sklepu,
2407
ojciec mój jednym skokiem wspiął się na półki z suknem i, uwisły wysoko
2408
nad tłumem, dął z całej siły w wielki puzon z rogu i trąbił na alarm.
2409
Ale sklepienie nie napełniło się szumem aniołów, śpieszących na pomoc, a
2410
zamiast tego każdemu jękowi trąby odpowiadał wielki, roześmiany chór
2411
tłumu. - Jakubie, handlować! Jakubie, sprzedawać! - wołali wszyscy, a
2412
wołanie to, wciąż powtarzane, rytmizowało się w chórze i przechodziło
2413
powoli w melodię refrenu, śpiewaną przez wszystkie gardła. Wtedy mój
2414
ojciec dał za wygraną, zeskoczył z wysokiego gzymsu i ruszył z krzykiem
2415
ku barykadom sukna. Wyolbrzymiony gniewem, z głową spęczniałą w pięść
2416
purpurową, wbiegł, jak walczący prorok, na szańce sukienne i jął
2417
przeciwko nim szaleć. Wpierał się całym ciałem w potężne bale wełny i
2418
wyważał je z osady, podsuwał się pod ogromne postawy sukna i unosił je
2419
na ladę z głuchym łomotem. Bale leciały rozwijając się z łopotem w
2420
powietrzu w ogromne chorągwie, półki wybuchały zewsząd wybuchami
2421
draperii, wodospadami sukna, jak pod uderzeniem Mojżeszowej laski. Tak
2422
wylewały się zapasy szaf, wymiotowały gwałtownie, płynęły szerokimi
2423
rzekami. Wypływała barwna treść półek, rosła, mnożyła się i zalewała
2424
wszystkie lady i stoły. Ściany sklepu znikły pod potężnymi formacjami
2425
tej sukiennej kosmogonii, pod tymi pasmami górskimi, piętrzącymi się w
2426
potężnych masywach. Otwierały się szerokie doliny wśród zboczy górskich
2427
i wśród szerokiego patosu wyżyn grzmiały linie kontynentów. Przestrzeń
2428
sklepu rozszerzyła się w panoramę jesiennego krajobrazu, pełną jezior i
2429
dali, a na tle tej scenerii ojciec wędrował wśród fałd i dolin
2430
fantastycznego Kanaanu, wędrował wielkimi krokami, z rękoma
2431
rozkrzyżowanymi proroczo w chmurach, i kształtował kraj uderzeniami
2432
natchnienia. A u dołu, u stóp tego Synaju, wyrosłego z gniewu ojca,
2433
gestykulował lud, złorzeczył i czcił Baala, i handlował. Nabierali pełne
2434
ręce miękkich fałd, drapowali się w kolorowe sukna, owijali się w
2435
zaimprowizowane domina i płaszcze i gadali bezładnie a obficie. Mój
2436
ojciec wyrastał nagle nad tymi grupami kupczących wydłużonych gniewem, i
2437
gromił z wysoka bałwochwalców potężnym słowem. Potem, ponoszony
2438
rozpaczą, wspinał się na wysokie galerie szaf, biegł obłędnie po bantach
2439
półek, po dudniących deskach ogołoconych rusztowań, ścigany przez obrazy
2440
bezwstydnej rozpusty, którą przeczuwał za plecami w głębi domu. Subiekci
2441
dosięgli właśnie żelaznego balkonu na wysokości okna i wczepieni w
2442
balustradę, pochwycili wpół Adelę i wyciągnęli ją przez okno,
2443
trzepocącą. oczyma i wlokącą za sobą smukłe nogi w jedwabnych
2444
pończochach. Gdy ojciec mój, przerażony ohydą grzechu, wrastał gniewem
2445
swych gestów w grozę krajobrazu, w dole beztroski lud Baala oddawał się
2446
wyuzdanej wesołości. Jakaś parodystyczna pasja, jakaś zaraza śmiechu
2447
opanowała tę gawiedź. Jakże można było żądać powagi od nich, od tego
2448
ludu kołatek i dziadków do orzechów! Jak można było żądać zrozumienia
2449
dla wielkich trosk ojca od tych młynków, mielących bezustannie kolorową
2450
miazgę słów! Głusi na gromy proroczego gniewu, przykucali ci handlarze w
2451
jedwabnych bekieszach małymi kupkami dookoła sfałdowanych gór materii,
2452
rozstrząsając gadatliwie wśród śmiechu zalety towaru. Ta czarna giełda
2453
roznosiła na swych prędkich językach szlachetną substancję krajobrazu,
2454
rozdrabniała ją siekaniną gadania i połykała niemal. Gdzie indziej stały
2455
grupy Żydów w kolorowych chałatach, w wielkich futrzanych kołpakach
2456
przed wysokimi wodospadami jasnych materii. Byli to mężowie Wielkiego
2457
Zgromadzenia, dostojni i pełni namaszczenia panowie, gładzący długie,
2458
pielęgnowane brody i prowadzący wstrzemięźliwe i dyplomatyczne rozmowy.
2459
Ale i w tej ceremonialnej konwersacji, w spojrzeniach, które wymieniali
2460
był błysk uśmiechniętej ironii. Wśród tych grup przewijał się pospolity
2461
lud, bezpostaciowy tłum, gawiedź bez twarzy i indywidualności. Wypełniał
2462
on niejako luki w krajobrazie, wyścielał tło dzwonkami i grzechotkami
2463
bezmyślnego gadania. Był to element błazeński, roztańczony tłum
2464
poliszynelów i arlekinów, który - sam bez poważnych intencyj handlowych
2465
- doprowadzał do absurdu gdzieniegdzie nawiązujące się tansakcje swymi
2466
błazeńskimi figlami. Stopniowo jednak, znudzony błaznowaniem, wesoły ten
2467
ludek rozpraszał się w dalszych okolicach krajobrazu i tam powoli gubił
2468
się wśród skalnych załomów i dolin. Prawdopodobnie jeden po drugim
2469
zapadały się te wesołki gdzieś w szczeliny i fałdy terenu, jak dzieci
2470
zmęczone zabawą po kątach i zakamarkach mieszkania w noc balową.
2471
Tymczasem ojcowie miasta, mężowie Wielkiego Synhedrionu, przechadzali
2472
się w grupach pełnych powagi i godności i prowadzili ciche, głębokie
2473
dysputy. Rozszedłszy się po całym, owym wielkim górzystym kraju,
2474
wędrowali po dwóch, po trzech na dalekich i krętych drogach. Małe i
2475
ciemne ich sylwety zaludniały całą tę pustynną wyżynę, nad którą zwisło
2476
ciężkie i ciemne niebo, sfałdowane i chmurne, poorane w długie
2477
równoległe bruzdy, w srebrne i białe skiby, ukazujące w głębi coraz
2478
dalsze pokłady swego uwarstwienia. Światło lampy stwarzało sztuczny
2479
dzień w owej krainie - dzień dziwny, dzień bez świtu i wieczoru. Ojciec
2480
mój uspokajał się powoli. Gniew jego układał się i zastygał w pokładach
2481
i warstwach krajobrazu. Siedział teraz na galeriach wysokich półek i
2482
patrzył w jesienniejący, rozległy kraj. Widział, jak na dalekich
2483
jeziorach odbywał się połów ryb. W maleńkich łupinkach łódek siedziało
2484
po dwóch rybaków, zapuszczając sieci w wodę. Na brzegach chłopcy
2485
dźwigali na głowach kosze, pełne trzepocącego się, srebrnego połowu.
2486
Wówczas to dostrzegł, jak grupy wędrowców w oddali zadzierały głowy ku
2487
niebu, wskazując coś wzniesionymi rękami. I wnet zaroiło się niebo jakąś
2488
kolorową wysypką, osypało się falującymi plamami, które rosły,
2489
dojrzewały i wnet napełniły przestworze dziwnym ludem ptaków, krążących
2490
i kołujących w wielkich, krzyżujących się spiralach. Całe niebo
2491
wypełniło się ich wzniosłym lotem, łopotem skrzydeł, majestatycznymi
2492
liniami cichych bujań. Niektóre z nich jak ogromne bociany płynęły
2493
nieruchomo na spokojnie rozpostartych skrzydłach, inne, podobne do
2494
kolorowych pióropuszów, do barbarzyńskich trofeów, trzepotały ciężko i
2495
niezgrabnie, ażeby utrzymać się na falach ciepłej aury; inne wreszcie,
2496
nieudolne konglomeraty skrzydeł, potężnych nóg i oskubanych szyj,
2497
przypominały źle wypchane sępy i kondory, z których wysypują się
2498
trociny. Były między nimi ptaki dwugłowe, ptaki wieloskrzydłe, były też
2499
i kaleki, kulejące w powietrzu jednoskrzydłym, niedołężnym lotem. Niebo
2500
stało się podobne do starego fresku, pełnego dziwolągów i fantastycznych
2501
zwierząt, które krążyły, wymijały się i znów wracały w kolorowych
2502
elipsach. Mój ojciec podniósł się na bantach, oblany nagłym blaskiem,
2503
wyciągnął ręce, przyzywając ptaki starym zaklęciem. Poznał je, pełen
2504
wzruszenia. Było to dalekie, zapomniane potomstwo tej ptasiej generacji,
2505
którą ongi Adela rozpędziła na wszystkie strony nieba. Wracało teraz,
2506
zwyrodniałe i wybujałe, to sztuczne potomstwo, to zdegenerowane plemię
2507
ptasie, zmarniałe wewnętrznie. Wystrzelone głupio wzrostem, wyogromnione
2508
niedorzecznie, było wewnątrz puste i bez życia. Cała żywotność tych
2509
ptaków przeszła w upierzenie, wybujała w fantastyczność. Było to jakby
2510
muzeum wycofanych rodzajów, rupieciarnia Raju ptasiego. Niektóre latały
2511
na wznak, miały ciężkie, niezgrabne dzioby, podobne do kłódek i zamków,
2512
obciążone kolorowymi naroślami, i były ślepe. Jakże wzruszył ojca ten
2513
powrót niespodziany, jakże zdumiewał się nad instynktem ptasim, nad tym
2514
przywiązaniem do Mistrza, które wygnany ów ród piastował jak legendę w
2515
duszy, ażeby wreszcie po wielu generacjach, w ostatnim dniu przed
2516
wygaśnięciem plemienia pociągnąć z powrotem w pradawną ojczyznę. Ale te
2517
papierowe, ślepe ptaki nie mogły już poznać ojca. Na darmo wołał na nie
2518
dawnym zaklęciem, zapomnianą mową ptasią, nie słyszały go i nie
2519
widziały. Nagle zagwizdały kamienie w powietrzu. To wesołki, głupie i
2520
bezmyślne plemię, jęły celować pociskami w fantastyczne niebo ptasie. Na
2521
darmo ojciec ostrzegał, na darmo groził zaklinającymi gestami, nie
2522
dosłyszano go, nie dostrzeżono. I ptaki spadały. Ugodzone pociskiem,
2523
obwisały ciężko i więdły już w powietrzu. Nim doleciały do ziemi, były
2524
już bezforemną kupą pierza. W mgnieniu oka pokryła się wyżyna tą dziwną,
2525
fantastyczną padliną. Zanim ojciec dobiegł do miejsca rzezi, cały ten
2526
świetny ród ptasi już leżał martwy, rozciągnięty na skałach. Teraz
2527
dopiero, z bliska, mógł ojciec obserwować całą lichotę tej zubożałej
2528
generacji, całą śmieszność jej tandetnej anatomii. Były to ogromne
2529
wiechcie piór, wypchane byle jak starym ścierwem. U wielu nie można było
2530
wyróżnić głowy, gdyż pałkowata ta część ciała nie nosiła żadnych znamion
2531
duszy. Niektóre pokryte były kudłatą, zlepioną sierścią, jak żubry, i
2532
śmierdziały wstrętnie. Inne przypominały garbate, łyse, zdechłe
2533
wielbłądy. Inne wreszcie były najwidoczniej z pewnego rodzaju papieru,
2534
puste w środku, a świetnie kolorowe na zewnątrz. Niektóre okazywały się
2535
z bliska niczym innym jak wielkimi pawimi ogonami, kolorowymi
2536
wachlarzami, w które niepojętym sposobem tchnięto jakiś pozór życia.
2537
Widziałem smutny powrót mego ojca. Sztuczny dzień zabarwiał się już
2538
powoli kolorami zwyczajnego poranka. W spustoszałym sklepie najwyższe
2539
półki syciły się barwami rannego nieba. Wśród fragmentów zgasłego
2540
pejzażu, wśród zburzonych kulis nocnej scenerii - ojciec widział
2541
wstających ze snu subiektów. Podnosili się spomiędzy bali sukna i
2542
ziewali do słońca. W kuchni, na piętrze, Adela, ciepła od snu i ze
2543
zmierzwionymi włosami, mełła kawę na młynku, przyciskając go do białej
2544
piersi, od której ziarna nabierały blasku i gorąca. Kot mył się w
2545
EOT;
2546
 
2547
    /*
2548
    End of the Project Gutenberg EBook of Sklepy cynamonowe, by Bruno Schulz
2549
 
2550
    *** END OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK SKLEPY CYNAMONOWE ***
2551
 
2552
    This file should be named sklep10.txt or sklep10.zip
2553
    Corrected EDITIONS of our eBooks get a new NUMBER, sklep11.txt
2554
    VERSIONS based on separate sources get new LETTER, sklep10a.txt
2555
 
2556
    Produced by Pawel Sobkowiak - Scanned and proofread by
2557
    Polska Biblioteka Internetowa
2558
 
2559
    Project Gutenberg eBooks are often created from several printed
2560
    editions, all of which are confirmed as Public Domain in the US
2561
    unless a copyright notice is included.  Thus, we usually do not
2562
    keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
2563
 
2564
    We are now trying to release all our eBooks one year in advance
2565
    of the official release dates, leaving time for better editing.
2566
    Please be encouraged to tell us about any error or corrections,
2567
    even years after the official publication date.
2568
 
2569
    Please note neither this listing nor its contents are final til
2570
    midnight of the last day of the month of any such announcement.
2571
    The official release date of all Project Gutenberg eBooks is at
2572
    Midnight, Central Time, of the last day of the stated month.  A
2573
    preliminary version may often be posted for suggestion, comment
2574
    and editing by those who wish to do so.
2575
 
2576
    Most people start at our Web sites at:
2577
    http://gutenberg.net or
2578
    http://promo.net/pg
2579
 
2580
    These Web sites include award-winning information about Project
2581
    Gutenberg, including how to donate, how to help produce our new
2582
    eBooks, and how to subscribe to our email newsletter (free!).
2583
 
2584
    Those of you who want to download any eBook before announcement
2585
    can get to them as follows, and just download by date.  This is
2586
    also a good way to get them instantly upon announcement, as the
2587
    indexes our cataloguers produce obviously take a while after an
2588
    announcement goes out in the Project Gutenberg Newsletter.
2589
 
2590
    http://www.ibiblio.org/gutenberg/etext03 or
2591
    ftp://ftp.ibiblio.org/pub/docs/books/gutenberg/etext03
2592
 
2593
    Or /etext02, 01, 00, 99, 98, 97, 96, 95, 94, 93, 92, 92, 91 or 90
2594
 
2595
    Just search by the first five letters of the filename you want,
2596
    as it appears in our Newsletters.
2597
 
2598
    Information about Project Gutenberg (one page)
2599
 
2600
    We produce about two million dollars for each hour we work.  The
2601
    time it takes us, a rather conservative estimate, is fifty hours
2602
    to get any eBook selected, entered, proofread, edited, copyright
2603
    searched and analyzed, the copyright letters written, etc.   Our
2604
    projected audience is one hundred million readers.  If the value
2605
    per text is nominally estimated at one dollar then we produce $2
2606
    million dollars per hour in 2002 as we release over 100 new text
2607
    files per month:  1240 more eBooks in 2001 for a total of 4000+
2608
    We are already on our way to trying for 2000 more eBooks in 2002
2609
    If they reach just 1-2% of the world's population then the total
2610
    will reach over half a trillion eBooks given away by year's end.
2611
 
2612
    The Goal of Project Gutenberg is to Give Away 1 Trillion eBooks!
2613
    This is ten thousand titles each to one hundred million readers,
2614
    which is only about 4% of the present number of computer users.
2615
 
2616
    Here is the briefest record of our progress (* means estimated):
2617
 
2618
    eBooks Year Month
2619
 
2620
        1  1971 July
2621
       10  1991 January
2622
      100  1994 January
2623
     1000  1997 August
2624
     1500  1998 October
2625
     2000  1999 December
2626
     2500  2000 December
2627
     3000  2001 November
2628
     4000  2001 October/November
2629
     6000  2002 December*
2630
     9000  2003 November*
2631
    10000  2004 January*
2632
 
2633
    The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been created
2634
    to secure a future for Project Gutenberg into the next millennium.
2635
 
2636
    We need your donations more than ever!
2637
 
2638
    As of February, 2002, contributions are being solicited from people
2639
    and organizations in: Alabama, Alaska, Arkansas, Connecticut,
2640
    Delaware, District of Columbia, Florida, Georgia, Hawaii, Illinois,
2641
    Indiana, Iowa, Kansas, Kentucky, Louisiana, Maine, Massachusetts,
2642
    Michigan, Mississippi, Missouri, Montana, Nebraska, Nevada, New
2643
    Hampshire, New Jersey, New Mexico, New York, North Carolina, Ohio,
2644
    Oklahoma, Oregon, Pennsylvania, Rhode Island, South Carolina, South
2645
    Dakota, Tennessee, Texas, Utah, Vermont, Virginia, Washington, West
2646
    Virginia, Wisconsin, and Wyoming.
2647
 
2648
    We have filed in all 50 states now, but these are the only ones
2649
    that have responded.
2650
 
2651
    As the requirements for other states are met, additions to this list
2652
    will be made and fund raising will begin in the additional states.
2653
    Please feel free to ask to check the status of your state.
2654
 
2655
    In answer to various questions we have received on this:
2656
 
2657
    We are constantly working on finishing the paperwork to legally
2658
    request donations in all 50 states.  If your state is not listed and
2659
    you would like to know if we have added it since the list you have,
2660
    just ask.
2661
 
2662
    While we cannot solicit donations from people in states where we are
2663
    not yet registered, we know of no prohibition against accepting
2664
    donations from donors in these states who approach us with an offer to
2665
    donate.
2666
 
2667
    International donations are accepted, but we don't know ANYTHING about
2668
    how to make them tax-deductible, or even if they CAN be made
2669
    deductible, and don't have the staff to handle it even if there are
2670
    ways.
2671
 
2672
    Donations by check or money order may be sent to:
2673
 
2674
    Project Gutenberg Literary Archive Foundation
2675
    PMB 113
2676
    1739 University Ave.
2677
    Oxford, MS 38655-4109
2678
 
2679
    Contact us if you want to arrange for a wire transfer or payment
2680
    method other than by check or money order.
2681
 
2682
    The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been approved by
2683
    the US Internal Revenue Service as a 501(c)(3) organization with EIN
2684
    [Employee Identification Number] 64-622154.  Donations are
2685
    tax-deductible to the maximum extent permitted by law.  As fund-raising
2686
    requirements for other states are met, additions to this list will be
2687
    made and fund-raising will begin in the additional states.
2688
 
2689
    We need your donations more than ever!
2690
 
2691
    You can get up to date donation information online at:
2692
 
2693
    http://www.gutenberg.net/donation.html
2694
 
2695
    ***
2696
 
2697
    If you can't reach Project Gutenberg,
2698
    you can always email directly to:
2699
 
2700
    Michael S. Hart <hart@pobox.com>
2701
 
2702
    Prof. Hart will answer or forward your message.
2703
 
2704
    We would prefer to send you information by email.
2705
 
2706
 
2707
    **The Legal Small Print**
2708
 
2709
 
2710
    (Three Pages)
2711
 
2712
    ***START**THE SMALL PRINT!**FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS**START***
2713
    Why is this "Small Print!" statement here? You know: lawyers.
2714
    They tell us you might sue us if there is something wrong with
2715
    your copy of this eBook, even if you got it for free from
2716
    someone other than us, and even if what's wrong is not our
2717
    fault. So, among other things, this "Small Print!" statement
2718
    disclaims most of our liability to you. It also tells you how
2719
    you may distribute copies of this eBook if you want to.
2720
 
2721
    *BEFORE!* YOU USE OR READ THIS EBOOK
2722
    By using or reading any part of this PROJECT GUTENBERG-tm
2723
    eBook, you indicate that you understand, agree to and accept
2724
    this "Small Print!" statement. If you do not, you can receive
2725
    a refund of the money (if any) you paid for this eBook by
2726
    sending a request within 30 days of receiving it to the person
2727
    you got it from. If you received this eBook on a physical
2728
    medium (such as a disk), you must return it with your request.
2729
 
2730
    ABOUT PROJECT GUTENBERG-TM EBOOKS
2731
    This PROJECT GUTENBERG-tm eBook, like most PROJECT GUTENBERG-tm eBooks,
2732
    is a "public domain" work distributed by Professor Michael S. Hart
2733
    through the Project Gutenberg Association (the "Project").
2734
    Among other things, this means that no one owns a United States copyright
2735
    on or for this work, so the Project (and you!) can copy and
2736
    distribute it in the United States without permission and
2737
    without paying copyright royalties. Special rules, set forth
2738
    below, apply if you wish to copy and distribute this eBook
2739
    under the "PROJECT GUTENBERG" trademark.
2740
 
2741
    Please do not use the "PROJECT GUTENBERG" trademark to market
2742
    any commercial products without permission.
2743
 
2744
    To create these eBooks, the Project expends considerable
2745
    efforts to identify, transcribe and proofread public domain
2746
    works. Despite these efforts, the Project's eBooks and any
2747
    medium they may be on may contain "Defects". Among other
2748
    things, Defects may take the form of incomplete, inaccurate or
2749
    corrupt data, transcription errors, a copyright or other
2750
    intellectual property infringement, a defective or damaged
2751
    disk or other eBook medium, a computer virus, or computer
2752
    codes that damage or cannot be read by your equipment.
2753
 
2754
    LIMITED WARRANTY; DISCLAIMER OF DAMAGES
2755
    But for the "Right of Replacement or Refund" described below,
2756
    [1] Michael Hart and the Foundation (and any other party you may
2757
    receive this eBook from as a PROJECT GUTENBERG-tm eBook) disclaims
2758
    all liability to you for damages, costs and expenses, including
2759
    legal fees, and [2] YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE OR
2760
    UNDER STRICT LIABILITY, OR FOR BREACH OF WARRANTY OR CONTRACT,
2761
    INCLUDING BUT NOT LIMITED TO INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE
2762
    OR INCIDENTAL DAMAGES, EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE
2763
    POSSIBILITY OF SUCH DAMAGES.
2764
 
2765
    If you discover a Defect in this eBook within 90 days of
2766
    receiving it, you can receive a refund of the money (if any)
2767
    you paid for it by sending an explanatory note within that
2768
    time to the person you received it from. If you received it
2769
    on a physical medium, you must return it with your note, and
2770
    such person may choose to alternatively give you a replacement
2771
    copy. If you received it electronically, such person may
2772
    choose to alternatively give you a second opportunity to
2773
    receive it electronically.
2774
 
2775
    THIS EBOOK IS OTHERWISE PROVIDED TO YOU "AS-IS". NO OTHER
2776
    WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, ARE MADE TO YOU AS
2777
    TO THE EBOOK OR ANY MEDIUM IT MAY BE ON, INCLUDING BUT NOT
2778
    LIMITED TO WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR A
2779
    PARTICULAR PURPOSE.
2780
 
2781
    Some states do not allow disclaimers of implied warranties or
2782
    the exclusion or limitation of consequential damages, so the
2783
    above disclaimers and exclusions may not apply to you, and you
2784
    may have other legal rights.
2785
 
2786
    INDEMNITY
2787
    You will indemnify and hold Michael Hart, the Foundation,
2788
    and its trustees and agents, and any volunteers associated
2789
    with the production and distribution of Project Gutenberg-tm
2790
    texts harmless, from all liability, cost and expense, including
2791
    legal fees, that arise directly or indirectly from any of the
2792
    following that you do or cause:  [1] distribution of this eBook,
2793
    [2] alteration, modification, or addition to the eBook,
2794
    or [3] any Defect.
2795
 
2796
    DISTRIBUTION UNDER "PROJECT GUTENBERG-tm"
2797
    You may distribute copies of this eBook electronically, or by
2798
    disk, book or any other medium if you either delete this
2799
    "Small Print!" and all other references to Project Gutenberg,
2800
    or:
2801
 
2802
    [1]  Only give exact copies of it.  Among other things, this
2803
         requires that you do not remove, alter or modify the
2804
         eBook or this "small print!" statement.  You may however,
2805
         if you wish, distribute this eBook in machine readable
2806
         binary, compressed, mark-up, or proprietary form,
2807
         including any form resulting from conversion by word
2808
         processing or hypertext software, but only so long as
2809
         *EITHER*:
2810
 
2811
         [*]  The eBook, when displayed, is clearly readable, and
2812
              does *not* contain characters other than those
2813
              intended by the author of the work, although tilde
2814
              (~), asterisk (*) and underline (_) characters may
2815
              be used to convey punctuation intended by the
2816
              author, and additional characters may be used to
2817
              indicate hypertext links; OR
2818
 
2819
         [*]  The eBook may be readily converted by the reader at
2820
              no expense into plain ASCII, EBCDIC or equivalent
2821
              form by the program that displays the eBook (as is
2822
              the case, for instance, with most word processors);
2823
              OR
2824
 
2825
         [*]  You provide, or agree to also provide on request at
2826
              no additional cost, fee or expense, a copy of the
2827
              eBook in its original plain ASCII form (or in EBCDIC
2828
              or other equivalent proprietary form).
2829
 
2830
    [2]  Honor the eBook refund and replacement provisions of this
2831
         "Small Print!" statement.
2832
 
2833
    [3]  Pay a trademark license fee to the Foundation of 20% of the
2834
         gross profits you derive calculated using the method you
2835
         already use to calculate your applicable taxes.  If you
2836
         don't derive profits, no royalty is due.  Royalties are
2837
         payable to "Project Gutenberg Literary Archive Foundation"
2838
         the 60 days following each date you prepare (or were
2839
         legally required to prepare) your annual (or equivalent
2840
         periodic) tax return.  Please contact us beforehand to
2841
         let us know your plans and to work out the details.
2842
 
2843
    WHAT IF YOU *WANT* TO SEND MONEY EVEN IF YOU DON'T HAVE TO?
2844
    Project Gutenberg is dedicated to increasing the number of
2845
    public domain and licensed works that can be freely distributed
2846
    in machine readable form.
2847
 
2848
    The Project gratefully accepts contributions of money, time,
2849
    public domain materials, or royalty free copyright licenses.
2850
    Money should be paid to the:
2851
    "Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
2852
 
2853
    If you are interested in contributing scanning equipment or
2854
    software or other items, please contact Michael Hart at:
2855
    hart@pobox.com
2856
 
2857
    [Portions of this eBook's header and trailer may be reprinted only
2858
    when distributed free of all fees.  Copyright (C) 2001, 2002 by
2859
    Michael S. Hart.  Project Gutenberg is a TradeMark and may not be
2860
    used in any sales of Project Gutenberg eBooks or other materials be
2861
    they hardware or software or any other related product without
2862
    express permission.]
2863
 
2864
    *END THE SMALL PRINT! FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS*Ver.02/11/02*END*
2865
 
2866
    */
2867
}